Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

Przepis na przygodę życia za kilka euro

29 listopada 2011 r., autor: asia_koszalin

Szczypta szaleństwa i kilogram szczęścia wrzucony do rozgrzanej marzeniami głowy-czyli przepis na przygodę życia za kilka euro

Czas: trzecia nad ranem
Miejsce akcji: plaża, gdzieś w środkowej Portugalii
Występują: 3 autostopowiczów
------
Obudziło mnie szarpanie za rękę. Tym razem to nie była Ania walcząca o więcej życiowej przestrzeni.
Ricardo: Asia wake up!! Water is coming! Get out of the tent!
Ania: Eee?
Asia (niedyspozycja językowa spowodowana zbyt wczesną porą) Beube?
Coś w głosie Ricarda sprawiło jednak, że pomyślałyśmy, że może to nie jest jakiś kolejny pijacki bełkot spowodowany wcześniejszym spożyciem znacznych ilości Sangrii i postanowiłyśmy wyczołgać się z namiotu żeby sprawdzić o co mu chodzi. Widok nie należał do najlepszych. Z trzech stron otaczała nas woda, uchronił się tylko kawałek plaży z naszym namiotem. Zresztą po pięciu minutach nawet tego już nie było i staliśmy po łydki w zimnym oceanie który podnosił się w szybkim tempie, gorączkowo zbierając nasz dobytek. Wrzuciliśmy go na skały, po czym wrzuciliśmy na owe skały samych siebie co okazało się najtrudniejszą częścią – było ciemno, stromo i ślisko, byliśmy na boso ewentualnie w klapkach, ostre gałęzie, które porastały skały również nie ułatwiały nam zadania (tak na marginesie do dziś jedno z moich przedramion zdobią blizny wojenne wyniesione z tej pamiętnej nocy). Ricardo pomagał nam się tam wspiąć. Wczołgując się po niestabilnych głazach i kolczastych krzakach doceniłyśmy użyteczność jego moherowej pidżamy. Była to jedyna chwila kiedy też zapragnęłyśmy taką mieć. Wreszcie udało nam się usiąść w trochę mniej stromym miejscu gdzie zakończyliśmy nakurwianie (wszystko działo się tak szybko że tylko to słowo odpowiednio wyraża nasze emocje) ewakuacji. Usiedliśmy obok siebie, naciągnęliśmy śpiwór i zamilkliśmy podziwiając kołyszące się na falach łódki i daleką łunę świateł symbolizującą cywilizację.
R: He he now we are pretending rocks!
Po tych słowach spojrzenie moje i Ani w jego kierunku też było po trochu kamienne. Nie mogliśmy zadzwonić po żadną pomoc aby nas ściągnięto. Ta część Setúbalu jest in the middle of nowhere, poza tym jakoś mieliśmy przeczucie, że nikt się nie przepracowuje siedząc na nocnych dyżurach… Dlatego nadal udawaliśmy skałę. Trochę zdeformowaną bo Ania ciągle się osuwała w przepaść lub podskakującą , bo co jakiś czas ktoś mówił żart aby rozładować sytuację.
2 miesiące wcześniej…
Miejsce akcji: plaża w Sarbinowie
Występują: przedstawiciele handlu obnośnego
- ‘Gorąca, gotowana kukurydza! Hawajskie kwiaty dla ozdoby klaty! Jesteście piękni i młodzi pączek wam nie zaszkodzi!’
Tak, powyższe cytaty można by uznać za hasło przewodnie tych wakacji. Pracując w małym miasteczku od biedy można by rzec, że turystycznym (od czerwca do sierpnia) przez głowę przelatywały nam kolejne obrazy i myśli dotyczące przemierzania słonecznego Półwyspu Iberyjskiego autostopem. Wizja ta sprawiała, że pokrzykiwanie o jakości sprzedawanych kolb i inne czynności mające na celu przekonanie spoconych turystów, że mają wielką ochotę na kupienie od nas kukurydzy, wydawały się mniej upokarzające. Zajęcie to umożliwiło kupno namiotu z przeceny i wyżywienia w postaci bagietki dziennie. Skoro kwestia głodu została rozstrzygnięta trzeba było zająć się kwestią noclegów. Perspektywa rozbijania namiotu w centrach miast nie należała do zbyt atrakcyjnych, z pomocą przyszedł przetestowany przy okazji wcześniejszych podróży couchsurfing – pewnego rodzaju społeczność internetowa składająca się z ludzi udostępniających nocleg u siebie w domu. Za darmo.
Znalezienie towarzysza podróży okazało się zadaniem trudniejszym niż ustalenie miejsca do spania. Znajomi odmówili współudziału w miesięcznym wypadzie dookoła Europy uznając ten pomysł za zbyt abstrakcyjny. Wsparcie znalazłyśmy na stronie autostopem.net, gdzie po wymienieniu paru maili postanowiłam spotkać się z Bartkiem i Tomkiem w połowie drogi –Warszawie. Przywitaliśmy się na dworcu, stamtąd udaliśmy się do sklepu po szampana ‘Bajkał’ aby uczcić nasze postanowienie i wino z Matką Boską na etykiecie –tłumacząc się że coś nad nami musi czuwać podczas wyprawy. Przeszliśmy do ustalenia trasy
Ja: przydałyby się mapy, żeby mniej więcej zobaczyć odległość i..
Tomek: A po co ci to! butelka po Bajkale to Bilbao (..też na B) a tamta paczka papierosów to Lizbona
Bartek; Pełen profesjonalizm
Podczas gdy Bajkał wysychał nasze plany stawały się coraz głębsze
B: Wyobraź sobie siedzieć na takim wielbłądzie.. (byliśmy już w Maroku)
T: Kupimy go
B i T (przebiegłe, ale zarazem przedsiębiorcze spojrzenie na mój kolor włosów)
Ja: O NIE NIE PANOWIE OOO NIE ! Tak to jest ufać znajomością z Internetu
Niestety plany wspólnej podróży pokrzyżowały nam terminy. Jak więc nietrudno się domyślić gdy Bajkał wysechł na dobre, nasze drogi rozeszły się. Zygzakiem, bo nikt nie był już w stanie iść prosto
Tymczasem w Poznaniu, spotykając się z kolejnym miłośnikiem autostopu
Mateusz: Trzeba się poduczyć języków. Jak jest 'dokąd jedziesz ' po francusku?
A: Ou vous allez
M: Wuwuzela?
A: Właściwie brzmi podobnie…
W końcu pojechałyśmy same. Nasz plan zakładał dotarcie do Gibraltaru i przy okazji objechanie dookoła Półwyspu Iberyjskiego.

KIEROWCY
Spotkani na drodze kierowcy byli najróżniejsi ale łączyło ich jedno- ciekawość dotycząca tego co nas spotkało i chęć opowiedzenia swojej historii. Czasami to drugie zadanie było mocno utrudnione lingwistycznymi ubytkami, innym razem potrafiliśmy porozumieć się… tak po prostu.
Bułgarski kierowca tira: Ełyełe łe
Ania: ?
Ja: przejechał już 10h i musi zrobić przerwę
Bułgar : Eły ły łye morgen ełeł
Ja: rusza jutro rano.
Ja: Szczszeszcze żyszczer
B: Ełyeł y
Ania:?
Ja: Jak nic nie złapiemy i chce nam się czekać do rana to może nas zabrać
Często za młodu sami podróżowali w ten sposób i teraz, po latach kiedy dorobili się własnego środka transportu, postanowili spłacić pewnego rodzaju dług wdzięczności. Tak było w przypadku portugalskiego tirowca, którego spotkałyśmy na francuskiej granicy. Z rozmarzeniem wspominał czas gdy skończył 18lat i razem z kolegami ruszył autostopem ku Północnej Afryce. Wieczorem parkując przy stacji benzynowej, pomógł nam rozstawiać namiot i zapewniał, że jeżeli czujemy się mało bezpieczne, albo ktoś by nas zaczepiał mamy zapukać w jego kabinę a będzie interweniował. Zgładzi intruza. Po godzinie jakiś mężczyzna Pardon-ował nas czy może przeszkodzić i czy możemy na chwilę wyjść. Wystawiając głowy zobaczyłyśmy pracownika obsługi, martwiącego się czy wszystko w porządku, czy czegoś nie potrzebujemy i zapewniając, że gdyby coś się stało mamy go o tym poinformować. Równie opiekuńczy był pan Janusz, którego poznałyśmy na granicy tym razem Luksemburskiej i spędziłyśmy z nim kolejne tysiąc kilometrów. Janusz był doprawdy oryginałem wśród społeczności tirowców, nie dość, że na swoim laptopie nie posiadał żadnych filmów dla dorosłych (ku ogólnej konsternacji innych kierowców) to swoje potrzeby załatwiał w toalecie a nie w cieniu swojej naczepy. Na jego ‘inność’ składały się też inne czynniki np. trzymanie w tirze kwiatka w doniczce wydaje się wysoce awangardowe (nawet jeśli kwiat w rzeczywistości był plastikowy).Całą trasę prowadził nas głos Krzyśka Hołowni uwięziony w GPS-ie.
Krzysiek: Przykro mi jesteś poza trasą. Poza trasą.
Janusz: Krzysiek co to ma być widzę dobrą imprezę wczoraj miałeś i zboczyłeś kolego. Zboczyłeś i mnie też chcesz za sobą ciągnąć ale nie! W przeciwieństwie do ciebie zachowam trzeźwą głowę i sam przypomnę sobie tą drogę
Krzysiek: Skręć w lewo.
Janusz: No tylko tyle mi powiesz? Nie jesteś godnym kompanem do rozmowy.
Kiedy indziej jadąc z Januszem w deszczu przez niemieckie landy, będąc pośrodku tylko usianych wiatrakami pól, gdzie do najbliższego miasta było po 100km w jedną i drugą stronę, zauważyliśmy dwóch Helmutów siedzących na moście nad autostradą. Siedziały w pelerynach przeciwdeszczowych i obserwowały samochody. Nie znajdując logicznego wytłumaczenia dla tej sytuacji stwierdziliśmy że to musiała być zjawa.
-Ej kochaniutki skręciłeś nie w ten zjazd –podsumował głos geja wydobywający się z GPS-a.

Czasem kierowcy zabierali nas jako kompanów do rozmowy, gdy wybierali się w dłuższe trasy i im się po prostu nudziło. Tak też było w przypadku Chirurga, któremu towarzyszyłyśmy w 700km drodze powrotnej do domu. Aby ją trochę przyśpieszyć wykorzystał pełny potencjał galopujących w silniku koni mechanicznych. Był to wyścig, nie przeciętny, 250km/h na niemieckiej, pozbawionej limitu prędkości autostradzie. Niewykluczone, że jego zawód uspokoił Anię zakładającą, że w razie czego jest szansa żeby poskładać nasze części zanim pojawi się pomoc. Mnie takie wytłumaczenie nie przekonywało.
Dominik (spoglądając na zieloną twarz siedzącą na tylnym siedzeniu): Szybko no nie? Dobra zwolnię, bo koleżanka widzę niewyraźna
Jednak nie zawsze było łatwo i kolorowo, czasem prosta wydawałaby się podróż z punktu A do B stawała się próbą cierpliwości i opanowania. Tak było np. w drodze z Bilbao do Santanderu. Autopista (hiszp.-autostrada) ciągnęła się serpentynami między stromymi górami i dolinami. Taka sama płaszczyzna występowała w porozumieniu się z kierowcą pt. Yo-hablo-solo-español z bonusem.
A: Do you speak English?
Kierowca: …?
Asia: Vous parlez française?
K: …?
A: To polski, ku*wa, powiedz, że mówisz po polsku…
K: ESPAÑOL!
Asia: Po co my się języków uczymy..
Bardzo łamanym hiszpańskim Ania objaśniła co chcemy – czyli wysiąść na kolejnej stacji benzynowej i to, czego nie chcemy- czyli zostać u niego na noc.
Mimo wszystko nigdy nie zdarzyło nam się, że ktoś wysadził nas nie tam gdzie chciałyśmy a problemy językowe przyczyniły się do wzrostu naszej kreatywności co do sposobów komunikacji. Czasem wręcz na rękę było udawanie, że nie rozumiemy co mówi kierowca i szybka ewakuacja z samochodu gdy kierowca wydawał się nachalnie uprzejmy.

FRANCJA

Pierwszy 4dniowy przystanek zrobiłyśmy w Paryżu, do którego wjechałyśmy w furgonetce obok przystojnych francuzów (Asia) i na pace z klejami i wiertarkami (Ania). Wyżej wymienieni Francuzi byli nie tylko przystojni co i mili gdyż co jakiś czas sprawdzali czy Ania jeszcze żyje i nie poddusza się oparami z klejów.

Paryż - miejsce z magicznym nastrojem, zawierającym w sobie cząstkę dzieciństwa. Nad wieżą Eiffla gołębie wzbijają się do lotu (poza tymi grubymi, których właśnie karmią turyści), obok nich kręci się karuzela. Kawałek dalej woda z fontann tworzy ciekawe formacje. W powietrzu unosi się zapach waty cukrowej i macarons - małych migdałowych ciasteczek. Ludzie wszystkich narodowości nieśpiesznie przechodzą trzymając w rękach bagietki lub dłoń swojego partnera. Widoczna jest wielokulturowość, ale nie zatracenie tożsamości wyrażanej przez etniczne ubrania i język. Na ulicach malarze, artyści, koreańskie MTV, streetartowe prace, które widziałam w filmie o Banksym. W metrze na akordeonie muzycy grają tradycyjną francuską muzykę, uśmiech, smak wina, małe klimatyczne sklepiki, kolorowe światła, brukowane uliczki… wszystko tu zachwyca nawet wygląd drzwi i balkonów, czego przykładem jest Ania zaglądająca z aparatem ludziom do ładnie przyozdobionych okien.

Wieczorem spotkałyśmy się z hostem, studentem architektury, Baptistem. Ku naszemu zdziwieniu z każdego kąta jego mieszkania zaczął wychodzić kolejny współlokator chcący nas pocałować na powitanie. Razem sześciu. Większość mebli, które się tam znajdowały były wzięte z ulicy… i naprawdę nie wyglądały źle. Poszliśmy naszą wesołą gromadką do baru rzut beretem od Notre Dame. Okazało się, że wszyscy znali właściciela a alkohol lał się żwawym strumieniem, co ciekawe wraz z jego ilością znacząco podnosiły się też lingwistyczne zdolności naszych znajomych. Kilka piw i shotów później śpiewałyśmy barmanowi sto lat i kilka innych polskich przyśpiewek rodem z biesiad. Następnie z morza wspomnień wydobywają się bezskuteczne próby nauczenia FonFi’ego różnicy między Cześć a Cieć, kolejny bar, kolejne piwo, spacer pod Notre Dame - miejscem koronacji Napoleona i jednocześnie domem Quasimodo. Potem już slalomem do taksówki. W międzyczasie Aśka, której ten kociołek panoramiksa najwidoczniej nie służył nie przestawała śpiewać ‘O Champs Elysees tara tatara Ooo…’

Następnego dnia.
Ooo.. Kac. Ogromny…
Po wczorajszej nocy zasiliłyśmy naszą lingwistyczną wiedzę o słowa: żabie udko i zboczeniec. Jakie jest między tym połączenie -wolimy nie wnikać.
Nasz kolejny host mieszka koło Montmarte. (Jakiś czas potem dowiedziałyśmy się też, że okolica, w której mieszka Pierre jest sławna dzięki największemu sexshopowi w Europie.) Na klatce schodowej rozłożony jest czerwony dywan, wokół drzwi ozdobne wykończenia. W jego mieszkaniu w oczy rzuciły nam się od razu jego dwie miłości – do kina i kapeluszy, wyrażaną przez zaklejanie każdej wolnej przestrzeni plakatami filmowymi lub wieszakami z różnymi nakryciami głowy.
Będąc w Paryżu nie można nie zahaczyć o wieżę Eiffla. Powędrowałyśmy pod żelazny symbol kraju, właśnie iskrzący od świateł. Aż trudno uwierzyć, że wieża wybudowana w XIX w. jako brama wejściowa na teren wystawy z okazji stulecia rewolucji francuskiej co roku będzie przyciągać 3mln osób. Pod nią na trawniku siedzi pełno ludzi a Ania zagadała hindusa sprzedającego alkohol żeby sprawdzić co wyniosła z roku spędzonego na indologii. Coś tam jednak umiała bo z ceny 10 euro za wino zrobiło się 4. Mimo wszystko podziękowałyśmy. Chwilę potem podeszło do nas dwóch chłopaków z szampanem i zapytali czy nie chcemy się z nimi napić. My nie chcemy? 

Jeden z kolejnych wieczorów spędziłyśmy z kolegami - artystami Pierra. Wszyscy pasjonowali się kinem tak niszowym, że nikt o nim nie słyszał i w sumie nie wiadomo czy w ogóle istniejącym. Mimo to impreza była iście dekadencka – francuskie wino, sushi i haszysz. Zauważyłyśmy, że jak gromadzi się więcej butelek wina niż francuzów wtedy istnieje możliwość rozmawiania po angielsku. Na trzeźwo jest trochę ciężej. Zwłaszcza jak się próbuje w ich ojczystym języku, jak to miała okazję się przekonać Asia.



W tłumaczeniu:
Asia: Przepraszam jak dotrzeć na ulicę …
Przechodzień: To daleko, lepiej wziąć metro
Ja: Ale jestem stopą.
P: ??
A: STOPA
P: Na pieszo?
A: ....tak
A: (do Ani) Kurde ale wstyd.
P: Przechodzisz w lewo, potem przecznica w prawo, skręcasz koło muzeum, dalej prosto
A: Ymm.. prawo, muzeum lewo…
P (zrezygnowany) Chodźcie za mną…

Tam gdzie curva to zakręt, wszystko jest mañana a autostop… co to właściwie znaczy?


Wcześniej wspomniane nastawienie pt. ‘mañana’ udzieliło nam się bardzo szybko, za sprawą Hiszpana Iñigo który gościł nas w San Sebastian. Po dwóch dniach spędzonych na jedzeniu pomarańczy, leżeniu na plaży i na (biernym) uczestnictwie w fieście jaką była Semana Grande (czyli obchody wielkiego tygodnia), jakikolwiek pośpiech wydawał się zbędny a wręcz niewskazany. Tym większym zdziwieniem dla mnie był fakt, że Aśka zdecydowała się wypożyczyć kajak i dopłynąć na wyspę św. Klary, usytuowaną między dwoma wzgórzami Urgull i Igueldo. Nie wiedziała jednak, że jakieś czterysta lat temu nikt nie chciał tam trafić. Transport tam oznaczał jedno: dżumę. Pod koniec XVI w. w San Sebastian szalała epidemia i Wyspa św. Klary stanowiła swego rodzaju izolatkę dla zakażonych. Innym ciekawym miejscem w Donostii (baskijska nazwa miasta) jest rzeźba ‘El Peine del Viento’ – ‘Grzebień Wiatru’. Ta dość awangardowa rzeźba została stworzona pod koniec lat 70 XX w. przez Eduardo Chillidę, którego marzeniem było, żeby do miasta dolatywał uczesany wiatr…

Korzystałyśmy z komfortu tak długo jak mogłyśmy, zdając sobie sprawę, że zwykłe czynności, w trakcie podróży mają zupełnie inny charakter i stopień trudności. Np. mycie głowy pod prysznicem na plaży nie jest łatwe kiedy z tyłu czai się starszy Hiszpan pokrzykując że to co robisz jest prohibido i żądający natychmiastowego przerwania wcierania zakazanej substancji we włosy. Równie wymowne miny mieli pracownicy obsługi ‘stacji benzynowej’ w Torrleavedze. Po godzinie stania doszłyśmy do wniosku że coś jest nie tak.. Nigdzie nie ma WC, sklepu, wszystko dookoła jest pozamykane, ruch niewielki, kierowcy nas ignorują. Ej to nie stacja benzynowa tylko myjnia samochodów.

Dialog z Pracownikiem Myjni:
Ja: Excuse me could you show me on the map where is the nearest petrol station?
P.M: Muy lejos*. (*Bardzo daleko)
J: How many kilometers?
P.M: I don’t know. 5? Muy lejos. You haven’t got enough gasolina?
J: No, I don’t have a car.
P.M: ?
J: We’re hitchhikers!
P.M: EE? What’s that?
J (ruch kciukiem góra, dół)
P.M: yhym..
J: So how can we get to proxima gasoliniera? In which direction we should walk?
P.M: Walking? (grymas przerażenia I szoku) Impossible..
Te słowa wciąż dźwięczały nam w uszach gdy jednak postanowiłyśmy udowodnić, że ‘impossible is nothing’ i ruszyłyśmy dalej. Tak się właśnie ma autostop w północnej Hiszpanii. Jeżeli wiedzą czym jest-to pierwszy krok do sukcesu. Jak mówią w innym języku niż tylko hiszpański- to drugi. Jak dwa w jednym to udaje nam się komfortowo jechać. Poniżej przedstawiamy autorską metodę łapania stopa. Jak wiadomo jeśli chodzi o klasykę możemy wyróżnić dwie główne odmiany: na kciuk i na tabliczkę. Nam udało się odkryć jeszcze jedną ‘na Anię’, dzięki której udało nam się nie jeden raz wydostać z ciężkiej sytuacji. Jak to wygląda?
1. stoisz, siedzisz, czeszesz włosy lub piszesz coś, zupełnie nie zwracając na nic uwagi
2. gdzieś koło ciebie leży karton z napisem miejscowości, do której zmierzasz
3. podchodzi do ciebie kierowca i pyta czy nie chciałabyś się z nim zabrać.
To działa. Naprawdę. Same byłyśmy zaskoczone, gdy wchodząc na stację benzynową gdzieś pod Bordeaux i trzymając pod pachą tabliczkę z napisem ‘Spain” zaczepił nas kierowca i wskazując na nasz karton powiedział, że jak dopije kawę może nas tam zawieźć – i tak też zrobił, odstawił nas pod same drzwi hosta w San Sebastian. Geniusz tkwi w prostocie.
Równie prostym zbiegiem okoliczności udało nam się poznać Maara. Po opublikowaniu posta na couchsurfingu w grupie miasta do którego zmierzałyśmy (Vigo), opisując w nim po krótce naszą sytuację, dostałam sms od chłopaka, który od trzech dni też jest trochę bezdomny. Zaproponował zrobić wspólny camping. Parę wiadomości później znalazł hosta dla naszej trójki. Okazało się, że dom, w którym będziemy dziś nocować należy do dziadków Lie a my mamy cały parter do swojej dyspozycji. Kilka słów o niej: lubi surfować i robić zdjęcia, swojego obecnego chłopaka poznała na wakacjach w Portugalii i jak sama mówiła już po 2 dniach była enamorada. Kilka słów o Maarze: pochodzi z południowych Stanów, mówi płynnie w 3 językach, mieszka w Gijon i zmierza właśnie do Portugali aby zobaczyć się ze swoim włoskim chłopakiem ( fakt jego pochodzenia nie był obojętny. Włoska mentalność, nie sprzyja ustanawianiu terminów, o czym przekonał się Maar próbując teraz jakoś zabić czas w miastach pomiędzy Gijon a Porto), z którym planują ślub. Lubi też mówić. Bardzo. W sumie nie przeszkadzało mi to jako że ja lubię słuchać a on mówił ciekawie. Kolejną ciekawostką na jego temat było to, że śpi max 4 h w nocy a resztę czasu wykorzystuje oglądając od nowa odcinki True Blooda.
Następnego dnia razem zwiedzaliśmy miasto. Zaczęliśmy od fortu na wzgórzu którego wyniosłość i szlachetność trochę zakłócała prawie pornograficzna sesja zdjęciowa blondynki przyczajonej na jednym z murków. Turysta stojący nieopodal obserwował ją, udając że patrzy na panoramę Vigo. My już tam wiemy na co on patrzył… Zeszliśmy w dół gdzie trwały pracę nad rekonstrukcją - parę miesięcy temu odkrytej przez archeologów –wioski galicyjskiej. Okrągłe domki, z kamiennymi ścianami, pokryte strzechą. Dokładnie ten sam obrazek co z podręczników od historii, na który spoglądasz podczas jego czytania. Trochę błogiego lenistwa, powrót do domu, pakowanie się, żegnanie, buziaki i już staliśmy w trójkę na stacji benzynowej przy drodze na Porto. Maar był bardzo podekscytowany tym nowym dla niego doświadczeniem. Każde z nas trzymało inny napis (jakbyśmy i tak wystarczająco nie rzucali się w oczy) : Porto, Oporto (to po portugalsku) i Portugal. Wesoły nastrój i optymizm a pewnie i tzw. szczęście początkującego podziałały bo po 10 minutach zatrzymała się furgonetka, która podwiozła nas 50 km dalej. Jesteśmy w Portugalii!

PORTUGALIA
Później, tj. gdy szczęście początkującego się wyczerpało szło nam znacznie gorzej, ale i tak dotarliśmy na miejsce jeszcze tego samego dnia. Dojechawszy do Porto rozdzieliliśmy się z Maarem i poszłyśmy poszukać baru ‘Los amigos’, w którym pracuje nasz dzisiejszy host – João. Wkrótce okazało się, że nasz gospodarz to 30-letni rastaman z dredami do pasa wyglądający jakby się w życiu za dużo najarał. Jego ulubione powiedzenie to ‘no problem’..a my lubimy takie podejście do życia

Porto nocą jest naprawdę piękne, szczególnie panorama oglądana z jednego z wielu mostów, jest w nim tez mnóstwo kotów (?), przez co czasami czułyśmy się jak jakieś nieszczęsne bohaterki prozy Murakamiego. Wokół rzeki pełno jest małych kafejek gdzie przy melancholijnych opowiadających o tęsknocie pieśniach Fado Portugalczycy piją Porto i patrzą na odpływające statki. Wszędzie domy bez parapetów pokryte ozdobnymi płytkami ceramicznymi - azulejos. W Portugalii na azulejos natkniemy się na każdym kroku. Są na fasadach budynków, na klatkach schodowych, wykładane są nimi nazwy ulic i numery domów. Pokrywają gmachy użyteczności publicznej i prywatne mieszkania zarówno na północy, jak i na południu kraju.


Przed wyjściem i błądzeniem w wąskich uliczkach, umówiłyśmy się z João, że pójdziemy z nim na koncert reggae jak już skończy pracę. A razem z nami jego przyjaciel, którego imienia wprawdzie nie pamiętam ale którego poznałyśmy wczoraj gdy nas podwoził do mieszkania João. Okazał się on socjologiem z wykształcenia i rastamanem z zamiłowania. Szybko zauważyłyśmy, że w Porto można palić co się tylko chce i gdzie się tylko chce co nasi nowi znajomi nie krępując się skwapliwie wykorzystywali. Klub do którego nas zaprowadzili okazał się dość alternatywny – połowa klienteli miała dredy i znała João, druga była tak upojona/ ujarana, że za bardzo ich nie obchodziło co się dzieje dookoła, inni oglądali psychodeliczne slajdy puszczane na ścianie lub wirowali na parkiecie mniej lub bardziej składnie machając kończynami. Lub jointem. Lub kubkiem. 0,25litrowym co jest tutaj standardem. Jak tak dalej pójdzie po powrocie do Polski po jednym zwyczajnym piwie będziemy pijane.

Wcześniej wspomniane zmniejszenie alkoholowej tolerancji nie było wytłumaczeniem porannego odkrycia dwóch Niemek, których nie było w naszym pokoju (tym razem w Lizbonie) gdy się kładłyśmy. W domu następnego hosta-Andre było zdecydowanie za dużo ludzi. Tylko w drodze do wc minęłam 6 osób. Czym prędzej postanowiłyśmy opuścić ten dom bardziej przypominający jednak hostel i ruszyć na podbój Lizbony. Mijałyśmy żółte terkoczące tramwaje, w tym najbardziej popularną (i stromą) linie nr 28 stworzoną w 1928. W pewnym momencie zadzwonił ktoś z Cs-a, żeby spotkać sie na jakimś niezobowiązujących ‘coffe or a drink’ Planowałyśmy dojść do Castelo de Sao Jorge. Skutecznie utrudniły nam to małe wąskie, urocze uliczki w których gubienie się było przyjemnością. Na brukowanych podjazdach przeciągały się i wygrzewały w słońcu koty, nad nimi ktoś rozwieszał pranie rozmawiając z sąsiadem.

Potem spotkałyśmy się z Ricardo –bo tak się ów chłopak nazywał. Zajmuje się fotografią mody. Wygłupialiśmy się i ciągle rozmawialiśmy, w pewnym momencie Ricardo zabrzmiał poważniej... i ostrzegł nas przed krążącymi po ulicach dilerami
A: They’re selling drugs in the city center? No way! Too many tourists and..
R: Yee! You haven’t seen them before? When you were walking with Anna? They’re everywhere
Jakby na potwierdzenie tych słów 5 minut później zza sklepu z pocztówkami wyłonił się chłopak pokazujący coś zielonego w woreczku
Chłopak z woreczkiem: Ey! Marihuana? Cheap marihuana!
A: …?!
R: No thanks. As I told you
A: Is it legal here?
R: Nop but government pretends that it doesn’t see it.
Doszliśmy do Praca do comercio. Piękny, wielki plac stanowiący centrum miasta. Jakkolwiek dziś wygląda biedniej niż trzy wieki temu, kiedy stanowił jedynie taras przed pałacem zniszczonym przez trzęsienie ziemi.
Następnego dnia spotkałyśmy się z Ricardo i pojechaliśmy na dawne tereny Expo ’98 z widokiem na jeden z najdłuższych w Europie mostów, ciągnący się przez 20km. Na równi z nim zawieszona jest kolejka widokowa. Mimo usilnego namawiania Ricardo cierpiącego na lęk wysokości, poza ostrzeżeniem że nie chcemy oglądać jego shitty scared face 100m above ground without any way to escape nic nie osiągnęłyśmy. Pod mostem rozciągała się przestrzeń dla sportowców, drogi rowerowe, przeplatane z deptakami, ogrodami i skateparkami. Palmy, okolica drogich eleganckich domów, rzeźby, połączenie patyków, desek, metalu, kamieni tworzące razem instrumenty na których nieskoordynowane ręce przechodniów próbowały swoich sił.
Po pracy, Pedro zaprosił nas do siebie na obiad (na Południu tak właśnie określa się posiłek o godzinie 20-21) Poznałyśmy na nim 2 portugalskie ciotki, 2 wujków, kuzynkę z Francji i kuzyna z Kanady podróżującego by odnaleźć resztę swojego drzewa genologicznego z korzeniami w Europie. Po chwili obliczeń Pedro stwierdził że kuzynów jest około 50. Tym co ich łączy oprócz więzów, chyba już lekko rozwodnionej krwi to, to, że wszyscy mają koślawą lewą stopę. Ich większy zjazd rodzinny musi wyglądać niepełnosprawnie.. Chwilę potem dostałam wiadomość od mamy ‘Za 5dni zaczyna się szkoła! Wracać do domu!’. Ta treść, świadomość że klasę maturalną należy traktować poważniej, jak i kończąca się zawartość portfela pokrzyżowała nam pierwotny plan dotarcia na Gibraltar. Również nerwy rodziców w miarę trwania podróży bardziej się uaktywniły. Od początku nie zgadzali się na naszą wyprawę, traktując ją jak samobójczy wyrok. Jeden nie wysłany w ciągu dnia sms był jak potwierdzenie naszego zgonu.
Jakkolwiek dzisiejszego wieczoru jedyne co uśmierciłyśmy to oszczędności bo dołączył do nas Ricardo i poszliśmy do klubów w dokach. Żegnając się z nami stwierdził:
R: Ok. we will see in 2h
Ania:?
Asia: Really?!
R: Yeee why not?
Na początku miał pojechać z nami na 2 dni w rejony Algarve, tydzień później żegnał się z nami w innym kraju, prawie tysiąc kilometrów dalej…

HISZPANIA PO RAZ KOLEJNY
For Anna : Shame that first night they were really tired, but second night was big fun having "sex in alameda"…
For Ricardo : Ah, I was gonna forget, what a good driver, if you fell drunk to drive, trust him…
For Asia : funny girl, with special "shoes" on her trip. She and her sister are shining girls although rain was following them everywhere…
(Przedstawione wyżej opisy to urywki rekomendacji jakie zwyczajowo pisze się po spotkaniu z innymi couchsurferami).
Tak właśnie nas zapamiętał Antonio – nasz przewodnik po dzielnicach rozrywki w Sewilli. Swoją drogą spędziliśmy w nich sporo czasu: jedząc tapas w ukrytych w wąskich uliczkach knajpkach, podczas gdy niedaleko ktoś grał na gitarze , oglądając występy ulicznych artystów, tańcząc w dyskotekach lub po prostu ciesząc się zwykłymi rzeczami. Wokół nas palmy oświetlone żółtym światłem latarni, uśmiechnięci Hiszpanie, pozytywny nastrój przechodniów... Brukowanymi uliczkami wróciliśmy do baru Antonio. Pierwszego dnia pomylił nas z couchsurferami z Austrii. Gdy dowiedział się o swoim błędzie machnął tylko ręką i powiedział, że najwidoczniej pomyliły mu się daty i my też możemy zostać. Gdy tylko skończył swoje piwo, wsiedliśmy do samochodu. Jak się dłużej zastanowić to zawsze gdy go widzieliśmy miał jakieś piwo bądź inny alkohol w ręku – może to jest tajemnica południowego wyluzowanego podejścia do życia? Podczas jazdy rozmawiając z nami mocno gestykulował przez co prawie nie trzymał kierownicy. Hiszpański temperament kontra bezpieczeństwo.
Kładąc się spać, doszła do mnie niepowtarzalność dni spędzonych w drodze. Wdzięczność, za poznanych ludzi, kilometry które nas oddalały i przybliżały do domu, uśmiech, każdy miniony dzień. Normalnie, tkwiąc w potrzasku obowiązków zapominamy o tym jak ważne jest dziękowanie za to co nas spotyka, traktując nocleg, dom, wygodę jako rzeczy oczywiste, które nam się po prostu należą.
Człowiek jest naprawdę szczęśliwy kiedy wyrywa się z krępującego go schematu postępowania po to by realizować swoją pasję i otaczać się dobrymi ludźmi, nie przedmiotami.
Ostatniego dnia pobytu w Sewilli Antonio odwiózł nas na stację benzynową w kierunku na Torreablance. Okolica nie ma opinii bezpiecznego miejsca więc po 4godzinnym bezproduktywnym łapaniu stopa postanowiliśmy udać się na dworzec. W rozkładzie jazdy spojrzeliśmy który autokar jedzie przez całą noc na wschód. Wybór padł na Walencje (55E). Opłaciliśmy najdroższy ‘nocleg’ w trakcie podróży ale cieszyliśmy się że przynajmniej będziemy 800km do przodu.
Walencja przywitała nas 38stopniami, kąpielą w ciepłym morzu, palmami przy plaży, targiem pełnym przeróżnych rzeczy, ulicznymi muzykami. Spacer po Starym Mieście zaowocował odnalezieniem kafejki internetowej gdzie na couch emergency zapytaliśmy czy ktoś mógłby przygarnąć nas na wieczór. Popołudniu dostałam sms-a od czecha Mirka, uczącego się polskiego, że zaprasza nas do siebie.. Wieczorem oprowadził nas po mieście i udzielił szybkich korepetycji z języka czeskiego. Na przykład słowo ‘szukać’ ma dla nich zgoła odmienne znaczenie. Będąc więc w ojczyźnie Krecika, jeśli nie chcemy dostać po twarzy to nie prowokujmy Czecha twierdząc na imprezie, że "pójdziemy poszukać jego dziewczyny". Poza tym čerstvý znaczy świeży a dívka to dziewczyna…

Mirek ciekawie opowiadał o Walencji, min. poznaliśmy legendę o nietoperzu –symbolu miasta widocznym wszędzie. Począwszy od XIII wieku nietoperz był symbolem przynoszącym szczęście, w nocy przed tym gdy Jakub I zaatakował muzułmańską Walencję , nietoperz wleciał do jego pokoju i obijał się po całym wnętrzu. Następnego dnia jego wojska zaatakowały miasto i wygrały - aby to uczcić, umieścił nietoperza w herbie miasta.
W międzyczasie znaleźliśmy dość oryginalną lodziarnię gdzie Aśka zainwestowała w lody o smaku tuńczyka. Im bardziej ich ubywało tym bardziej zwiększał się dystans pomiędzy nią a resztą towarzystwa. Całą drogę powrotną powtarzała, że wcale nie były takie złe.

NOCLEGI
Jedna z ciekawszych i bardziej dramatycznych przygód które wydarzyły się w trakcie podróży mają bezpośredni związek z miejscami, w których przyszło nam nocować. Do tego co nas spotkało nie przygotowały mnie nawet trzy lata studenckiego życia.

Pierwsza noc na dziko była wyjątkowo przyjemna- rozbiłyśmy namiot na niemieckiej uprawie winogron, znajdującej się za płotem w pobliżu stacji benzynowej. Czyste, świeże powietrze, a wokół rozstawionego ‘domu’ leniwie dojrzewało śniadanie... czego chcieć więcej? Na pewno nie samochodu, który pojawił się tam z rana i przyczynił się do naszej szybszej ewakuacji.
Innym razem znalezienie odpowiedniego gruntu pod namiot okazywało się bardziej skomplikowane. Po ok. 8km spacerku po Santanderze nareszcie wyłoniła się plaża. Nocą wyglądała niesamowicie. Fioletowe niebo, granatowa woda z tysiącem migających świateł odbitych w niej od strony miasta. Podczas gdy Ania uwieczniała te widoki na karcie pamięci do mnie podszedł 16letni Hiszpan. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, w przeciwieństwie do reszty rodaków znał dobrze angielski, życzył powodzenia i umiał powiedzieć po polsku ‘Wąsy’. Czemu? Nie chciałam pytać.
Idąc dalej zauważyłyśmy jedyne odpowiednio zakamuflowane miejsce na nasz namiot- była nim górka w pobliżu plaży. Resztę nocy spędziłyśmy na walce z grawitacją.
Walka, ale tym razem z siłami natury i strachem toczyła się również w Torrleavedze. Ściemniało się coraz bardziej a leżakowanie na stacji benzynowej jak wino nie przyniosło nam żadnych korzyści. W przeciwieństwie do niego im dłużej czekałyśmy tym byłyśmy mniej atrakcyjne. Postanowiłyśmy więc poszukać jakiegoś miejsca do spania. Burza, pioruny, nocleg pod mostem. Tak, centralnie pod mostem, koło linii wysokiego napięcia i starych fabryk na obrzeżach miasta. W sąsiedztwie odbywał się koncert jakiegoś zespołu metalowego, nad nami i obok nas ciągle przechodzili ludzie, ich kroki stawiane na metalowych schodach odbijały się echem w naszych uszach. Ciemność, nerwowe ściskanie gazu pieprzowego w ręce i powtarzanie przez około 7h ‘będzie dobrze’. Należy w tym miejscu dodać, że nie wszystkim udzielił się nerwowy nastrój tej nocy bowiem Ania owe wspomniane wyżej 7 godzin spędziła w błogich objęciach Morfeusza w ogóle nie przejmując się tym co się działo naokoło.
Jednak takie noclegi na dziko okazały się zbyt meczące na dłuższą metę. Morale obniżał też fakt, że nie posuwamy się znacząco naprzód a jako, że jedna z nas zaczyna szkołę we wrześniu nie mamy nieograniczonych zasobów czasowych. Kulminacja tej frustracji miała miejsce po dotarciu do Oviedo. Po 3 dniach bez prysznica, niezbyt wygodnych i suchych noclegach, siedząc z torbami we wnęce pod czyimś biurem, czekając aż przestanie padać a nadmiar czasu zagryzając suchą bułką-coś w nas pękło.
Ja: DOŚĆ.
Ania: Aśka. Hostel! Dziś!
Trochę błądząc po tym spokojnym mieście z ponad setką rzeźb w centrum, dotarłyśmy do hostelu o nazwie Ana. Ania chyba myślała, że wszystko co nosi jej imię będzie piękne i wygodne. Myliła się. Piękne ,to to na pewno nie było a jeśli chodzi o wygodę to wszystko co miałoby umocowany dach i dostęp do bieżącej wody wydałoby się nam w owej chwili wygodne. Był to jedyny przypadek w ciągu tego miesiąca gdy zdecydowałyśmy się zapłacić za nocleg. Potyczka językowa z właścicielami (dumnymi przedstawicielami hablo-solo-español), bieżący prysznic i zwiedzanie Oviedo bez 10 kg na plecach – bezcenne.
Decydując się na samodzielną podróż zakładałyśmy, że najlepszym planem jest brak planu. Zazwyczaj okazywało się , że elastyczność i łatwość dopasowywania się do zmian są naszymi najbardziej przydatnymi cechami. Chociaż jak wiadomo ile ludzi tyle sposobów na podróżowanie np. w autobusie do Sevilli poznałyśmy kolejnego Ricarda , który właśnie wybierał się we własną podróż po Europie, jednak w przeciwieństwie do nas wszystko miał tak zorganizowane, że było to dla nas aż śmieszne. Na przykład w Sewilli czekając na lot miał do wytracenia kilka godzin podczas których wg planu ( liczącego kilkanaście stron!), miał spotkać się z kimś z Cs-a, zjeść coś lokalnego i have fun  Wszystko pieczołowicie dopracowane włączając do tego plan miasta i historyczne ciekawostki na jego temat. Ba, po dokładniejszym przejrzeniu okazało się, że ma nawet instrukcję pt. ‘jak przetrwać katastrofę lotniczą (z Sewilli leciał chyba do Mediolanu). Dla kontrastu my w tym nieszczęsnym autobusie nie mieliśmy jeszcze żadnego planu, włączając w to także brak noclegu na nadchodzącą noc. Mimo wszystko naszym zdaniem podróżowanie bez przewodnika jest o wiele bardziej ekscytujące i pozwala lepiej poznać własne możliwości, nie wspominając o dziwnych miejscach do których przypadkowo trafiamy i ciekawych ludziach, których przypadkowo poznajemy. Poza tym satysfakcja i radość płynąca z pokonywania granic, zarówno geograficznych jak i naszych własnych, pozostają w nas na zawsze, aby przypominać stale o tym, że w życiu można osiągnąć wszystko, jeśli się naprawdę tego chce.
Tak samo jak na zawsze zostaną w nas wspomnienia pewnej sierpniowej nocy spędzonej w Setúbalu. Ocean, kawałek plaży i skały z tabliczką ostrzegającą przed ich zawaleniem się ‘Danger area! Rockfall.’ Nie wiedzieć czemu to miejsce wydało nam się idealnym do rozbicia obozu, najwyraźniej pod wpływem zmęczenia granice racjonalności niebezpiecznie przesunęły się - dokładnie pod nią rozstawiliśmy namiot i zrobiliśmy beach party. Sangria, nauka samoobrony Ricardo, spacer z Anią, rybackie łódki, w oddali noc, biały piasek, światła z przeciwległego brzegu, na którym mogliśmy dostrzec przylądek Tróia, odbijające się od fal oceanu, a w końcu deszcz
Obudziło mnie szarpanie za rękę. Tym razem to nie była Ania walcząca o więcej życiowej przestrzeni…