I Ogólnopolski Zlot Autostopowiczów
„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)
Hosting sponsoruje alpha.pl:
14 kwietnia 2008 r., autor: firebishop
Tak naprawdę to nigdy nie marzyłem o Francji. Paryż, Lazurowe Wybrzeże, Pola Elizejskie, Katedra Notre-Dame to nie było coś, co by tkwiło w mojej głowie. Bardziej myślałem o wschodzie, Taszkiencie, Karakorum, Vanuatu, Tahiti.
Marzyłem o dotarciu do zaginionych ruin, ukrytych przed światem gdzieś w mrocznej dżungli, przedzierając się z maczetą w ręku jak Indiana Jones. Albo o wyspach rozrzuconych na Pacyfiku, słońcu, lagunach, palmach kokosowych, skromnych dziewczynach z kruczoczarnymi włosami. Chciałem zobaczyć polinezyjski taniec, pierwotność, życie nie skażone cywilizacją. Albo dzikie stepy, gościnne jurty, nieograniczone przestrzenie. Marzyłem o wielkiej wyprawie, przygodzie, wolności.
Europa wydawała mi się taka nudna i nieciekawa. Pełna zabytków z biletami wstępu, sztucznymi uśmiechami kasjerów. Atrakcjami tworzonymi na siłe dla turystów. Bezwolnym tłumem idącym za tabliczkami, mówiącymi co należy zwiedzać a co nie. Nie marzyłem o Zachodzie bez duszy i tajemnic. Stwierdziłem jednak, że możemy tam pojechać na moją pierwszą wyprawę stopem. Tym bardziej, że za dwa tygodnie musieliśmy być z powrotem w Polsce.
Los prowadzi nas do Paryża.
Mamy mało pieniędzy, jakieś 80-90 euro na głowę. Z czego ponad połowa – jak się później okaże – pójdzie na 5 noclegów w Paryżu i jeden w Rotterdamie.
Stoimy przed Luwrem i zastanawiamy się co robić...Wchodzić czy nie wchodzić...I właśnie wtedy podchodzi do nas uśmiechnięty człowiek i pyta czy chcemy bilety. Ja odpowiadam machinalnie, że nie, że dziękuje. Ale on i tak daje nam dwa bilety wstępu i mówi, że już zobaczył Luwr, tylko nie skasowali mu ich przy wejściu. Daje je i odchodzi. Stoje zdziwniony, nawet nie zdążam podziękować. Super! Mamy kilka godzin na zwiedzanie! Ciężko połapać się w tym kolosie, cztery piętra, strasznie dużo sal.
Idziemy najpierw do sali z malarstwem. Najbardziej podobają mi się obrazy w takich dużych, pięknie rzeźbionych ramach. Prawdziwe dzieła sztuki! Jeszcze bardziej tabliczki z nazwiskami artystów. To ważne! Bo im głośniejsze nazwisko, tym więcej ludzi kłębi się wokoło. Ja niestety nie znam się na sztuce, dlatego oglądam te najbardziej kolorowe. Albo takie mroczne, z twarzami całymi w szale i gniewie. Albo wielkie bitwy, rozpędzone konie, szał, pianę na ustach. Szkoda, że szybko przechodzimy do innych sal.
Po drodzę mijamy słynną Mona Lisę. Sam obraz jest mały, nie rzucający się w oczy. Ale nie sposób go przegapić. Wokół stoi kilkadziesiąt ludzi i walczy o jak najlepsze miejsce do zrobienia zdjęcia. Szturchają się aparatami, zachwycają że znaleźli to co jest opisane w każdym przewodniku! Znaleźli, w tym całym wielkim labiryncie! Mogą być z siebie dumni! Choć trochę dziwnie kontrastuje obraz zamyślonej, nieszczególnie pięknej kobiety, wobec siwych historyków w garniturach i zgrai tursytów atakujących zamyśloną Włoszkę drapieżnymi fleszami.
Przechodzę szybko oszołomiony i docieram do sal wypełnionych fascynującym sprzętem. Miecze, krzyże, kielichy, modlitewniki, wszystko z czasów gdy Bóg był tak obecny na Ziemi. Pewnie z średniowiecza, gdy każdy dzień i każda noc obracały się wokół Niego. I wokół potężnego Kościoła.
Potem stare mapy, kompasy, powstałe gdy pojawiła się wiara w spełnienie marzeń o podboju świata. Pokraczne lądy, Europa o nigdy nie istniejących kształtach. Zaznaczone miejsca, gdzie kończy się świat i zaczyna piekło, gdzie mieszkają smoki..
Wyobrażam sobie, że to ja żyje pięćset lat temu, że nie mam telefonu, radia, samochodu, że używam tylko tych wszystkich rzeczy. Kielichów, mieczy, modlitewników...Że codziennie czuje na sobie oddech Średniowiecznego Boga. Ale po nocach przeglądam tajemnicze mapy, po kryjomu ucze się kartografii... I marzę jak dotrzeć na koniec świata, schować się za drzewem i podglądać codzienne życie smoków. A potem wrócić i opowiadać to wszystko zadziwnionym ludziom...
W Paryżu pierwszy raz stykam się z wielokulturowością. Zaczytany w Tonym Haliku i Ryszardzie Kapuścińskim ukradkiem oka podglądam Algierczyków i Senegalczyków. Planuje żeby podjeść do kogoś o innym kolorze skóry, nawiązać rozmowę, zobaczyć co będzie...Co taki inny zrobi? Zdziwi się? Odsunie? Uśmiechnie? Ucieknie? Taka dziecinna wiara w znaleznienie pierwotności w wielkomiejskim świecie...
Okazja pojawia się, kiedy zamierzam pojechać autobusem na kemping. Pytam po angielsku o drogę przechodzącego ciemnoskórego pana. Zastanawiam się w duchu do czego może doprowadzić to małe starcie kultur. Ale przechodzeń, jak gdyby nigdy nic zatrzymuje dla mnie jadący autobus – pomimo że w tym miejscy nie ma przystanku – rozmawia chwilę z kierowcą, także ciemnoskórym, i jestem już w środku. Kierowca sprzedaje mi bilet, przyjaźnie, bez zwracania uwagi, „że tu nie wolno stawać autobusom”. Siedzę i jadę przed siebie, mając za sobą pierwsze spotkanie z ciemnoskórym człowiekiem. Trochę jestem rozczarowany, że nie wydarzyło się nic niezwykłego. Tylko rozbudził się mój aptetyt, mam w sobie wielką chęć poznania świata innych ludzi...
Moja mapka Paryża nie obejmuje całego Lasku Bolońskiego i nie wiem gdzie jest kemping. Nie wiem, gdzie rozbiłem namiot. Chodzę po lasku, pytam ludzi, ale nikt nie słyszał o moim kempingu. Dochodzę do miejsca prowizorycznych domków, przyczep kempingowych, jakiejś chyba miniosady robotników. Czarnoskóry Francuz nie rozumie mnie, ale pyta skąd jestem, po czym zastanawia się chwilę i mówi, że jest tam jeden Polak i on mi na pewno pomoże. Polak okazuje się być kompletnie pijany i nie za bardzo jest w stanie pojąć mój kłopot. Mówię mu, że szukam kempingu. On mi na to, „że przecież tutaj mogę się bez problemu rozbić”. I uśmiecha się do mnie. Mówię, „że ja już rozbiłem swój namiot, ale nie mogę teraz tylko odnaleźć miejsca kempingu”. Polak, ledwo stojący na nogach, dalej niezbyt pojmuje to wszystko, powtarza tylko dwa zdania, „tutaj się możesz bez problemu rozbić” i „coś się zaraz wymyśli, przecież nie może być tak, żeby Polak Polakowi za granicą nie pomógł”. I dalej się śmieje. Myśle już tylko jak odejść z tego miejsca, ale w żaden sposób nie mogę się od niego odczepić. To nie takie łatwe. Ledwo stoi opierając się o mnie, trzymając w ten sposób pion i powtarza ciągle „ przecież nie może być tak, żeby Polak Polakowi za granicą nie pomógł”.
Mój nowy przyjaciel nie wie zbytnio co dalej, woła innego Polaka. Tamten drugi wychodzi mocno skacowany, zły że mu się przeszkadza w drzemce. Ten pierwszy pokazuje mnie i tłumaczy lekko bełkocząc, „że rozbiłem się namiotem, że nie mogę znaleźć tego miejsca, gdzie się rozbiłem. I że trzeba mi pomóc”. Ten drugi patrzy na mnie jak na ufoludka „on nie wie, gdzie się rozbił namiotem, a ja mam to wiedzieć ? Niby skąd to ja mam wiedzieć gdzie on się rozbił? Niech lepiej idzie i poszuka!” Kręci głową ,trzaska drzwiami i idzie dalej spać.
Ten pierwszy Polak patrzy na mnie przepraszająco, dziwi się z takiego obrotu sprawy. Ja mu po raz kolejny dziękuje i mówię, że już sobie poradzę. On próbuje kogoś zatrzymać, pociesza mnie „nie może być tak, żeby Polak Polakowi za granicą nie pomógł”. Rozgląda się dookoła „coś sie zaraz wymyśli...” Korzystając z okazji, że zaczyna z rozmawiać z jakimś przechodniem i odwraca się do mnie plecami, wymykam się i za godzinę odnajduje swój kemping.
W czasie całej wyprawy wiele razy spotykam się z życzliwością Polaków (ten pijany pan też chciał mi z całego serca pomóc). Okazało się, że nie jest prawdą powtarzane często smutne zdanie, że za granicą jeden Polak tylko czeka na okazję, żeby oszukać innych Polaków.
Nie marzyłem nigdy o Francji, ale zaczęło się spełniać jedno z moich marzeń. Zacząłem podróżować stopem. Teraz cały świat stoi przede mną otworem...