Cytat dnia

„Lepiej podróżować z nadzieją, niż przybyć do celu.”
Robert Louis Stevenson (1850-1894)

Lwów - przewodnik
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Ciekawe książki - także od podróżach! Książki, przewodniki i albumy.

Dwie małe wyprawy w północną Polskę

31 lipca 2007 r., autor: madlen

Dwie moje (nasze) wyprawy autostopowe rozpoczynały się weselem. W sobotę wesele, następnego dnia poprawiny/obiad, wyprawka od państwa młodych: no bo przecież Wy w podróż jedziecie! i w Polskę. Na północ, ponieważ oboje jesteśmy raczej z południa kraju...

Pierwszą taką włóczęgę poprzedził mandat w łódzkim tramwaju – za zbyt duży plecak mojego towarzysza. Ale pan kontroler sam zaproponował, że weźmie mniej niż wynosiła opłata karna, a wkrótce potem zajął się człowiekiem, który z puszką piwa w dłoni zasnął w tramwaju i przegapił ważność swojego biletu czasowego. Przed weselem i w trakcie powłóczyliśmy się po Włocławku, a następnego dnia już po Toruniu, zwłaszcza upodobaliśmy sobie nocne spacery po tym uroczym mieście. Wybraliśmy się także na jeden dzień do Brodnicy i Golubia-Dobrzynia. Brodnicę polecił nam jeden kierowca tira, były autostopowicz, a obecnie ojciec dzieciom, ale i muzyk szanty i żeglarz. Na zamek w Golubiu weszliśmy całkiem niechcący od drugiej strony – nie wiedzieliśmy, że jest jakieś oficjalne wejście, gdzie kupuje się bilety wstępu. Brutalnie nam ten fakt uświadomiono, gdy już właściwie wszystko obejrzeliśmy... Wrócilismy do Torunia na noc, a następnego dnia wyruszylismy do Gniewu. Z plecakami szliśmy całe przedpołudnie na wylotówkę, drogą właściwie okrężną, bo jedna starsza pani tak nam jakoś niebanalnie wytłumaczyła, jak tam dojść... Z Torunia złapaliśmy stopa na stacji benzynowej. Podeszłam do jednego samochodzu i spytałam siedzącą wewnątrz panią, czy jedzie może w tamtym kierunku i czy by nas nie zabrała. I zabrała. Nocowaliśmy w konfraterni zamku, razem ze zbrojami, strojami historycznymi, z pistoletami, kopiami zajmującymi dostojnie całą długość sali. Konfraternia posiadała kominek i łazienkę, a to wszak są niebywałe luksusy! Spędziliśmy tam trzy noce, wieczorami rozmawiając przy zgaszonym świetle, wpatrując się w płomienie i zajadając ciepłe kolacje – pozostałe mięsiwo weselne, pieczone kiełbaski z pieczonym chlebem, a czasem nawet z pieczoną papryką.
Następnego dnia urzeczywistnialiśmy nasz świeży pomysł – jechać do Gdańska. Zostawiliśmy wszystkie rzeczy w Gniewie i ruszyliśmy na trasę. Mieliśmy chyba dwie przesiadki, a nad samo morze zawiozła nas zamożna para jadąca ośrodka/hotelu spa. Kierowca miał dwie firmy i garnitury od Calvina Kleina... Po zjedzeniu batona na pół w ramach obiadu przy szumie fal Bałtyku pochodziliśmy jeszcze po mieście i pojechaliśmy do Pruszcza Gdańskiego łapać stopa. Ja pytałam ludzi na stacji benzynowej, Marcin stał nieopodal na drodze. Po godzinie i w obliczu zbliżającego się mroku i braku namiotu zaczynaliśmy już tracić nadzieję na bezpieczny nocleg w przytulnej konfraterni – ale nie! Zatrzymał się pewien człowiek, który, jak się okazało, pochodzi z moich okolic i bardzo się ucieszył, że spotkał swoją prawie-rodaczkę/krajankę. Wieczorem w konfraterni dostaliśmy rozgrzewającą herbatkę z „wkładką”... Trzeciego maja w Gniewie odbywała się majówka – pokazy rycerskie, walki, zbroje, husaria... Marcin pomagał przy koniach, ja zapoznałam się z miejscowymi dziećmi, zajmowałam się wysłuchiwaniem skarg i dysput, kto jest głupszy, a kto zawinił w tym czy tamtym sporze, wyjmowaniem drzazg i pocieszaniem, gdy ktoś kogoś pociągnął za włosy...
Do Torunia wróciliśmy szybciej, niż się spodziewaliśmy, zabrał nas kierowca, który nie odezwał się ani słowem, za to często patrzył nerwowo w tylne lusterko – zastanawiałam się, czy jest psychopatą, czy po prostu jest nieśmiały. Wolę myśleć, że nieśmiały :) W Toruniu zdążyliśmy się zgubić (jak się okazuje darmowe autobusy Reala jeżdżą trasami nie do przewidzenia i kierowca w pewnym momencie może sobie zażyczyć opuszczenia pojazdu, mimo niewątpliwie poprawnego zachowania pasażerów ;) Wieczorem poszliśmy jeszcze na Zamek Dybowski (mnóstwo kręcącej się tam dorastającej młodzieży i nieodzowne napisy NADCHODZI KONIEC!!!) i do kina, a następnego poranka trzeba było się rozstać...
Do lipca. Gdy już uwinęliśmy się z sesjami i innymi tego typu sprawami, można było znowu gdzieś się wybrać.
Po weselu w Łęczycy i tradycyjnym otrzymaniu wyprawki na drogę, dotarliśmy stopem do Torunia, na zapytanie kierowcy odpowiedzieliśmy, że będziemy wysiadać na danej ulicy, choć jeszcze nie wiemy, gdzie ona jest, a człowiek ów bez słowa wpisał ją w swoje małe urządzonko zwane GPS-em i po jakimś czasie powiedział, że to tu. I wysadził na miejscu. Po nocy spędzonej w Toruniu (chwała hospitality!) wybraliśmy się do Olsztyna, nasz gospodarz (chwała hc po raz drugi!) oprowadził nas po miasteczku akademickim i poopowiadał o życiu studenckim, zwyczajach (mijaliśmy nawet grupkę ludzi świętujących obronę pracy magisterskiej, a świeżo upieczona pani magister była cała mokra, gdyż koledzy wynieśli ją na drzwiach od akademika i wrzucili do jeziora), możliwościach, a także o swoich planach podróżniczych.
Kolejny dzień był dość pochmurny, w Szczytnie zaopatrzyliśmy się w małą butlę gazową – skończyły się noclegi w hc, więc warto było zatroszczyć się o ciepłe posiłki od czasu do czasu. Pamiątką ze Szczytna są także moje tenisówki na rzepy – po powrocie okazało się, że mój 12-letni kuzyn ma takie same! Oczywiście byliśmy na zamku... Potem – Kętrzyn. Nasz kierowca, gdy dowiedział się, że musimy naładować butlę gazową, jeździł z nami do różnych miejsc wskazanych przez zapytanych na ulicy ludzi (ciągle coś się okazywało – a to że na stacji benzynowej nie ładują butli, a to że ktoś, kto zajmuje się tym w domu, wyszedł, a jego mama nie umie...), pomagał nam, jak mógł, w końcu wysadził w mieście... Zapytani miejscowi pijaczkowie wskazali nam miejsce, gdzie ktoś może udzielić nam tego typu usługi, zaoferowali nawet, że nas tam zaprowadzą... Pan, który ładował nam naszą małą butlę, zapytał: ale macie tu jakichś krewnych, macie gdzie nocować? A my: nieee... Więc on wskazał nam kawałek działki, gdzie w miarę bezpiecznie możemy spędzić noc.
Kolejny dzień wyprawy to Giżycko (między innymi twierdza Boyen, most obrotowy i obiad nad zimnym jeziorem) oraz Węgorzewo. Mieliśmy być na festiwalu rockowym, rozbiliśmy namiot na polu namiotowym, przy ogromnym leżącym pniu, który służył jako ławka i jako stół. Na polu były toi-toie i umywalki... Gdy zrobiło się ciepło, poszlismy nad jezioro, a tak poza tym to sprzedaliśmy bilety na koncerty i przez Nidzicę (zamek, kawiarenka internetowa, zakupy) pojechaliśmy na Grunwald. Rozbiliśmy się niedaleko, bo w Mielnie, przy lesie i nad jeziorem. W nocy była ulewa. Napadało nam do namiotu, zmoczyło wszystko, co było w plecaku (moim), śpiwory były mokre, a w związku z tym – zimne, a na środku namiotu tkwiła kałuża. Ja się podkurczyłam, znajdując skrawek suchej podłogi... i zaczęłam śpiewać, byśmy nie myśleli cały czas o tym, że zimno, że mokro i że nie przestaje padać... począwszy od Kubusia Puchatka, Gumisiów i Muminków po polski stary dobry rock. Ja zajęłam myśli śpiewaniem (bo lubię...), Marcin słuchaniem (skoro lubi...) Rano próbowaliśmy wszystko suszyć, zjedliśmy śniadanie, poszliśmy na pomost, a w tym czasie jakaś dzika groźna bestia z lasu zeżarła nam ser, kiełbasę i wzięła się za chleb, ale chyba jej nie smakował, zostawiła więc rozerwane torebki i nadgryzione pieczywo i sobie poszła.
Suszyliśmy rzeczy już na polach grunwaldzkich, obejrzeliśmy bitwę razem z podekscytowanym tłumem... rozbiliśmy tam wieczorem namiot, a nazajutrz łapaliśmy stopa do Łodzi – tym razem zabierano nas na długie dystanse, więc podróż minęła szybko, zwłaszcza, że jednym z kierowców był żołnierz, który opowiadał o Iraku i Kuwejcie, a potem jeszcze o swoich szkolnych czasach i żeglarstwie... On także zatrzymał się w cudownej lodziarni za Grodziskiem Mazowieckim, gdzie wszyscy zaserwowaliśmy sobie ogromne i pyszne lody tak jako przerywnik podróży... Ostatnim miejscem do odwiedzenia był Sulejów, tego dnia było baaardzo gorąco, więc zanurzyliśmy się po szyję w Pilicy (w miejscu, w którym się zatrzymaliśmy, trzeba było się w tym celu prawie położyć, a przynajmniej usiąść) a po spędzeniu w rzece trzech najbardziej krytycznych godzin, gdy trzeba było wracać, staraliśmy się łapać stopa we względnym cieniu, osłonięci mokrymi chustkami i ręcznikami. Później ze stopem różnież nie było problemu, dotarliśmy do mojej małej miejscowości, ludzie tylko czasem się dziwili, że to w taki sposób można podróżować na długie dystanse, że udało się nam pojeździć po Mazurach, że ludzie zabierają itd. – czasem, gdy pytaliśmy o drogę, to miejscowi mówili: jakby coś, to tam jest przystanek autobusowy, jeśli nic nie złapiecie, to bus jeździ co pół godziny. Autostop zależy od mentalności... Wiem, że można w ten sposób zjechać całą Europę czy cały świat i przynajmniej jest to sposób niebanalny, uczący życia bardziej niż inne, wytrwania, zaradności... Tylko się odważyć i uwierzyć, że można. Ale co ja Wam to piszę, Wy, którzy odwiedzacie tę stronę, przecież to wiecie :)