Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

AutoStop Polska -> Grecja -> Polska 2011 cz.1

6 lutego 2012 r., autor: MrBamBaam

Trzy pierwsze z 14 dni wyprawy autostopem z Wałbrzycha, na Zakynthos w Grecji.
BoBo & Wojtas

Pomysł.

Wojtek bardzo chciał możliwie tanio dostać się do Grecji.
Szukał możliwości zabrania sie z jakimś kierowcą ciężarówki, na różnych portalach internetowych z tego typu ofertami.
Płacisz grosze i docierasz gdzie akurat jadą.
Niestety nie znalazł żadnej interesującej oferty i nie widząc innego sposobu transportu, pewnie zrezygnowałby ze wspanialej idei zobaczenia się ze swoją \\\"motywacją\\\", która przez 3 miesiące odbywała praktyki w jednym z hoteli na Zakynthosie.
Wojtkowi bardzo na tym zależało, a ja akurat nie miałem żadnych planów na nadchodzące dni, stąd moja propozycja, ze mogę jechać z nim do Grecji autostopem.

Wojtek nigdy nie podróżował autostopem jednak pomysł przyjął pozytywnie.
Było to 2 tygodnie przed wyjazdem.
Radość i nadzieja znów zagościły w Wojtka duszy, chociaż ja miałem spore wątpliwości co do realizacji rzuconego od tak przeze mnie pomysłu.
Uprzedziłem Wojtka, ze jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, ale w ciągu najbliższych dni dam mu ostateczną odpowiedź.
Ponad 5 tys. km, prom, pobyt na Zakynthosie, jedzenie, w zamyśle około 2 tygodnie w podróży i 27 € i 80 centów w portfelu?!

Poniedziałek.
Jadę!
Środa- informuję Wojtka o mojej decyzji.

Skąd zwłoka?
Wojtek jest osobą, która lubi mieć wszystko dokładnie zaplanowane, przemyślane, rozważa 100 różnych wariantów, stąd pomyślałem, że ograniczę mu czas na tego typu rozważania.
Jeszcze by się rozmyślił :p
Bądź co bądź pomysł podróży autostopem jest dość szalony, a Wojtek do szalonych raczej nigdy nie należał.

Startujemy :D

Piątek - Ruszamy spod wałbrzyskiej Palmiarni.
Po 10 minutach mamy transport do Świdnicy.
Tam po kolejnych 10 minutach ruszamy do Wrocławia.
Wysiadamy w okolicach wjazdu na A-4 gdzie równie szybko udaje nam sie złapać transport na najbliższą stację benzynową znajdującą się już na autostradzie.
Dalej Katowice, Kraków i tu dopada nas widmo mandatu.
\\\"Polujemy\\\" na szofera na obwodnicy Krakowa, wiedząc, że jest to niedozwolone, ale innej możliwości w tym momencie nie widzimy.
Minęły nas 2 radiowozy zupełnie się nami nie interesując.
Jak to niestety często bywa, tak i w tym przypadku powiedzenie \\\"do trzech razy sztuka\\\" się sprawdziło.
Zostajemy poproszeni o dokumenty i poinformowani o tym o czym wiemy, (oczywiście walimy głupa) oraz o wysokości mandatu, który nas czeka.
Mimo to nie opuszcza mnie przeczucie, że świstka z wypisaną na nim kwotą pln-ów uda się uniknąć.
Z uśmiechem na twarzy rozmawiamy z policjantami, śmiejemy się, że to będzie mój pierwszy w życiu mandat.
Mandatu nie było, a jedyne co dostaliśmy to wskazówka gdzie możemy łapać stopa legalnie i prawdopodobnie z lepszym efektem.
Krok po kroku dotarliśmy w pobliże granicy ze Słowacją.
Przeczekaliśmy deszcz pod parasolami jednego z barów, wykorzystując ten czas na przygotowanie obiadu składającego się z chleba i biedronkowego pasztetu.
Kiedy deszcz ustał, ruszyliśmy drogą w kierunku słowackiej granicy w poszukiwaniu jakiegoś optymalnego, nie grożącego mandatem miejsca naszych dalszych \\\"łowów\\\".
Daleko nie zaszliśmy, zgarnięci po drodze przez polskiego Słowaka od którego uzyskaliśmy wiele cennych dla nas informacji na temat bezwzględności słowackiej policji i braku sensu jakichkolwiek negocjacji w przypadku spotkania owych jegomościów.
Zostajemy wysadzeni w małym przygranicznym miasteczku, w którym nasz kierowca mieszka na co dzień.
Z ciekawością \\\"stopowania\\\" po Słowacji stajemy na poboczu i juz po krótkiej chwili jedziemy do Rużemberok.
Zwiedzmy nieduże miasteczko po czym znów stajemy na poboczu.
Zabiera nas niewiele starszy od nas miłośnik gór, z którym rozmawiamy całą drogę o pasmach górskich Słowacji, podziwiamy zamki wzniesione na szczytach Małej i Wielkiej Fatry, wspaniale oświetlone po zapadnięciu zmroku.
Kiedy wysiadamy w Bańskiej Bystricy jest już ciemno, wypada wiec poszukać jakiegoś miejsca na nocleg.
Jeśli coś mnie do tego nie zmusza, to unikam jazdy autostopem nocą i nie chodzi tu wcale o względy bezpieczeństwa.
Po prostu jeśli się nie wyśpię, to będę potem zasypiał ludziom w samochodach, a to jest raczej mało kulturalne, biorąc pod uwagę fakt, że wielu kierowców zabiera autosopowiczów żeby mieć z kim rozmawiać podczas często wielogodzinnych kursów.
Dotyczy to zwłaszcza kierowców ciężarówek oraz tzw. przez nich kierowców \\\"kurników\\\", którzy spędzają za kółkiem wiele godzin (w przypadku tych drugich nierzadko jest to nawet po 20 godzin za kółkiem).
Zmęczeni i głodni, ale pełni optymizmu, znajdujemy w końcu jakąś zamkniętą, zabitą dechami stację benzynową na przedmieściach Bańskiej Bystricy.
Idealne miejsce na rozbicie obozu.
Schowani za niedużym świerkiem, rozwijamy karimaty oraz śpiwory i z plecakami pod głową jako poduszki kończymy pierwszy dzień naszej podrózy.
Do granicy z Węgrami mamy nieco ponad 60 km km co dodatkowo powiększa nasz optymizm.

Pomocnik.

Po wydostaniu się z Bańskiej Bystricy, co zajęło nam trochę czasu, dotarliśmy do Zwolen i stąd bardzo szybko ruszyliśmy dalej w stronę granicy z Węgrami.
Zostajemy wysadzeni na jakiejś słowackiej wiosce.
Znajdujemy niemal idealne miejsce. Dobrze widoczni z daleka, zatoczka przy przystanku…
Stawiamy plecaki, tablica w dłoń i… przybywa „odsiecz”.
Mniej trzeźwy Słowak uznał najwyraźniej, że im więcej kciuków, tym większa szansa na sukces.
Na początku było to nawet śmieszne, ale czas płynął, upał doskwierał, a my przez ponad 4 godziny przejechaliśmy zaledwie 40 km.
W końcu zwinęliśmy plecaki i ruszyliśmy szukać innego miejsca.
Miejsce było, ale 0 cienia, a upał niemiłosierny.
Po około godzinie niepowodzeń postanowiliśmy wrócić w poprzednie miejsce, mając nadzieję, że nasz „dobrodziej” już sobie poszedł.
Poszedł, a przed nami po chwili zatrzymała się różowa Corolla na krakowskich tablicach.

Lidia i Piotr

Lidia i Piotr zrobili wszystko co w ich mocy aby zmieścić nas i nasze plecaki, do i tak wypełnionego już po brzegi samochodu.
Udało się! Jedziemy do Budapesztu, a więc Węgry na wyciągnięcie ręki.
Jechaliśmy do Budapesztu, a przywitaliśmy Novi Sad w Serbii.
Lidia i Piotr jechali do Bośni i zaproponowali, że mogą nas podrzucić do Serbii, póki nasze drogi biegną w tym samym kierunku.
Tak więc ściśnięci jak ogórki w słoiku, z plecakami na kolanach, bez jakiejkolwiek możliwości ruszenia się i potwornym upale, dzięki życzliwości rodaków zbliżaliśmy się do celu, i bardzo nas to cieszyło.

Paszport?

Nie masz paszportu? To jak chcesz wjechać do Serbii?
Piotr wzbudził we mnie niepokój. Na internetowej stronie MSZ, o ile dobrze pamiętam, widniała informacja, że dowód wystarczy, ale mogłem pamiętać źle ;p
Co będzie to będzie. Najwyżej jak mnie nie wpuszczą, to pojedziemy przez Rumunię.
Celnik długo zerkał to na mnie, to na dowód. Czyżby Rumunia?
Po jakimś czasie uznał, że łysa postać ze zdjęcia i moja twarz należy do tej samej osoby, i z ulgą ruszyliśmy dalej.
W międzyczasie Piotr miał okazję pochwalić się swoim płynnym Serbskim, czym nas zaskoczył.
Wyjaśnił, że jest miłośnikiem Bałkanów. Odwiedza te regiony każdego roku i pewnego dnia postanowił nauczyć się Serbskiego.

Serbia.

Wieczorem docieramy w okolice Novego Sadu. Wymieniamy się numerami telefonów, w razie gdyby nasz powrót zbiegł się w czasie z ich powrotem.
Pamiątkowe fotki i czas rozstania.
Jako, że pora już dość późna, postanawiamy zostać w tym miejscu na noc.
W poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg, zwiedziłem najbliższe okolice stacji paliw na której się znajdowaliśmy, stwierdzając, że jesteśmy w czarnej dupie!
Dookoła bagna, brak suchych, zaciemnionych miejsc.
Wojtek w tym czasie przyrządzał wykwintną kolację, składającą się z chińskich zupek oraz kanapek z biedronkowym pasztetem.
Taka dieta miała nam towarzyszyć jeszcze przez dłuższy czas.
Po kolacji nie było innego wyjścia, jak tylko rozłożyć się za niewielką komóreczką, która dawała chociaż minimum osłony przed światłem latarni.
Tak zakończył się drugi dzień wycieczki.
Inwazja!
Komóreczka okazała się jakąś przepompownią paliw czy czymś takim, i ziemia wokół niej ostro dawała ropą. Słusznie postąpiłem rozkładając karimatę nieco dalej od jej ściany, bynajmniej nie z powodu smrody ropy, chociaż i to nie był bez znaczenia.
Rano Wojtek, który spał pod samą ścianą przeżył inwazję mrówek.
Dostały się do każdego zakamarka jego plecaka, do każdego woreczka.
Po przepakowaniu i wytrzepaniu wszystkich nieproszonych lokatorów, udaliśmy się pod pobliskie parasole stacyjnej restauracji przyrządzić śniadanie.
Trwało to dość długo, ponieważ najpierw musieliśmy wydłubać mrówki, które dorwały się do chleba.
Konsumując posiłek, jednocześnie z niepokojem spoglądaliśmy w stronę przebiegającej obok stacji autostrady.
Była dziwnie pusta. Pojazdy pojawiały się z częstotliwością jeden co 5 minut, a przecież my potrzebowaliśmy jeszcze takiego, który zjedzie na stację oraz będzie miał chęć i możliwość zabrania nas. Sporo kryteriów do spełnienia.
Niedziela. Chyba najgorszy dzień dla autostopowicza!
Na domiar złego kolejny dzień, w którym czułem się, jak zamknięty w piekarniku.

? Olivier z Macedonii ?

Zostajemy zaproszeni przez jednego z Serbów do środka Restauracji.
Spotykamy się z zainteresowaniem pozostałej części pracowników.
W zamian za rozmowę, chociaż wcale nie muszą, oferują nam piwko, kawę i co najważniejsze: klimatyzację.
Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o życiu w Serbii, opowiadamy o naszym kraju.
Kiedy tylko na stacji pojawia się jakiś pojazd, na zmianę staramy się zauroczyć potencjalnego szofera.
Podczas gdy ja rozmawiam z młodą Serbką, Wojtek idzie na tył stacji, gdzie zatrzymała się ciężarówka.
Z uśmiechem na twarzy wraca po chwili i oznajmia, że ruszamy w drogę.
Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:
\\\"- Excuse me. Do you speak english?
- ... , ..., ... (w międzyczasie próby dogadania się językiem gestów i pokazywania punktów na mapie)
- Kurcze, no nie dogadam się!
- Polska! Ty mówić od razu po Polska!\\\"
Poza tym z Olivierem prowadziliśmy wiele innych ciekawych rozmów:

\\\"-Znajdź sobie żonę w Grecji. W Grecji ładne dziewczyny, czekoladki.
-A może Macedonkę?
- Ooo, Macedonkę, tak, znajdź sobie Macedonkę!\\\"

i:

\\\"Nie. W Macedonii jest płasko tak jak tutaj. Nie ma gór, ale mamy za to olbrzymie arbuzy. Wszędzie rosną.\\\"
To było dla nas największą zagadką. Jak się później okazało w Macedonii wszędzie po horyzont widzieliśmy góry, a arbuzów zaledwie kilka, w dodatku jakichś liliputów, już przy samej granicy Macedońsko – Greckiej.
Nie mniej jednak Olivier był przesympatycznym człowiekiem, z którego twarzy nie znikał uśmiech.
Jego świetna znajomość języka polskiego wynikała z tego, że już od kilku lat jeździ ciężarówką na trasie Poznań – Sofia.

Z Olivierem przejechaliśmy spory dystans w miłej atmosferze, ale niestety nadszedł czas rozstania.
Oli skręcał w kierunku Sofii, my chcieliśmy jechać przez Macedonię więc w Niš się pożegnaliśmy.
Na parkingu dla ciężarówek rozmawiamy z kilkoma kierowcami, spotykamy również parkę młodych Czechów podróżujących tak jak my, których celem jest Istambuł.
Po chwili w dalszą podróż udajemy się z szalonym Turkiem.
Pomimo bariery językowej rozmowa nie ucichła nawet na chwilę. Rozmawialiśmy głównie o problemach wyznawców Islamu w Europie, kobietach - \\\"Ja to nie wiem jak Wy tak możecie z tylko jedną kobietą przez całe życie.
Ja mam 3 żony.
Jedną w Turcji, jedną w Rosji i jedną w Bułgarii.\\\" – i religii.
Kiedy nasz kierowca dowiedział się, że Wojtek jest ateistą, postanowił nawrócić go na Islam.
Stwierdził, że nie można nie wierzyć w Boga. Bóg jest. Bądź Katolikiem, wyznawcą Islamu, ale uwierz.
Ja się zgadzam :)
W niedalekiej odległości od granicy z Macedonią wysiadamy i zatrzymujemy się na nocleg.
Trawnik obok stacji paliw, wszędzie dookoła latarnie, drogi wyjazdowe ze stacji z każdej strony i ludzie rozkładający się, tak jak my, na trawniku (rozkładający w sensie obozowym, nie procesów chemicznych ;p). Wyglądało to jak jakiś obóz dla uchodźców, ale przynajmniej wśród takiego tłumu nie rzucaliśmy się w oczy.
Tak pożegnaliśmy trzeci dzień podróży.