Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

300zł, od Bałtyku do Wiednia! czerwiec 2011

16 września 2011 r., autor: asia_koszalin

decyzja o wyjeździe podjęta została na podstawie jednej rozmowy;
kolega o pseudonimie Żuk:potrafię rozpalać ogień, budować kuchnie polową,schronienie,destylować wodę w terenie,daj mi do tego sprawną wiatrówkę a żarcie masz gwarantowane!
ja:w sumie..ok!

Parę dni później wstaje,biorę spakowany plecak i idę na autobus do którego zaraz ma wsiąść towarzysz podróży. Po zajęciu miejsca dostaje smsa
‘KURDE zapomniałem harmonijki no to Asia nie licz na zdobycie bogactwa w Europie’
Trzeba będzie szukać innych sposób podreperowania i tak niskiego budżetu przeznaczonego na ten czas.

Po pół godzinie łapiemy pierwszego stopa na trasie Koszalin-Toruń. Mężczyzna w średnim wieku, raczej mało rozmowny. Przejeżdżamy koło doliny, Żuk z rozmarzeniem opowiada że jak był dzieckiem za każdym razem gdy widział taką formę ukształtowania terenu chciał ją zapełnić dinozaurami. Po tym osobistym wyznaniu kierowca pewnie zaczął się zastanawiać czy wszystko z nami w porządku. Chociaż my też mieliśmy momenty niepewności,kiedy ożywił się gdy dojechaliśmy do miasta-przetwórni śmieci.
Kierowca: HEe! Zaraz będzie śmierdzieć! To miasto jest znane ze smrodu.
10minut później
Kierowca: czekajcie jesteśmy coraz bliżej..mówie wam jak tam śmierdzi!
20minut później
My: Już?
Kierowca( uchylając okno, zaciągając się powietrzem) Eh nie zaczęli jeszcze pracy. Jest przed dziesiątą. Za każdym razem tędy przejeżdżam i śmierdzi. No niewiem.. na pocieszenie macie stary zamek na lewo.
Potem 140km/h na zakrętach, 180km/h na prostej. Wciskało w siedzenie a z radia leciała piosenka pt: What the fuck?! –tekst pasujący do moich myśli; o tej prędkości na lokalnych dziurawych drogach i transporcie paruset plastikowych wymarłych gadów w doline w Bobolicach. Wyobraźnia poniosła.
W Toruniu obowiązkowe zdjęcie pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Potem z nudów zjedliśmy jego twarz..Nie żeby mieć kawałki metalu i kamienia w zębach, chociaż co do tego drugiego nie będę zaprzeczać. Inspirując się jego eksperymentami naukowymi postanowiłam zrobić własny, tyle że o innej tematyce niż ciała niebieskie. Ile minut rozpuszcza się w ustach piernik? .. 15. Nie polecam powtarzania tego badania, do smacznych nie należało i zaskutkowało ciętą ripostą towarzysza podróży. Uwaga uwaga :”Ssij piernik”
Po godzinie wydostalismy się na drogę wylotową. Wskazówki przechodniów nie były zbyt konkretne-raz stawaliśmy na Olsztyn potem na mało uczęszczaną drogę na Warszawę. W międzyczasie dosięgła nas zemsta Kopernika za bezwstydne trawienie jego twarzy. Wstrzymał słońce.. No rzeczywiście bo zaczęło padać. Wreszcie przed największą ulewą zatrzymało się auto. Około 28letni uśmiechnięty student. Na wstępie powiedział że ma wadę słuchu i czyta z ruchu warg. Tym bardziej zaskoczyło nas to że tańczy salsę a w przyszłości, jeżeli medycyna na to pozwoli chce zostać instruktorem. Jak słyszy muzykę? Czuje rytm , fale i wibracje. Człowiek z pasja łamiący wszelkie stereotypy, walczący ze swoimi słabościami. Byliśmy naprawdę szczęśliwi że mogliśmy go poznać.
Wysiadając podśpiewywaliśmy ‘W moich snaaach wciąż warszaaaawa pełna ulic, placów, drzeeew’ ale entuzjazm skończył się z potknięciem o worek na śmieci w mieszkaniu Wiktora-kumpla Żuka. Wieczorem chilloutowaliśmy się przy shishy i kombo alkoholowej mieszance gospodarza, który swoją drogą robił wszystko żebyśmy czuli się jak u siebie w domu. (ZA CO BARDZO DZIĘKUJEMY :D)
Następnego dnia obudziliśmy się przy dźwiękach muzyki klasycznej. Zdezorientowani popatrzyliśmy po sobie i zobaczyliśmy Wiktora przy komputerze, stukającego puszką po piwie w takt skrzypiec. Tłumaczyliśmy sobie że jeszcze nie wytrzeźwiał i to jest przyczyną takiego wyboru piosenek. Spojrzeliśmy na kolejny etap rozkładu zupki chińskiej na ścianie wylanej dzień wcześniej po czym wyszliśmy. Krążyliśmy trochę po Starym Mieście gdzie odbywało się wiele koncertów (trwało Święto muzyki). Jedni artyści śpiewali o lodówce zgniłych jaj (funk ma to do siebie)inni grali muzykę celtycką do której tanecznym krokiem porwał mnie tancerz o wyglądzie Hagrida. Spotkaliśmy starego znajomego a wieczorem zawędrowaliśmy na dyskotekę nań poznaliśmy bajerę dzięki ,której Wiktor ma tak wielkie powodzenie.
(Podchodzisz do dziewczyny)
- Cześć Karolina pójdziemy zatańczyć?
- Ale ja nie jestem Karolina
- (głos kozaka) Nie o to pytałem
Mój towarzysz podróży podjął się wypróbowania tego magicznego tekstu. Tego że panienka będzie mieć rzeczywiście na imię Karolina to raczej nie mógł przewidzieć
………………..
Jeden z dziwniejszych poranków, Jeden z tych kiedy spokojnie sobie śpisz a budzą Cię cygani pod oknem. Dźwiękom akordeonu wtórują mieszkańcy wieżowca
-Tiririrririr KURWA! Tirirriririririr KURWa! Tiririr NO JA pierdole jest przed 10!
Zmieszany ‘Wytrzymały Wiktor’ postanowił pożegnać się z pierwszą częścią swojej ksywy. Zamknął okno i puścił normalniejszą muzykę. Rozejrzałam się po pokoju. Nic się nie zmieniło. Zupka chińska nadal na ścianie, zwęglona shishą podłoga na stole resztki alkoholu i część sufitu która odpadła wieczorem znad drzwi. Opis kuchni, z premedytacją, ominięty. Wiktor nie marnował swojego studenckiego życia.
Odprowadził nas na przystanek, wcześniej poszliśmy szukać kartonów, żeby mieć na czym informować w jakim kierunku łapiemy stopa. Wychodząc z apteki z brązowym pudłem pod pachą zapytałam kolegę gdzie jest Żuk.
W: (po chwili zastanowienia) Poszedł do śmietnika
A( przypomniał mi się ostatnio oglądany program o cięciu kosztów) O nie..
Parę sposobów
a)penetrować śmietniki koło kwiaciarni i sprzedawać podwiędłe bukiety (na szczęście Żuk wyłonił się tylko z czystym kartonem)
b)zgolić włosy i dać na peruke
c)iść do banku nasienia i pozbyć się nadpobudliwych plemników w celach wyższych-zarobkowych (edycja; za dużo formalności)
d)oddać krew
e) zostać ulicznymi artystami
..Punkt e brzmi zdecydowanie najlepiej.
....
Przypiekając się w słońcu dotarliśmy na drogę wylotową nr 7, po 10minutach z drugiego pasa przez okno samochodu wychyliła się głowa w okularach przeciwsłonecznych i zawołała; czekajcie zaraz was zgarniemy!
Wsiadając do dużego zautomatyzowanego samochodu firmowego Onet.pl opuściliśmy Warszawę z niesamowicie pozytywnymi ludźmi.
Przez pół drogi śpiewaliśmy puszczone z laptopa piosenki Dżemu lub Happysadu. Okazało się że Wojtek jechał stopem do Turcji, wbijał się tam na wesela, Dominika pracowała w Grecji, a obecnie wracają z delegacji.
Radio: zaleca się aby w 25h po spożyciu 0.5l wódki nie prowadzić samochodu
D:( wymownie spojrzenie na kierowce)
W: Buhehehe
Delegacje (….)
Wieczorem ruszyliśmy podbijać krakowską starówkę. Brukowane uliczki, kościół Mariacki dumnie wznoszący się nad tłumem nieśpiesznie dreptających ludzi. Koncerty ulicznych muzyków gdzie indziej tancerze, dorożki i puby na świeżym powietrzu. Wyświetlane na Wiśle wiersze, Smok Wawelski plujący ogniem ..kiedy wyśle się na to sms’a.
(Ż.)
Po wczorajszych zakupach nie opicie kolejnego poranka było by hańbą zatem na porannego kapcia w mordzie (w wypadku Asi buźce) lekiem okazał się browar. Na spokojnie wybraliśmy się na miasto. Dzień mijał pod znakiem rozmyślań nad przetrwaniem i moralnością. Udało nam się wymyślić jak wytrwać bez pieniędzy tj. skąd mieć jedzenie i picie. „Picie” nie okazało się dużym, intelektualnym wyzwaniem bowiem na pomoc przychodzi KFC i darmowe dolewki. Kubek zawsze można gdzieś znaleźć. „Jedzenie” natomiast jest bardziej nielegalne ale udało nam się wymyślić parę sprytnych sposobów nie odwołując się do padlinożerstwa. Przemyślenie te zostały zwieńczone posiłkiem. Asia miała puszkę kukurydzy w torebce jednak brak nam otwieracza. Rozsiedliśmy się zatem na pomniku Mickiewicza na środku starego rynku i przez 15minut dobieraliśmy się do niej nożyczkami. Potem znowu trasa na miasto. Kukurydza nie dała nam zbyt wiele energi bowiem Asia przy przechodzeniu przez prostą przeszkodę terenową tj. łańcuch otaczający pomnik, pocałowała ziemię.
A.
Później spacerowaliśmy po starym mieście. Przy wejściu do Wawelu dowiedziałam się że wywieszone jest ‘żebro Boga’. W średniowieczu nie mogąc znaleźć innego wytłumaczenia na kość większą od przeciętnych rozmiarów wystarczyło dorzucić filozofie aby przedmiot stał się ośrodkiem kultu. Pewnie gdy dowiedziano się o jej prawdziwym pochodzeniu kwestia zostawienia jej w tym miejscu była tak kontrowersyjna jak nasz były prezydent spoczywający obok Mickiewicza, Słowackiego i Piłsudskiego.
……….
Następnego dnia mieliśmy mały kryzys co do realizacji naszego low cost planu ale Kraków jest zbyt sympatycznym miastem żeby poddać się złemu nastrojowi..z resztą właśnie trwał międzynarodowy dzień przytulania. Dopadła nas grupka pozytywnych ludzi którzy jednocześnie z naszym ciałem musieli ścisnąć też problemy bo zrobiły się dużo mniejsze. Zniknęły całkowicie gdy wieczorem przez przypadek poznaliśmy dziewczynę, która razem z koleżanką zrobiła autostopowego miesięcznego Eurotripa za 140euro. Zachęcała nas żebyśmy ruszyli dalej i niczym się nie przejmowali.
Przed snem pobujaliśmy się w klimatycznym reggae klubie.
Na dalszą część trasy przerzuciliśmy się na pociąg Kraków-Katowice a potem na kosztującego 30zł (linia Polski Bus polecamy)busa do Bratysławy.
A: Umówiłam się z Altu z Couchsurfingu że nas oprowadzi po DonauFestival
Ż: Hyhy. To dobrze
A(kalkulując): ale to jest w Wiedniu a my mamy bilet tylko do Bratysławy
Ż: A nocleg?
A: ‘Bezdomni w Wiedniu’ brzmi jak dobry tytuł opowiadania.
5h później
Ż (rozglądając się i badając sytuację) Udawaj że śpisz, może się uda
A (zamykając oczy, osuwając się w fotelu i próbując nie wykonywać żadnych ruchów..w tym celu nawet wyobrażaliśmy sobie ze jestesmy siedzeniem z autobusu)
Odjechaliśmy. Obustronne porozumiewawcze spojrzenie. Mogliśmy sobie pogratulować sukcesu ale woleliśmy czaić się przez resztę drogi..albo to wyobraźnia poszła zbyt daleko i zaczęliśmy zastanawiać się jak to jest z poręczami zamiast rąk..co utrudniało wykonanie nimi zwycięskiego ruchu. Nie, raczej to pierwsze
W euforycznym nastroju wysiedliśmy z busa i rozejrzeliśmy się po okolicy. Na widok mapki metra emocje zaczęły opadać. No tak. W Warszawie jest jedna linia, a populacja naszego miasta była tylko częścią ludzi zgromadzonych pod jedną sceną w trakcie Festiwalu. Na szczęście odnalazł nas Altu, zorganizował miejsce do zostawienia bagaży, załatwił nocleg, poznał ze swoimi znajomymi i zaprowadził na impreze do akademika. Tam w czesko-słowacko-autriacko-turecko-polskim towarzystwie rozmawialiśmy i graliśmy w piłkarzyki. Żuk częstował Janem III Sobieskim (z historycznych względów ten wybór wódki był najbardziej trafny), okazało się że obok nas na kanapie siedzi dziewczyna z Polski z ..tego samego co my miasta, ktoś poczęstował papierosem..ups to nie był zwykły tytoń. Przeszedł przez dłoń, usta-oho coś tu smakuje inaczej, dym, płuca- EEKHHm posiedział tu trochę, krwioobieg-zapierdziela, mózg-eehehee..ej zaraz zaraz gdzie moja szyja? Gdzie jest kurde moja szyja?! ..znowu Bad trip..Przeszklone zaczerwienione i przerażone oczy rozglądają się dookoła po ścianach próbując znaleźć coś co wypełni przestrzeń między głową a tułowiem. Roześmiany Żuk popija z Austriakiem piwo w butelce..Butelka niebyłaby głupim rozwiązaniem, tyle że na dłuższą mete szkło to nietrwały materiał..
-Asia are you ok.? Everything fine?
-Iii..should go to the toilet..- może i akademik wyglądał nowocześnie ale łazienki zawsze i wszędzie są w takiej samej kondycji. Opierając sie o ścianę i wyciągając ręce w zamiarze umycia zauważyłam kolejny brak. Obecnie na liście rzeczy zagubionych znajdowała się już nie tylko szyja ale i kran. Postanowiłam iść spać zanim zrobi się gorzej.
Nadal niemogłam uwierzyć w czystą bezinteresowność ze strony Altu. Umówiliśmy się z nim tylko na parogodzinne spotkanie na mieście a on po 10telefonach do swoich znajomych załatwił nam nawet nocleg i imprezę. Poza tym był zabawny, rozmowny, niesamowicie dobrze posługiwał się czterema językami i potrafił nas zaskoczyć wplatając jakieś polskie słówko.
A: We’re soo grateful! In what way we can say thank you for everything what you’ve done for us?
Altu: No problem, That wasn’t a big deal, just try to be a good person and if somebody needs help- then ..help him! :) That’s how it works
...
W dobrym humorze stanęliśmy na drodze wylotowej z Wiednia do Bratysławy. Tak nam się przynajmniej wydawało..Po tym jak 3razy zmieniliśmy kierunek, pobłądziliśmy trochę po fabrycznych austriackich zakamarkach, w końcu wylądowaliśmy na stacji benzynowej. Już mniejsza o to w którą stronę jechały samochody.. Wydostanie się ze stolic pochłania bardzo dużo czasu. W momencie zrezygnowania podeszłam do jednego Austriaka i namawiając go(z nachalnością jak na sezonowego sprzedawcę kukurydzy przystało) uzgodniliśmy że czy chce czy nie chce (chociaż wmawiałam mu ze bardzo chce) wysadzi nas za miastem na drodze na Bratysławę. Tam po pół godzinie podjechało czarne auto z przyciemnionymi szybami i ukazały twarz 40letniego Włocha w okularach przeciwsłonecznych. Jeszcze niżej widoczna była ręka ustawiona w pozycji na ‘zimny łokieć’. Na nadgarstku drogi zegarek i złota bransoletka
Włoch: Bratislava?
My: Yes, yes! Bratislava!
Obok niego, również w ciemnych okularach bez słowa prowadził drugi włoch o podobnym mafijnym imagu. Po paru chwilach okazało się że jeden z nich miał dziewczynę polkę która dbała nie tylko o ich związek ale i o umiejętności lingwistyczne partnera. Bez problemu porozumiewał się w naszym –jednym z trzech najtrudniejszych na świecie-języku.
Szukając miejsca spotkania z hostem przez przypadek trafiliśmy na przemarsz przebranych w mundury z różnych historycznych epok Słowaków. Gdy tłum zaczął się rozchodzić odnalazł nas Nikos- z pochodzenia grek, zajmujący się fotografią i lubiący tematyczne imprezy. W przestronnym pokoju, na laptopie pokazywał nam zdjęcia z jednej z nich. Po obiedzie wyszliśmy do Centrum Bratysławy. Brukowanymi uliczkami przechodziliśmy koło starszych kamienic przerobionych na małe klimatyczne puby, minęliśmy budynki reprezentacyjne Słowacji, przeszliśmy mostem po czym znaleźliśmy się nad małą plażą przy Dunaju. Słońce odbijało się od wody i podświetlało brązowy chmielowy płyn stojący obok leżaków. Spokojna atmosfera, nie śpieszących się nigdzie i nie specjalnie martwiących się czymkolwiek ludzi. Zadbane, czyste miasto z górującym nad nim odnowionym po pożarze w XIXw, białym zamkiem z czerwonym dachem trochę przypominający pionek z gry Monopol.
Na kolacje zjedliśmy regionalne haluszki –makaron w gęstej serowo-śmietanowo-boczkowej mazi. Żeby wspomóc żołądki w trawieniu niekoniecznie lekkostrawnych haluszków po powrocie dostaliśmy trochę śliwowicy.
……….
O 6rano obudziło nas przeciągłe krakanie, popiskiwanie i tłuczenie się o klatkę. Nie, Żuk nie miał z tym nic wspólnego. Przyczyną hałasu było nad przeciętne ożywienie się Breakfast’a i Diner’a –dwóch zielonych papug Nikosa. Mniejsza o to jak naprawdę się nazywały.
Ze znalezieniem drogi wylotowej nie było większego problemu. Po godzince zatrzymało się auto z dwoma filozofami studiującymi na Uniwersytecie Wiedeńskim. Uczelnia z XIV w na zewnątrz wygląda imponująco, wycieczki turystów wchodzą żeby obejrzeć ją od środka. Są wśród nich osoby które podnoszą na jej widok brew ze zdumienia. Inni chcieliby to zrobić ale nie mogą bo cecha ta jest uwarunkowana genetycznie. W jednej z ławek siedział Gregor Mendel, i kto wie może podczas wykładów patrzał na rosnący na parapecie groch i z nudów zaczął go krzyżować.. wzbogacając tym samym świat i podręczniki od biologii o temat 'prawa dziedziczenia'. Zwykłe stoły w korytarzu pomyliłam z rzeźbą, więc fakt że nauka jest bezpłatna i dostanie się tam nie wymaga większego wysiłku był hmm trochę dziwny.
Cały 60km odcinek z czegoś się śmialiśmy i robiliśmy karaoke z piosenkami Boba Marleya. Uciszyliśmy się dopiero gdy wrzucono nam przez okno puszki darmowej coli. Marketing czy chęć zatkania naszych wokalnych umiejętności? Zostawmy to pytaniem retorycznym
Zrobiliśmy wspólne zdjęcie i żałowaliśmy że podróż nie była dłuższa, bo naprawdę świetnie nam się z nimi jechało.
W centrum zabytkowe budynki przesiąknięte historią są elementem tak powszechnym jak gdzie indziej niedopałki papierosów na chodniku. Od Uniwersytetu przeszliśmy koło Opery, Ratusza, Parku, Kościołów, Muzeum, Parlamentu aż będąc w pobliżu Stephenplatz zorientowaliśmy się że musimy się wrócić bo Samy pewnie już na nas czeka. Pojechaliśmy zanieść bagaże, poznaliśmy jego współlokatora Levina- wesołego Austriaka o rzadkiej umiejętności grania na komputerze na trzech monitorach w tym samym czasie.
Mimo że dopiero się poznawaliśmy od razu pojawiło się to specyficzne uczucie jakbyśmy byli starymi kumplami widzącymi się po latach. Po zjedzeniu chińszczyzny (Samy poza tym że studiuje architekturę, uwielbia gotować) zrobiliśmy sobie spacerek wzdłuż Dunaju. Nie mogliśmy zrozumieć dlaczego rzeka nie jest odgrodzona od chodnika (przy którym pełno jest pubów) żadną barierką. I jak to możliwe że wracający z nich ludzie biedniejsi o parę euro za to bogatsi o parę promili nie przewracają się i nie topią
Po drodze minęliśmy chłopaka siedzącego pod pomnikiem i grającego na gitarze. Dosiedliśmy się do niego, porozmawialiśmy. Jest Kanadyjczykiem, przyjechał do Europy z dziewczyną ale w trakcie podróży dostała pracę w Barcelonie..więc opuści kontynent już bez niej. Teraz spędza czas na samotnym podróżowaniu. Robi co chce, niczym się nie martwi i cieszy się z każdej chwili w nowym miejscu.
..
Przez otwarte okno słońce zaczęło przygrzewać nogi, odwróciłam się na drugi bok, tam z łóżka naprzeciwko przywitało mnie równie ciepłe spojrzenie brązowych oczu
-Good morning!
Dosłownie. Po śniadaniu z chleba,pasztetu, wody z kraników w centrum i czekolady Lindt ( w cenie przeciętnej bagietki, a doprowadzającej do orgazmu podniebienia) wybraliśmy się znowu pozwiedzać Wiedeń. Pod muzeum narodowym zauważyłam dyndający się po chodniku pomarańczowy papierek. Podniosłam obróciłam dwa razy w rękach i z niedowierzaniem pokazałam Żukowi. Doszliśmy do wniosku że poszukamy potencjalnego właściciela. Zadanie okazało się naprawdę trudne więc po pół godzinie zrezygnowaliśmy i staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami 50euro. Mając dniówkę 5euro a chcąc wydać tylko 75 na całe dwa tygodnie znalezienie tej kwoty graniczyło z bogactwem. Pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było pojechanie na Prater do wesołego miasteczka. Wsiedliśmy w małą kolejkę z figurkami karłów grającymi niemieckie country. Po 4 okrążeniach sami zaczęliśmy to śpiewać..przez godzinę..drugą.. potem zauważyliśmy że w centrum każde drzewo jest ponumerowane a koło Dunaju w klatce na kłódkę zamknięte były kamienie. Chwilę później podszedł do nas mężczyzna z pytaniem ;Have you thought about Jesus today? Pomyśleliśmy.. ale raczej o tym żeby odpocząć w pubie z hamakami bo tamten dzień nabierał zdecydowanie dziwnych obrotów.
Wieczorem myśleliśmy żeby trochę sobie potańczyć ale Samy stanowczo nam to odradził, ostrzegając przed szerzącą się popularnością ‘Doner song’ w austriackich klubach.
A: Ymm? (wymiana zdziwionych spojrzeń z Żukiem) What does it mean?
S: This is one stupid german song.. When people heard it they start to pretend that they are kebabs. They put their hand above head and turning around like a meat. Then refrain comes and is getting worse and worse..‘Ich bin eine Doooner!’
A i Ż: HAHAHHAHA show us please!
W ten sposób dwóch polaków I jeden z pochodzenia egipcjanin zajęli całą szerokość chodnika żeby obkręcać się wokół własnej ręki podśpiewując ‘Jestem kebabem’. W końcu takie teraz są europejskie hity.
…………
Postanowiliśmy podziękować im za gościnność i przed południem poszliśmy do marketu poszukać składników potrzebnych do zrobienia tradycyjnego polskiego obiadu. Wybór padł na kotlety mielone. Zachęceni pierwszymi sukcesami (znalezieniem ziemniaków i ogórków), kierowaliśmy się na dział mięsny. Tutaj pojawił się pierwszy problem. Jak jest po niemiecku wieprzowo-wołowe? Żuk postawił nasze kulinarne próby kwestią honorową, i nie bacząc na koszty połączenia zadzwonił do siostry żeby przetłumaczyła to w googlach. Potem już nie było tak łatwo. Śmietanę musieliśmy znaleźć sami. Ryzykując odmrożeniami wgłębialiśmy się coraz bardziej w lodówkę z nabiałem. Spośród setek wyglądających tak samo białych opakowań, szukaliśmy jakiegoś najbardziej procentowego. Nie było uproszczeń w postaci rysunku krowy.
Koszyk powoli się zapełniał. Kupiliśmy bułki. Potem przypomniało nam się że potrzeba jeszcze ich zmielonego odpowiednika.weszliśmy na dział z mąkami. Z braku innych środków wzieliśmy opakowanie i zaczęliśmy nim trząść żeby zobaczyć jakiego koloru proszek się posypie. Szczelne austriackie opakowania były na to przygotowane. Żuk wystawił ręce a ja zaczęłam trzepać w torebkę. Posmakował. Werdykt: mąka. Sytuacja powtórzyła się z trzy razy zanim wpadliśmy na genialny pomysł sprawdzenia składu. Niestety produkt adresowany był tylko do niemieckich kucharek. Chcąc ciąć koszty tuszu drukarskiego, tłumaczenie w innych językach uznano za zbędne. Doszliśmy do wniosku że bez pomocy osób z zewnątrz nie damy rady sprostać temu zadaniu. Za pomocą rąk i bułek w formie rekwizytu wyjaśniliśmy o co nam chodzi. Dziewczyna podrapała się w brodę, i podała nam pudełko nie bardzo różniące się od tego z mąką. Żuk podważył, ja potrząsnęłam a gdy wypadł okruch chleba z niepohamowaną dumą podeszliśmy do kasy. Łącznie zakupy zajęły nam godzinę. Samy zapytał czy coś nam się nie stało, ale my z uporem maniaka zignorowaliśmy to pytanie i poprosiliśmy o patelnię.
Po obiedzie pożegnaliśmy się i zaprosiliśmy do siebie.Już zamykając drzwi od klatki zaczęłam za nimi tęsknić. I jak jadłam kolejną partie świetnych tanich słodyczy. I jak wsiedliśmy do metra. I jak..Hey Jurgen!
Na stacji czekał nasz host- wysoki meksykanin z dziewczyną. Całą drogę do domu jego brata śmialiśmy się z jakiś bliżej nieokreślonych pierdół. Przywitaliśmy się z Jose, od razu wzięli do rąk gitary i zaczęli przygrywać, śpiewając po hiszpańsku. Wymieniliśmy ich śpiewając (jęcząc raczej..) po naszemu. Zrobiło się małe jam session.
Potem zaprowadzono nas do pubu przy łódkach w którym puszczano latynoamerykańską muzykę. Światła i neony odbijały się w wodzie, ciepłe letnie powietrze wietrzyło nasze bose stopy tańczące (albo mające takie zamiary) salsę.
W metrze zaśpiewaliśmy parę piosenek, ale kiedy zeszło na hiszpańskie nie daliśmy rady. Jedyne co podłapaliśmy to’Ajajajajaj ajaj amooor ami morena so nigora so’ (a robiliśmy to tak wadliwie jak teraz moja pisownia po hiszpańsku)
Otwierając drzwi pierwsze wrażenie było takie że pomyliliśmy mieszkania. Niewiadomo skąd w środku znalazło się około 12 osób i chłopak ze sztućcem pytający czy chcemy spaghetti. Towarzystwo skumulowało się przy grze w fife, Żuk był zaciętym graczem
A: Niewiem co z noclegiem w Monachium
Ż: Germany!!! I will destroy you motherfucker!
….
A: O TAK! Kumpel odpisał możemy zostać u niego na noc! Żuk ale super nie?! Znowu myślałam że będziemy bezdomni. Uff mam jego numer i..
Ż: Fajnie..NIE! O no!! Why.. How..how dare you.. my team.. my future. REVENGE!
Austriak nr 3: Hahaha!
A; (….) aha
Jose: Ey Asia i will play you something on the guitar
Flamenco! tak się zapatrzyłam na struny że nie zauważyłam kiedy połowa Austriaków się ulotniła.
………
Następnego dnia poszliśmy zwiedzać letnią rezydencje Habsburgów (Pałac Schonbrunn). W jednej z sal tańczono podczas kongresu wiedeńskiego a teren ‘ogródka’ zajmuje chyba pół naszego miasta. Fontanna jest tak duża i bogato zdobiona że obok niej stoi budka dla strażnika. U nas jedyne kto pilnuje fontann to pijacy którzy upatrzyli to miejsce jako dobre do chłodzenia wódki. Dobra, już nie dramatyzuje, ale naprawdę wszędzie czuć bogactwo.
Przechodząc dziedzińcem Żuk zauważył wiewiórkę i kaczki. Haha nie pochwalił się swoimi łowieckimi zdolnościami bo uznał że w tym miejscu nie wypada.
Wieczorem Jurgen zabrał nas do irish pubu gdzie przez pierwszą godzinę piwo było za darmo. Wzbogaciło to nasze lingwistyczne umiejętności
-FONDO! –zeruj
-:Salut!-na zdrowie
-Post!-na zdrowie
A: Daj pan spokój już nie mogę.. Żuk?! Jakim cudem wyfondowałeś w 2 sekundy?!
J: Wow man, how did you do it?!
Ż(ocierając usta z piany, prostując się i z dumą mówiąc) I am POLISH.
J: Aaa (westchnienie zrozumienia) you’re right..
Resztę nocy spędziliśmy na meksykańskim karaoke. Uwielbiam ich mentalność. O każdej porze dnia i nocy są radośni i pełni energi. Wytańczeni, ochrypnięci około 3 wróciliśmy do domu. Żuk popełnił błąd pokazując im filmik ‘Murder with a spoon’. Żeby zrozumieć o co chodzi trzeba to zobaczyć, ale Jurgen idealnie wpasował się w pierwszoplanową rolę dręczyciela z łyżeczką. Przez 4h nie mogłam zasnąć czując zimny metalowy przedmiot rytmicznie uderzający czoło. Ręke. Noge. Bok. Oko. Ucho. Drugie było atakowane skarpetą Jose. Żuk podśpiewywał piosenki Tenacious D. Na podłodze zaczęła obkręcać się upiorna pozytywka mikołaja. Nikt nie umiał jej wyłączyć to schowaliśmy do lodówki.
Mając przed sobą wizję ok. 500km dzielących nas od Monachium chcieliśmy wlać w siebie litry kawy, otworzyliśmy lodówkę żeby poszukać do niej mleka. Zastygły w pół obrocie mikołaj spoglądał złowrogo. W łazience Jurgen miał dobre chęci podając pastę do zębów. Szkoda że ręką i szkoda że pomylił usta z włosami. Tym razem to ja krzyczałam REVENGE!
Żuk powiedział że dzisiaj robi dzień na barbażyńce i po mydło nie ma zamiaru sięgać..chyba ze dopiero w Monachium. To stanowiło dobrą motywacje żeby tam szybko dotrzeć.
Posłużyliśmy się wskazówkami z WWW.hitchwiki.org. Na drodze wylotowej po 5minutach zatrzymał się facecik jadący z przyczepą na której był kajak. Wybierał się na mistrzostwa w spływach we Włoszech. Podrzucił nas aż pod stację benzynową 80km od Monachium. Dowiedzieliśmy się że bardzo długo jeździł stopem, dotarł aż do Syrii, wędrował po Australi, brał udział w Maratonie, udało mu się złapać na stopa nawet łódki (Całość brzmi mało prawdopodobnie ale te rzeczy mogą się przytrafić i Tobie. Wszystko zaczyna się w momencie kiedy wyłączysz komputer i skupisz się na swoich marzeniach ) Spytaliśmy się go czy nie zdarzyła mu się żadna niebezpieczna sytuacja podczas podróżowania. W Turcji dwóch mężczyzn wywiozło go na zadupie i zaczęło grozić nożem żeby oddał im cały swój bagaż. Widząc jedyną szansę obrony w ataku naskoczył na nich, zaczął się wydzierać i grozić żeby wypuścili go z samochodu bo (nasz odpowiednik) im nogi z dupy powyrywa. Byli tak zdezorientowani, i mało profesjonalni w swoim kryminalnym fachu że nie zauważyli momentu kiedy rola ofiary obróciła się o 180stopni. Wysiadł, odjechali, po paru godzinach przejeżdżający tamtędy samochód zabrał go do miasta.
K: Ey just remember; if something bad happen, you CAN’T afford to be a victim –Kiwnęłam głową, a Żuk zignorował tą radę pochrapując na tylnim siedzeniu.
Pożegnaliśmy się, a kiedy pisaliśmy na kartonie ‘Munich ‘ spotkaliśmy kolejnego autostopowicza.
Wyprzedzając o parę minut ulewe wsiedliśmy do samochodu prowadzonego przez niemieckiego żołnierza, który miał wiele wspólnych tematów z Żukiem.
Tego samego dnia byliśmy zaproszeni na imprezę z moimi kolegami. W Monachium w dzielnicy Allah.. nazwa mówi sama za siebie bo potem niewiadomo skąd jeden kumpel znalazł się w nocy na dachu. On sam nie rozumie jak to się stało. Siła wyższa
Z rana mieliśmy ambitny plan żeby łapać stopa do Koszalina. Zbyt ambitny po poprzednim dniu i wiele przeszkód stało na drodze ku jego realizacji ; nie spaliśmy od 3dni, Żuk był nadal pijany-jak siedział z przodu w samochodzie musiał wstrzymywać oddech żeby robić pozory porządnego autostopowicza, nie mieliśmy noclegu na trasie, zaczęło padać i utknęliśmy na jednej stacji benzynowej. Na szczęście potem podeszło do nas małżeństwo około pięćdziesiątki i zaproponowali że możemy się z nimi zabrać. Na przyczepie za autem ciągnęli swoją pasję- dwa motocykle. Podrzucili nas ok. 40km pod Berlin. Wtedy zadzwoniła moja siostra
J: Wbijajcie do Berlina! Też przyjechałam tu z kolegą na stopa, dawaj spotkamy się!
Ja: yy nie mamy noclegu..Dobra dam ci hasło na coucha i napiszesz za mnie last minute request może ktoś nas przygarnie
Godzine później przyszedł sms z adresem mieszkania gdzie możemy się zatrzymać. Jak wychodziłam z łazienki z kartonem ‘Berlin’ pod pachą, znalazł nas dwudziestokilkuletni Stephfan. Zajmował się organizacją folkowych festiwali, kierownice prowadził kolanem a rękami zwijał papierosy. Przy tym był bardzo wesoły.
Ogarnęliśmy metro i ..w różnych miejscach można zrobić rodzinne spotkanie.Czemu nie w niemieckim Mcdonaldzie
Około 1 w nocy zaczęliśmy krążyć w okolicy parków szukając naszego hosta. Otworzył nam drzwi facet koło 30, wchodzimy do pokoju.W środku siedziało 7osób ubranych na czarno, każdy trzymając w ręce jointa. Zapytaliśmy się których z nich to host
-Aaa He’s not here.
Spojrzeliśmy na siebie z Żukiem i wtedy zaczęliśmy zastanawiać się czy sytuacja w której się znaleźliśmy była bezpieczna. Jedyne co wiedzieliśmy o osobie do której poszliśmy spać to ..jego nr telefonu. Chociaż nie do końca bo rozładowała mi się komórka.
A (spanikowana) No to jesteśmy w dupie..
Ż: Spokojnie, spokojnie będzie dobrze
Miał racje. Po jakimś czasie niewiadomo skąd wyłonił się host
H: You’re Asia?
A: Ehe
H: Come with me upstairs i will show you something
A: (chyba za dużo amerykańskich filmów bo ta kwestia kojarzy się jakoś jednoznacznie> What?!