Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

majówka 2011

18 maja 2011 r., autor:

Zbliżała się majówka, postanowiłem zrobić cos ciekawego.

Zbliżała się majówka, postanowiłem zrobić cos ciekawego. Na naszym portalu dla autostopowiczów znalazłem ogłoszenie dziewczyny szukającej kompana. A co mi tam, napisałem do niej. Początkowo umawialiśmy się na miesięczny wyjazd, ale potem zredukowaliśmy to na tygodniowy, majówkowy trip. Ostatni dzień kwietnia, wsiadam w pociąg z Katowic i jadę do centralnej Polski, okolice Łodzi. W malym miasteczku spotykamy się na rynku gdzie wstępnie organizujemy się i postanawiamy wyjechać gdzieś na główną trasę. Wysiedlismy na trasie Warszawa-Katowice. Jeszcze tylko odwiedziny na stacji benzynowej, zakup mapy Europy i zaczynamy. Ustawilismy się w niezłym miejscu i ona zaczyna łapać stopa. Oczywiście zalozylismy się kto predzej zlapie stopa. Krótka rozmowa na temat strategii. I tak zaczęła łapać okazje. Minęło dokładnie 7 minut i zatrzymał się srebrny citroen. Zapakowaliśmy torby do auta i ruszyliśmy. Bardzo pogodni ludzie, robili wszystko żeby wysadzić nas w jak najlepszym miejscu. Dojechaliśmy z nimi do okolic Konina gdzie wysadzili nas na przystanku w szczerym polu. Łyk wody, krotka rozmowa i koło nas pojawił się kolejny samochód, citroen berlingo, a w środku facet z krzykiem „wsiadajcie, jadę do Poznania”. I tak znowu byliśmy w drodze. 2.5 godziny minęły nam tak szybko, gdyż ten człowiek okazał się być wielkim miłośnikiem historii. Przysłonięte gęstym wąsem usta, bez przerwy opowiadały o faktach militarnych i historycznych. Był to niewątpliwie człowiek wszechstronnie wykształcony o ogromnej wiedzy. Dojechaliśmy pod Poznania. Tam już nie było tak różowo aż do czasu. W jednym miejscu, na dojazdówce do autostrady, łapaliśmy stopa ok. 1.5 godziny wiec postanowiliśmy wejść na autostradę. 20to minutowy marsz, krotki sprint z plecakami przez jezdnie autostrady i ustawiamy się w bezpiecznym miejscu. Nie minęła chwila gdy podjechał do nas patrol autostradowy. Pan zapytał się nas gdzie jedziemy, a na wieść o tym, ze do Holandii zaczął krzyczeć: „do Holandii!! Ludzie !! na mazury jedzcie!! Taka piękna pogoda!! Do Holandii!!??” , po czym kilkukrotnie uderzając głową w kierownice, odjechał. Niezłe jaja z nim były, poszliśmy trochę dalej piechota. Wokół nie było nic, żadnej stacji ani knajpy. Był tylko wysoki plot. Ona postanowiła sprawdzić co tam jest, wiec zeszliśmy z autostrady w te miejsce gdzie nas wysadził „człowiek oświecenia”. Jezioro! Będzie świetne miejsce na nocleg kolo jeziorka. Minęło kilka godzin od przyjazdu w to miejsce, ostatkami sil ona wyciągnęła rękę, a ja chwyciłem za telefon w celu wykonania telefonu ;p. Cud!! Zatrzymało się auto, wychylił się jakiś facet: „gdzie jedziecie??” „w stronę granicy jedziemy i dalej na Holandie” „ludzie, ja jadę do Francji! Wsiadajcie!!”. To był cud!! A raczej Andrzej, którego imię poznaliśmy na koniec naszej przygody. Wpakowaliśmy swoje rzeczy i ruszamy. Pierwsze pytanie: „macie prawo jazdy?”, oboje mieliśmy wiec się przyznaliśmy. „pojedziemy na zmianę” stwierdził nieznajomy i ruszyliśmy. Na granicy byliśmy o godzinie ok. 23:30. stwierdził ze musi cos zjeść i po prostu wyszedł zostawiając nas samych w samochodzie z wszystkimi dokumentami i kluczykami, pieniędzmi. Pierwsza myśl jaka nas naszła: „świr jakiś, że się nie boi”. Miał racje ze się nie bał bo jesteśmy uczciwymi ludźmi. Po jego powrocie zamieniliśmy się, ona dalej prowadziła, Andrzej poszedł spać a ja siadłem z przodu. Tak minął pierwszy dzień w którym pokonaliśmy chyba z 500 km. Autostopem. W nocy trzy razy się zmienialiśmy gdyż każdy ze zmęczenia po jakimś czasie zaczął przysypiać za kółkiem co było zbyt niebezpieczne. O godzinie 4 rano na mojej zmianie dojechaliśmy do holenderskiej granicy. wjechałem na stacje benzynowa gdzie spotkaliśmy Polaków. Zmiana kierowcy i jedziemy dalej. Po drodze pada propozycja „mam po drodze wiec zabiorę was do Rotterdamu”, oczywiście nie miał po drodze no ale grzechem byłoby nie skorzystać. Rotterdam. Piękne miasto. Była niedziela. Pusto, tylko kilku ludzi biegających dla zdrowotności i my. Dwójka Polaków w wielkim opustoszałym mieście. Andrzej dał nam godzinę na zrobienie zdjęć, zrobiliśmy je w 30 minut. Myślę ze jeszcze kiedyś tam wrócimy razem. W stronę Belgii jechaliśmy cały czas wybrzeżem Holandii wiec widoki były niesamowite. Było jeszcze kilka postojów na plaży, po czym wjechaliśmy do kolejnego kraju Beneluxu.
Koniec cz. I
w cz. II :(Belgia, Francja i wielka miłość)
w cz. III :(powrót czyli:Niemcy, ciocia i policja)