Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

No to w góry!

25 września 2012 r., autor: tojakt

Plan zrodził się w zasadzie znikąd. Z niechęci do nudy. Z potrzeby urozmaicenia sobie czasu. „Umrę!!! Dwa tygodnie leżenia na plaży? Chyba Cię poj…”.

Nie wiem skąd usłyszałem o Fogaraszach. Nie wiem kto mi je polecił. Czego mogę być pewien to fakt, że pomysł (jak wszystkie ważne dziejowo) wyszedł przy alkoholu, na szczęście nie było go na tyle dużo żeby zapomnieć i nie na tyle mało, żeby przejść obok tematu obojętnie. I co najważniejsze Góry (które swoją drogą kocham) okazały się doskonałym wypełnieniem a w zasadzie kradzieżą czasu, który pierwotnie w całości miał być spędzony w Słonecznym Brzegu, w ciepłych wodach Morza Czarnego. No to jak jest plan trzeba działać, kupić mapę, parę potrzebnych rzeczy, przeczytać internet itd. Po poczytaniu wszystkiego co było dostępne zrodził się pomysł aby dojechać tam stopem, a co! Znajomi, rodzina, asz kurna, wszyscy wokół bez wyjątku pukali się po głowie i przepowiadali mi wszelkie plagi egipskie w czasie podróży i już samego pobytu w Rumunii – kraju w którym wg myślenia statystycznego Polaka ludzie dopiero co zeszli z drzewa i tylko patrzą co by tu podpier…. Stwierdziłem, że i ja niedawno co zlazłem z drzewa , że nawet gdyby podpierdzielono mi wszystko co będę miał to w sumie można przeżyć stratę niebagatelnej kwoty opiewającej na niespełna 100zł. W rezultacie Rumunia stała mi się już bliska przed samym wyjazdem. Problem kolejny: sam czy z kimś? Generalnie nie mam nic do podróżowania w pojedynkę, raz że łatwiej o stopa stojąc samemu z wielkim plecakiem (niż w dwójkę z wielkimi plecakami), drugi, że człowiek ze swej socjalnej natury dąży do obcowania z kimś czyli w pojedynkę teoretycznie łatwiej czy może bardziej dążysz poznawać nowych ludzi. No ale aby uspokoić wszystkich, którzy nie wróżyli mi powrotu z „dzikiego kraju” za kompankę wziąłem Agę, z którą w zasadzie znaliśmy się niedługo ale mając podobny styl podróżowania oboje zaakceptowaliśmy w pełni pierwotny plan eskapady. Zaraz – jaki plan? Głupi, kto potrafi zaplanować podróż stopem! O czym i my się przekonaliśmy.

W drogę...

No dobra to jedziemy. Wyjechaliśmy 21.07 z Gdańska łapiąc stopa na obwodnicy trójmiasta w kierunku Bydgoszczy, gdyż Aga coś tam musi wziąć. Idzie dobrze, poza faktem niedogadania się co do miejsca spotkania, pomylenia dróg, konieczności przejścia około 2km aby stanąć „gdzie będzie najlepiej” no ale w końcu już po godz. (może dwóch) jedziemy z szalonym lekarzem pogotowia do Torunia. W Toruniu łapiemy wypasione Subaru z łagodnie sączącym się Mozartem z głośników po niespełna 15 min. Muzykę pewnie bardziej zapamiętała Aga, mnie bardziej niż Mozart do gustu przypadły skórzane fotele z chłodzeniem czterech liter, ot pozostałość po zejściu z drzewa. No i jesteśmy w Bydgoszczy, coś tam dopakować, coś tam zjeść no i dalej! W drogę. Do Lublina, bo tam z kolei ja muszę „coś” zostawić u znajomych. Chciałbym napisać, że idzie dobrze, ale nie idzie! Jakiś robotnik zdezelowanym żelaźniakiem wywozi nas za miasto. Później stoimy. Stoimy. I stoimy. W końcu zatrzymuje się wypasione Audi A6 4x4, skórka, dwustrefowa klima, set koni pod machą a za kierownicą ona: Sasza, towarzyszy jej chłopak i mały York, którego wiozą gdzieś na wieś pod Włocławek bo wyjeżdżają do Holandii. Ale wróćmy do Saszy, kobieta nieprzeciętnej (!) urody pochodząca z Moskwy i jadąca po rosyjsku. Kilka razy przeleciało mi przez myśl, że nie pożegnałem się jeszcze z rodziną. Sama stwierdziła, że punkty jej nie grożą bo ma rosyjskie prawko. Chłopak (chyba Łukasz) co rusz klął siarczyście komentując jej styl jazdy. Ale Sasza nie dawała za wygraną i mijała kolejne słupki z prędkością z rzadka schodzącą poniżej 120km/h. Może to też zasługa „zieloności” której zapach urokliwie unosił się w aucie. Wysiadając za Włocławkiem prawie uklękliśmy dziękując Temu na górze za to, że nasze nogi mogą jeszcze poczuć grunt a nasze plecy ciężar plecaków. Włocławek, heh, to był prawdopodobnie mój pierwszy i ostatni raz na stopa przez to miasteczko. Kolejnego stopa łapaliśmy pewno ze dwie godziny, Aga już prawie rozbijała namiot. No ale w końcu jest, nasz upragniony środek lokomocji. Okazuje się nim autobus pełen harcerzy, którzy stwierdzili, że nie mogą zostawić ludzi w potrzebie, zaproponowali nawet miejsce na swoim campingu a kierowca gorliwie przekonywał, żebyśmy jednak zostali z nimi na noc bo „piwka by się było z kim napić”. My jednak mamy cel! Lublin! Wysiadamy Gdzieś, w tzw. miejscu CHWG. Ruch niezwykły, jakieś 3 samochody na 10 minut. Tu już faktycznie poszedłem rozglądać się za miejscem pod rozbicie namiotu lecz o dziwo (piękno autostopu!) i tu się w końcu ktoś zatrzymuje, z Gdzieś bierze nas małżeństwo, które wywozi nas za Płock. Wysiadając prawie całujemy ich po rękach i z ulgą zajmujemy kolejne, „najlepsze” miejsce. Tym razem szybko i sprawnie zatrzymuje nam się Pan Krakus na oko około 45-50 lat, który wraca, jak sam powiedział „od dziewczyny” i zawozi nas do samej Wawy, niestety nie spiesząc się za bardzo. Patrzymy na zegarek, godzina coś koło 21. Mówię do Agi, że wyjedźmy miejskim na wylotówkę w stronę Lublina, tam jest las, będzie gdzie namiot rozwalić. No i tak zrobiliśmy, z tym że po opuszczeniu autobusu stwierdziłem, że jeszcze spróbujemy, dobre i 10-20km do przodu. Jakież było moje zdziwienie gdy po niespełna pięciu minutach zatrzymał się samochód. Zdziwienie tym większe, że jak podszedłem do przednich drzwi ujrzałem kobietę. Bardzo miła Pani zawiozła nas niemal pod obwodnicę Garwolina, umilając czas opowieściami o swoich artystycznie uzdolnionych dzieciach. Byliśmy w okolicach jakiejś stacji benzynowej to podszedłem do jakiegoś kierowcy który akurat posiadał CB no i popytał czy by nas kto nie zwinął, niestety nie było odpowiedzi. Znaleźliśmy zatem kawałek oświetlonego miejsca żeby nas było widać no i już po 5-10min siedzimy w TIRze który mknął do Odessy albo Jałty, nie pamiętam już. Najważniejsze to że mknął prze mój kochany Lublin i to około 500m od mieszkania moich znajomych. Jako, że zmęczenie dawało już o sobie znać Aga kimała na tirowskiej leżance a ja z powiekami na zapałkach słuchałem opowiadań o wszelkich możliwych przekrętach jakie to się dzieją na granicy polsko – ukraińskiej, oczywiście po jej ukraińskiej stronie, ile co kosztuje, co „haraszo” a co „niet haraszo”. Pan był wybitnie gadatliwy i nie zrażały go moje rozbudowane odpowiedzi w stylu „No co Pan mówi”, „niemożliwe” „kapuję” itd. W końcu jednak osiągnęliśmy nasz cel! Lublin zdobyty. Szału nie ma. Od rana do północy zrobiliśmy 650km no ale w sumie plan wykonany. W Lublinie jak to w Lublinie skoczyliśmy po perełkę, jedną, góra sześć (jak mawia znajomy lubelak z Zabrza) i tak przy perełce dosiedzieliśmy chyba do 4 opowiadając wrażenia z dopiero co rozpoczętej podróży i planując spotkanie ze znajomymi, którzy zielonym pasatem mają do nas dotrzeć może to w Rumunii a może już w samej Bułgarii.

"Krótki" dzień drugi...

Niedziela. Ciężka pobudka około 10-11. We łbie się kręci, we krwi jeszcze promile, no ale jechać trzeba dalej. Do mamusi. Cel na dziś – Niebieszczany. Mała, duża wiocha nieopodal Sanoka w której się wychowałem. Coś koło południa zebraliśmy się, miejski na wylotówkę no i już stoimy z kciukiem w górę. Jakoś tak po kilkunastu minutach zatrzymał się malutki samochodzik, który rzuci nas do Kraśnika. Po paru słowach z kierowcą od razu złapaliśmy nutkę porozumienia. Okazało się, że też pasjonat podróży, baa i to taki od którego można się uczyć. Przemierzył na motorze całą Skandynawię oraz północne wybrzeże Morza Śródziemnego. Człowiek dla którego podróż motorem z Anglii to jak kupienie biletu na PKS z Włocławka do Płocka. Co więcej okazało się, że przed kilkoma laty był w Fogaraszach i wypowiadał się o nich epitetami radości i zachwytu, których może ze względów kultury, która jak widzisz stoi u mnie wysoko, nie przytoczę. Dodatkowo zmotywowani do dalszej wędrówki zostaliśmy wysadzeni na rondzie w Kraśniku i znów paluszki w górę. Minął nas samochód z którego niezmiernie ciekawsko przyglądali nam się ludzie. Dwójka ludzi, facet i kobieta. Po minucie, dwóch widzę ten sam samochód jadący w przeciwnym kierunku, zawracający na rondzie i zatrzymujący się koło naszych „małych” plecaków. Po włożeniu wszystkiego okazało się, że żona Pana kierowcy zmusiła go do zawrócenia . Rolnicy, na oko koło trzydziestki, mówiący językiem lubelskim, z głośników remiksowane disco polo, luźna rozmowa na wszelkie tematy, pokonywanie dalszych kilometrów, no czego chcieć więcej! Podwieźli nas za Janów Lubelski, choć nie było im to wcale po drodze. No i tam chwilkę wegetowaliśmy. W zasadzie w tym momencie już nawet nie pamiętam kto nas stamtąd zabrał ale dowiózł nas do Niska. Oj, tam to dopiero powegetowaliśmy. Moje nogi już łapały łączność z topiącym się, w niemiłosiernie grzejącym tego dnia słońcu, asfaltem gdy zatrzymał się On. On był jeszcze rok temu księdzem, z początku nie chciał o tym mówić ale jakoś mleko się wylało. Jako, że lubię czasem pogaworzyć na tematy egzystencjonalne to rozmowa się kleiła i wszystko byłoby ok gdyby nie pojawiły się jego pytania o jakieś śluby, związki itp. – tematy na które z kolei nie rozmawiam! Zdecydowanie! No ale chwała mu za to, że podrzucił nas na wylotówkę z Rzeszowa, tam uzupełnienie zapasów płynów, kilkaset metrów przejścia na TO najlepsze miejsce no i w sumie zaraz jedziemy. Tatuś z na oko 10-12 letnią córką wiozą nas do samego celu – Niebieszczany nadjeżdżamy! Koło 18 mamusia wita nas ciepłym obiadem, ciastem i kawą. Dopakowanie, a właściwie wypakowanie paru rzeczy z plecaka, który już w czasie jazdy okazał się za ciężki, kąpiel, ogadanie dnia jutrzejszego no i pod kołdry, żeby rześko i z zapałem wstać następnego dnia i zacząć przemierzać granice.

No to za granice!...

Wstaliśmy około 7 bo postanowiliśmy, że o 8 wsiądziemy w autobus który podwiezie nas na wylotówkę z Sanoka. Śniadanko, pożegnanie się z rodzicami i rodzeństwem, obietnica, że „chyba wrócę”, upewnienie matuli, że moje ubezpieczenie pokryje transport powrotny zwłok (o który nagle zaczęła się martwić) no i jedziemy. Na Dąbrówce łapiemy stopa do Miejsca Piastowego. Jedziemy z Panem, który zdezerterował z sanatorium w Polańczyku bo, jak twierdził, „wszystko tam śmierdziało”. Mijając jakieś rolnicze zabudowania co rusz padało stwierdzenie „czujecie jak tu śmierdzi”. Pan z wyostrzonym niczym nietoperz zmysłem węchu wysadził nas na rondzie w Miejscu Piastowym no i tu postanowiliśmy już zrobić tabliczkę „ROMANIA” licząc na podwózkę na samo miejsce (naiwni!). Po paru minutach zatrzymała się pani z córką jadące do słowackiego Świdnika w celu regulacji aparatu ortodontycznego bo tam ponoć taniej. Cenna wiadomość, gdyby kiedyś coś mi się skrzywiło – Świdnik! Bardzo miło spędziłyśmy z paniami czas, łamaliśmy się jedną bułką, obficie przy tym krusząc, nawet zaproszenie na obiad zdobyliśmy na ulicę Polną w Krośnie, jakbyśmy zgłodnieli w drodze powrotnej. Panie wysadziły nas na przedmieściach Świdnika i ruszyły. My obejrzeliśmy sobie malowniczo położony cmentarzyk wojskowy i wybraliśmy dobre miejsce na przystanku autobusowym, po słowacku „zastawka”. Miejsce teoretycznie dobre okazało się mało szczęśliwe. Jakieś 100m od rzeczonej „zastawki” były zabudowania cygańskie i jeden z ich mieszkańców przyszedł zainteresowany naszymi osobami „dopomóc” coś złapać. Biedny człowiek, bo niepełnosprawny zarówno fizycznie(widoczne na pierwszy rzut oka) jak i intelektualnie, ale po godzinie obecności z nami zacząłem już grzeszyć myślą i gdyby nie poszedł to nie wiem czy i czynem bym w końcu nie zgrzeszył. Cóż zastawka w Świdniku była chyba miejscem w którym spędziliśmy najwięcej czasu aby cokolwiek złapać, ja wiem, na oko jakoś 2,5-3h. Chyba nie muszę mówić jakie się wtedy ma myśli… No ale cóż stop jak to stop żadnymi prawami się nie rządzi i w końcu zatrzymuje się Punto z dwoma młodymi Słowakami. Jak się okazało jeden właśnie co wrócił z Hong-kongu, i jak to sam określił „ja sem wrócił coby was zabrać”. Miło z jego strony. Chłopaki podwieźli nas do Prasova, wyrzucili na wylotówkę, po drodze poopowiadali parę ciekawych rzeczy m.in. to, że Słowacja jest chyba jednym z najgorszych krajów do stopowania, ludzi po prostu są nie ufni i się nie zatrzymują. Hmmm w zasadzie mogliśmy w to uwierzyć. No ale nic powiedziało się A ... W Prasovie mały posiłek w postaci bułek naszykowanych przez mamusię oczywiście cały czas z uwagą na nadjeżdżające samochody. Tutaj też nie staliśmy jakoś wybitnie krótko, pewnie gdzieś koło godziny no ale warto było. Mercedesem jaki nam się zatrzymał pewnie już nie pojadę nigdy w życiu. High life! Pan Słowak, młody biznesmen z którym większość drogi rozmawiałem w jego ojczystym języku o windsurfingu i kitesurfingu (o których w zasadzie nie mam zielonego pojęcia)wysadził nas na wylotówce z Koszyc w kierunku przejścia słowacko-węgierskiego. Kolejna godzina łapania, utraty wiary w ludzi, kilka przekleństw itd. ale w końcu zatrzymuje się wielki czerwony TIR na tureckich blachach. Szybko biegnę pytam czy Romania, słyszę „JA romania, commt!”. Z uśmiechem od ucha do ucha, trochę jeszcze niedowierzający w szczęście wsiadamy i zaraz ruszamy w kierunku Węgier. Ale mało to jak pokazałem Panu Turkowi mapę mówiąc: „Hijer wi must faren”, on uśmiechnął się pokiwał twierdząco głową i wypowiedział słowa, które były niczym zaklęcie: „ja iś faren na Sibiu!” Heh chciałbym zobaczyć wtedy swoją minę bo emocji nie opiszę, słów pisanych brak!

Pan Turek...

Pan Turek zasługuje na cały akapit opowieści. Człowiek dusza! Niestety, nie znał angielskiego, toteż gawędziliśmy po niemiecku (choć w moim wykonaniu, trudno nazwać te dziwnie artykułowane szelesty niemieckim). Aga z niemieckim jeszcze bardziej na bakier ale uwierzcie milczenie w kabinie było tylko chwilami. Granicę słowacko-węgierską pokonaliśmy w zasadzie bez problemów. Pan wysiadł tylko na chwilkę z słowami „iś must kaufen Madziar winiet”, zaraz powrócił i mknęliśmy pięknymi węgierskimi autostradami. Jak pewno wiesz, zawodowi kierowcy mają w swoich samochodach coś zwanego tachografem, którego autostopowicze (i niektórzy kierowcy) nie lubią bo wydłuża czas podróżowania (choć oczywiście zwiększa bezpieczeństwo na drogach). No i rzeczony tachograf upomniał się o „aine sztunde pauze” na jednym z wielu parkingów, rozmieszczonych na przepastnych, węgierskich równinach, pociętych autostradami. Tam oczywiście odświeżyliśmy się trochę w toalecie, pogadaliśmy z innym kierowcą, Polakiem, który jechał z Finlandii do Grecji i usiedliśmy w cieniu jakiegoś drzewka chroniąc się przed palącym słońcem. Usiedzieliśmy tak może z minutę i słyszymy jakieś znajomo, turecko-niemiecko brzmiące wołanie. Pan Turek wołał nas do swojego samochodu, podchodzimy i oczom nie wierzymy. Biały obrus rozłożony na klapie od schowka, wyciągnięty palnik, gotująca się na nim woda, rozłożone trzy filiżanki i serdeczny uśmiech naszego kierowcy. „Cofi? Tee?” na to pytanie próbuję wytłumaczyć, że nie chcemy nadwerężać jego gościnności, że nam nie wypada i inne takie szmery bajery, choć po tych „paru” godzinkach jazdy aż ślinka ciekła na samą myśl o ciepłej, słodkiej kawie. Na szczęście kierowca nie uległ moim chorym przejawom kultury i już za chwilę degustowaliśmy się prawdziwą turecką kawą, smaku zresztą się pewnie domyślacie. Po godzinnej przerwie jedziemy w dalszą drogę i około północy dojeżdżamy do granicy węgiersko-rumuńskiej. Akurat tak się złożyło, że i tu tachograf wypowiedział nielubiane przez nas zaklęcie „aine sztunde pauze”. Cóż zrobić, trzeba czekać. No i tu historia się powtarza, kierowca wyciąga obrus i nakrywa do przysposobionego na tę okoliczność stołu. Ale uwaga, wyciąga palnik i miast jak poprzednio postawić na nim czajnik z wodą stawia garnek a w nim jakąś turecką fasolkę w ilości dającej do myślenia. Wyjaśnia się wszystko w momencie jak na zaścielonym „stole” pojawiają się trzy talerze. Oczywiście nie pomogły tłumaczenia, że mamy swoje jedzenie, że nam nie wypada, że i tak dużo dla nas robi i inne takie bla bla bla. Fasolka była wyśmienita, zwłaszcza popita turecką herbatą. Po godzince ruszamy przekroczyć granicę, no i tu niestety pojawia się problem.

keine Grenzen...

Jako, że Rumunia nie jest jeszcze w strefie Schengen, celnicy kontrolują na każdym przejściu granicznym dokumenty. Także i nasze musiały być poddane kontroli. Niestety TIR to samochód, który przewozić może jedynie dwie osoby w kabinie. Jako, że węgierski celnik nie w ciemię bity szybko doliczył do trzech i postanowił ukarać kierowcę za nadliczbowego pasażera karą mandatu w wysokości 30 euro. Nie pomogło tłumaczenie, błaganie, nic. Wręczając kwitek mandatowy z szelmowskim uśmiechem wypowiedział jeszcze „bite, suvenir” i mogliśmy podjechać pod okienko rumuńskie. Wbrew temu co myślimy o Rumunach i ichniejsi celnicy nie spali na lekcjach matematyki i też do trzech doliczyli. „Na szczęście” nie będą łaskawie pisać mandatu ale nie wpuszczą całej trójki do Rumunii. Jedna osoba musi wrócić na Węgry. Wkradła się między nas lekka konsternacja. Kierowca wziął mnie na bok i mówi zataczając jednocześnie szeroki łuk dłonią „undere zaite”. Zrozumiałem z tego tyle, że mam się cofnąć z powrotem i pokonać granicę jak łosoś, „pod prąd” a on z Agą poczekają na mnie tuż za. Nie widziałem sensu i logiki takiego przedsięwzięcia ale wziąłem dowód osobisty i ze zjeżoną skórą na plecach poszedłem. Szedłem wzdłuż na oko 500 metrowego ogrodzenia, oddzielającego przejścia graniczne w przeciwnych kierunkach i zmierzałem w kierunku chatek celników odprawiających samochody ze strony rumuńskiej na węgierską. Jak zobaczyłem owe chatki i uświadomiłem sobie, że w razie jak przeprawa się nie uda nie będę miał nawet możliwości zadzwonić do Agi bo nie wziąłem telefonu strach obleciał mnie jeszcze bardziej. No ale nic. Raz kozie śmierć! Skulony, nie zwracający uwagi na nic, szybkim krokiem mijam celnicze budki. „Ch… albo będą strzelać, albo mnie puszczą” – myślę i przyspieszam jeszcze bardziej kroku. Jak przeszedłem ostatni punkt celniczy odetchnąłem z ulgą i niemal biegiem już zacząłem szukać „mojego” tira. Znalazłem! Na szczęście całe przedsięwzięcie udało się i skończyło jedynie na pobudzeniu moich nadnerczy. Nadal nie rozumiem faktu, że nikt nie zapytał mnie nawet o dowód osobisty(?), ale może nie bardzo już chcę poznać tę tajemnicę. Po moim powrocie od razu ruszyliśmy w dalszą trasę. Podjęliśmy próbę zwrotu naszemu kierowcy euro za które mógłby zapłacić mandat ale nawet nie chciał o tym słyszeć a wypowiedziane z jego ust „wam pieniądze bardziej potrzebne bo podróżujecie” na długo pozostanie w mojej pamięci.

bivak*...
*(rum)

Około drugiej w nocy tachograf orzekł dłuższą przerwę (nie pamiętam już jak długą) i ugadaliśmy się z kierowcą, że wyjeżdżamy następnego dnia o 11. Poszliśmy zatem poszukiwać odpowiedniego miejsca na namiot. Jako, że ciemno było jak w d.. u m… nie było to takie łatwe. Po pokonaniu jakichś zarośli wydostaliśmy się na płaską powierzchnię, lecz po pomacaniu jej rękoma stwierdziłem, że jest bardzo nierówno i tu nie prześpimy nawet godziny, w czym się utwierdziłem robiąc kolejny krok, potykając się i lądując na czterech literach. Zakląwszy postanowiłem przejść z powrotem przez zarośla. Znaleźliśmy jakąś opuszczoną beczkę, która dała nam jakieś poczucie bezpieczeństwa i stała się tłem naszego posłania. Było gorąco, noc bezchmurna to zaproponowałem Adze, że może darujemy sobie rozbijanie w tych ciemnościach namiotu a zadowolimy się rozłożoną plandeką (która zawsze się przydaje!) i ułożonymi na niej karimatami. Nie od razu zaakceptowała pomysł ale w końcu powiedziała, że wszystko jej już jedno. No to przygotowaliśmy posłanie, toboły zrzuciliśmy koło „naszej” beczki i do snu. W nocy parę razy odwiedzał nas wielki ale na szczęście przyjacielsko nastawiony psisko, jak się później okazało, pochodzący z parkingu na którym zatrzymał się nasz kierowca. Noc jakoś przespaliśmy (przynajmniej ja). Obudziło mnie rano głośne muczenie krowy jakieś 50 m od nas. Dźwigam leniwe głowę i widzę na miejscu, które pierwotnie miało nam służyć jako plac pod posłanie przechodzi właśnie całe stado krów, gonionych przez rumuńskich gospodarzy na pobliskie pastwisko. Po późniejszym zweryfikowaniu okazało się, że nierówności na których wyrżnąłem orła w nocy to nic innego jak odciśnięte w ziemi racice krów. Jak już oboje wstaliśmy, ogarnęliśmy posłanie i poszliśmy w stronę parkingu, żeby tam zaserwować na śniadanie naszemu kierowcy coś z naszej kuchni. Oczywiście nie było nawet mowy żebyśmy cokolwiek wyciągali a na nas czekały już czarne oliwki, chleb turecki, ser feta, bardzo słodki dżem i oczywiście do wyboru „coffe? Tee?”. Po zjedzeniu śniadania poszliśmy trochę się doprowadzić do ładu kosmetycznie gdyż zauważyliśmy szlauf, z którego leciała niemiłosiernie zimna woda. Oczywiście nie wybrzydzaliśmy i skorzystaliśmy z prysznica. Poczułem się jak nowo narodzony! Po „kąpieli” zostało jeszcze jakoś półtora, dwie godziny do odjazdu, które Pan kierowca zajął mi filmem „Taxi 2” po turecku. Nie wiem czy to, że znam ten film niemal na pamięć, czy fakt mojego dobrego nastroju po kąpieli ale mimo, że werbalnie, delikatnie mówiąc, niewiele rozumiałem to i tak śmiałem się jak głupi do sera. Aga czas spędziła na upiększaniu swej kobiecości. Kobiety. Około 11 ruszyliśmy w dalszą drogę, pokonując kolejne kilometry średnio dobrymi jakościowo rumuńskimi drogami. Przez cały czas napawałem się zmieniającym się krajobrazem, nieco inną, niż ta do której przywykłem architekturą i z niecierpliwością wśród równin wypatrywałem utęsknionych Gór. No i są! Na mojej twarzy oczywiście uśmiech od ucha do ucha, który zainteresował nawet Pana kierowcę. Jakoś starałem mu się wytłumaczyć mój nagły wybuch radości ale chyba nie spotkałem się ze zrozumieniem. Nie po raz pierwszy zresztą, jeżeli chodzi o radość jaką wywołuje we mnie widok i przemierzanie górskich szlaków często pozostaję niezrozumiany. Dojeżdżając do Sibiu kierowca zapytał gdzie chcemy wysiąść i po raz kolejny dopisało nam szczęście, bo okazało się, że może nas wysadzić za miastem, w miejscu gdzie odchodzi droga w kierunku Victorii, która jest naszym podgórskim celem. Pożegnaliśmy się bardzo ciepło z nadzieją, że jeszcze kiedyś się spotkamy i że będziemy mogli się odwdzięczyć za wszystko co ten miły, skromny i niezwykle dobry człowiek dla nas zrobił.

zielone ludki, zielone Góry...

No ale do celu pozostało jeszcze jakieś 30km i trzeba gnać dalej żeby zdążyć przed zmrokiem. Za rondem była stacja benzynowa a tuż za nią droga prowadząca do Victorii. Stanęliśmy w kolejce do stopa. Tak, dobrze czytasz, w kolejce do stopa. Autostop, z racji dość kiepskiej komunikacji między miastami a okolicznymi wioskami, jest w Rumuni traktowany jako środek transportu, taka taksówka, i uwaga, nie raz zdarza się, że kierowca oczekuje pieniędzy za podwózkę. Warto zatem już przy wsiadaniu ustalić stawkę albo powiedzieć „no money” albo „no bani”. No ale wracamy za rondo. Kulturalnie ustawiliśmy się na ostatnim (jakoś piątym, szóstym miejscu) i kciuk w górę. Nie zdążyłem jeszcze ściągnąć plecaka jak podbiega do mnie chłopak z pobliskiej stacji benzynowej i pyta o coś po rumuńsku. Spostrzegł jednak szybko po mojej wiele mówiącej minie, że nie za bardzo czaję o co mu chodzi i zapytał czy gadam po angielsku. Ucieszony potwierdziłem a ten zaproponował nam podwózkę do samej Victorii a po dokładnym dogadaniu się co do celu naszej wędrówki podrzucił nas pod sam szlak, w miejscowości Viste, a prowadzący na Moldeavanou. Młody był ze swoją, jak to powiedział, „chick” powspinać się trochę ale, że przeszła ulewa i skały były bardzo mokre toteż stwierdzili, że zmienią plany i poczłapią trochę po Fogaraszach. Nie wiem czy przyciągamy takich ludzi, czy co, ale kolejni którzy nie kryli się przed nami z tym co lubią palić. Było zielono i bardzo zabawnie! Młody nawet wypowiadał się o kibicach Legii Warszawa, pozwólcie, że epitetów jego „zachwytu i podziwu” nie przytoczę. I tak w miłym towarzystwie dotarliśmy pod szlak około 19. Szybka lokalizacja dobrego miejsca pod namiot, strumyka do kąpieli, "kolacja", rzut okiem na Góry, które już są na wyciągnięcie ręki, no i w śpiwory żeby ze słońcem wstać i rozpocząć kolejny, najbardziej przeze mnie (przez Agę chyba nie aż tak bardzo) oczekiwany etap przygody.