Cytat dnia

„Autostop zabiera wszystkie moje zahamowania i problemy i po prostu wyrzuca je ze mnie, wiesz? Wtedy mogę żyć troszeczkę lepiej. Z drugiej strony ściska to mnie dopóki moja głowa staje się jak węzeł owinięty bandażem."
Victor Haagar

Lwów - przewodnik
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Aotearoa- Kraj Długiej Białej Chmury

3 maja 2008 r., autor: balrog

Ludzie mówią, że Nowa Zelandia jest jednym z najpiękniejszych krajów świata. Jednak ludzie mówią różne rzeczy.Dlatego kiedy zupełnie przypadkiem zaistniała szansa sprawdzenia tego na własne oczy, nie wahałem się ani chwili.

Na lotnisku w Auckland wysiadło trzech studentów. Każdy z nas miał małą ilość gotówki i wielkie plany, aby zobaczyć w ciągu najbliższego miesiąca jak najwięcej cudów tego kraju. Lecąc tam za bardzo nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie wiedziałem, z czego słynie Nowa Zelandia, jakie fenomenalne zjawiska przyrody ukrywa. To wszystko miałem dopiero odkryć. Jednak zaczęło się niespodziewanie niemiło. Wraz z bratem zostaliśmy odprawieni bardzo szybko, wizy były już w naszych paszportach, jednak okazało się, że gdzieś zaginął nasz kolega. Czekając na niego ponad godzinę, mieliśmy najczarniejsze myśli, łącznie z tym, iż jest już na pokładzie samolotu powrotnego do kraju. Wyszedł. Okazało się, iż na jego plecaku odkryto ślady heroiny, a panowie celnicy nie chcieli uwierzyć, że nie ma z tym nic wspólnego. Skoro był w Tajlandii, a maszyna za miliony dolarów takie ślady wykryła, to maszyna nie może się mylić. Jednak udało się mu ubłagać celników i on również ostatecznie wylądował w Nowej Zelandii.
Nasze pierwsze spojrzenie na kraj odbyło się poprzez strumienie deszczu zalewające Auckland. Uzbroiliśmy się w kurtki przeciwdeszczowe i ruszyliśmy na podbój miasta. Mieliśmy tylko jeden wieczór, więc szybko zobaczyliśmy to co najważniejsze. Słynna wieża telewizyjna, port i nowoczesne budownictwo- nie wzbudziły w nas zachwytu, więc tak jak planowaliśmy następnego dnia ustawiliśmy się na drodze wylotowej z miasta i wyciągnęliśmy kciuki. Tak właśnie podróżowaliśmy przez następne 2 tygodnie wokół północnej wyspy. Ja podróżowałem razem z bratem, kolega samodzielnie i zawsze spotykaliśmy się tam, gdzie chcieliśmy. Nikt mi nie powie, że po Nowej Zelandii nie da się jeździć autostopem. Nigdy nie mieliśmy z tym problemów, a ludzie byli zawsze bardzo mili. Poruszając się w taki sposób zobaczyliśmy słynne olbrzymie drzewa, czyli sosny kauri rosnące na północy Nowej Zelandii. Stamtąd zabrała nas para sympatycznych Niemców podróżujących campervanem, którzy stwierdzili, iż miło im się z nami rozmawia, więc podwiozą nas dalej niż chcieli. A jechaliśmy na samą północ, na plaże, aby zasmakować tamtejszych kryształowych wód. Pożegnawszy naszych Niemców wyciągnęliśmy kciuki i po chwili zatrzymał się samochód. Najpierw zobaczyliśmy rękę a potem głowę psa, które zapraszały nas do środka. Był to Tim i jego pies Bryan. Tim zjeździł cały świat autostopem, brał udział w zawodach autostopowych po Afryce, a teraz jest leśnikiem. Człowiek ten był tak zadowolony ze spotkania nas, że obwiózł nas po całej Paihi, miejscowości, gdzie chcieliśmy spędzić parę dni, pokazał nam najciekawsze miejsca, a na koniec zawiózł na wspaniałe miejsce, gdzie mogliśmy rozstawić swój namiot. Sceneria była przepiękna. Rozłożyliśmy się nad wodospadem, gdzie drobne kropelki wody chłodziły nas podczas upalnego wieczoru, a którego woda dała nam poranną, orzeźwiającą kąpiel. Następnego dnia udaliśmy się do miasta i spotkaliśmy z naszym kolegą, który również już przyjechał. Rozstawiliśmy nasze namioty na kempingu, który na najbliższe trzy dni był naszym domem. Były to dni, które zapamiętamy na długo. Pływanie kajakiem, wygrzewanie się na plaży, rejs statkiem, który stara się prześcignąć pływające wokół delfiny i przepiękna sceneria pobliskich wysepek, na które bez trudu można się dostać- to wszystko sprawiło, że nie chcieliśmy stamtąd wyjeżdżać. Jednak ciągnęło nas dalej, cały kraj na nas czekał. Zatem spakowaliśmy nasze plecaki i ponownie wystawiliśmy kciuki. Obraliśmy kurs na Rotoruę, miasto w środkowej części północnej wyspy, które słynęło z gejzerów, gorących wód i błota. Nie wiedzieliśmy, kiedy tam dojedziemy, dzieliło nas 500 km. Jednak kiedy jesteś w Nowej Zelandii, nie powinieneś się tym zamartwiać. Serdeczność ludzi i chęć niesienia pomocy są wyczuwalne na każdym kroku. Oni są naprawdę mili i to w sposób, którego do tej pory nie znałem. Prawdziwym hitem okazała się starsza pani, która podwiozła nas do samej Rotorua. Najpierw się zapytała, czy nie jesteśmy przypadkiem mordercami, a następnie stwierdziła, że jak jesteśmy, to ona nas wysadzi.
I tak dotarliśmy do miasta. Przywitało nas ono dziwnym zapachem, który od razu skojarzył się nam ze zgniłym jajkiem. Okazało się, iż jest to efekt dużej ilości oparów siarki, która wydobywała się z ziemi. Po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się jednak i po nocy spędzonej przy takim siarkowym jeziorze, mogliśmy udać się na zwiedzanie miasta. A jest co zobaczyć. Miasto to słynie z największych w tej części świata gejzerów, zdrowotnych łaźni siarkowych, o których właściwościach leczniczych miałem okazję sam się przekonać oraz wielkich pól błotnych. Po dwóch dniach w tym ciekawym miejscu ruszyliśmy dalej na południe. Idąc poboczem, zobaczyliśmy nagle parę osób pływających w małym jeziorku. Okazało się, iż jest to jedyne w okolicy dzikie gorące, siarkowe źródło, o którym wiedzą tylko nieliczni, a my zupełnym przypadkiem również na nie natrafiliśmy. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić, więc szybko zrzuciliśmy rzeczy i zanurzyliśmy się w gorącej wodzie. Było to wspaniałe uczucie. Obmywała nas woda, w której można było wyczuć siarkę, a było to spowodowane magmą, która płynęła pod naszymi stopami i nagrzewała wodę. Po takiej kąpieli mogliśmy dalej śmiało wystawiać nasze kciuki i jechać do Taupo, miejscowości położonej nad największym w Nowej Zelandii jeziorem, mekki wędkarzy.
Okazało się, iż w pobliżu znajdują się Craters of the Moon, czyli wielkie pole, z którego wydobywały się opary siarki i pary. Wyglądało to wszystko, jak sceneria z księżyca, więc zgodnie uznaliśmy, że nazwa jest jak najbardziej słuszna. Spędziwszy dwa dni w tej miejscowości, zobaczyliśmy w naszym przewodniku, iż niedaleko znajduje się Park Narodowy Tongariro, czyli miejsce, które stało się Mordorem w filmie „Władca Pierścieni”. Stwierdziliśmy, iż musimy przejść całą tą krainę. Tak więc czekały nas trzy dni marszu przez pustkowia. Wystawiliśmy nasze kciuki na południe i po chwili zatrzymał się Joachim, Niemiec, który jeździł po Nowej Zelandii od pół roku, podróżując i pracując. Potrzebował towarzystwa i jak się okazało, jechał dokładnie tak, gdzie my. Jak miało się okazać, nie było to nasze ostatnie spotkanie. Po dotarciu na miejsce, rozłożyliśmy namiot i poszliśmy rozejrzeć się po okolicy, czekając jednocześnie na naszego kolegę. Okazało się, iż miejsce do którego trafiliśmy składało się z paru zaledwie hoteli, pola kempingowego i kilku domków obsługi. Była to klasyczna baza wypadowa w góry. My też więc przepakowaliśmy swoje plecaki, uzupełniliśmy zapasy żywności i następnego ranka wyruszyliśmy w góry na spotkanie z krainą „Mordor”. Przez trzy dni chodziliśmy po bezdrożach, wspinaliśmy się na wygasłe wulkany i zmagaliśmy się z ostrym wiatrem. Zobaczyliśmy przepiękne, krystaliczne górskie jeziora, czerwone kratery i urzekające pustkowia. Czasami szliśmy sami, czasami musieliśmy walczyć z tłumami japończyków, którzy przyjechali na krótszą, jednodniową wersję trekkingu. Trzeciego dnia zeszliśmy z powrotem do doliny i w końcu mieliśmy chwilę na spokojnie „przetrawienie” tego, co zobaczyliśmy. Zgodnie stwierdziliśmy, iż była to najdziksza, a jednocześnie najpiękniejsza okolica, jaką do tej pory widzieliśmy. Do tej pory, gdy ktoś pyta mnie, co najbardziej podobało mi się w Nowej Zelandii, odpowiadam, że Park Narodowy Tongariro.
Rozważając opcje, czy spędzić noc na miejscu, czy ruszyć dalej rzuciliśmy monetą. Wyszło- iść. Ruszyliśmy więc i okazało się, iż doprowadziło to do spotkania z przemiłymi ludźmi. Zabrali nas ojciec z synem, którzy akurat świętowali duży zarobek-gościli przez cały weekend 50-ciu harley’owców w swoim hostelu- i zaprosili nas na noc do siebie. Mieliśmy do dyspozycji cały hostel, z całymi zapasami. Tak właśnie gościnni są Nowozelandczycy. Następnego dnia odwieźli nas na stację benzynową, a my ruszyliśmy dalej w kierunku Wellington, stolicy kraju.
I tu znowu czekała na nas niespodzianka. Minął nas nagle znajomy samochód, którego kierowca nagle zaczął ostro hamować. Był to Joachim, nasz znajomy Niemiec, który znowu jechał w tym samym kierunku. Zabraliśmy się z nim i żartując z naszego szczęścia dojechaliśmy do Wellington. Wszyscy wspólnie, nasza trójka i Joachim, znaleźliśmy nocleg w hostelu i poszliśmy zwiedzać miasto nocą. Miasto jest przepiękne, ma kolonialną starówkę, zupełnie inną niż Auckland i port robi dużo większe wrażenie. Tak spacerowaliśmy, popijając tutejsze piwo, aż wybiła pierwsza w nocy. Zdecydowaliśmy, że czas na nas, gdyż następnego dnia czekała nas przeprawa promem na południową wyspę.
Południowa wyspa przywitała nas deszczem, przeżyliśmy więc swoiste deja-vu. Jednak tu nastąpiły zmiany. Podróżując po północnej wyspie stwierdziliśmy, że chcemy spróbować czegoś nowego. Zdecydowaliśmy się wynająć samochód.
I tak zaczęliśmy nowy etap naszej podróży. Patrzyliśmy na świat zza szyb samochodu, jadąc wszędzie tam, gdzie wędrował nasz palec na mapie. Najciekawszy był pierwszy kontakt z naszą nową formą transportu. Myślałem, że spowoduję wypadek jadąc lewą stroną drogi, samochodem z kierownicą po prawej stronie i automatyczną skrzynią biegów. Nic z tego, ruszyłem i poczułem się tak, jakbym całe życie siedział za tym kółkiem. To było coś niesamowitego. Chcąc odwzajemnić się gościnnym nowozelandczykom, postanowiliśmy brać autostopowiczów. I po chwili mieliśmy okazję. Poboczem drogi szedł człowiek. Zatrzymaliśmy się a on szybko do nas podbiegł. Był to Maorys, rdzenny mieszkaniec Nowej Zelandii. Ponieważ pierwszy raz mieliśmy bezpośredni kontakt z Maori, wypytaliśmy go o całą historię jego ludu. Jest to historia dość tragiczna, tak jak wszystkich ludów, które zostały skolonizowane. Współcześni Maorysi zasymilowali się prawie całkowicie, tylko gdzieniegdzie kultywowane są plemienne tradycje, często jednak tylko na potrzeby turystów. Tak rozmawiając dojechaliśmy do Nelson, miasta w północnej części południowej wyspy. Tu wysadziliśmy naszego towarzysza, a sami wyszukaliśmy miejsce na nocleg w miłym, ustronnym parku.
Kolejne dni to nasza podróż na południe. Każdy z nas na zmianę chciał być kierowcą, aby choć na chwilę poczuć magię jazdy krętymi drogami, gdy nigdy nie jesteś do końca pewien, czy jedziesz właściwą stroną drogi. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, mając po lewej stronie góry, aż dojechaliśmy do miejsca, gdzie czekał na nas ważny punkt naszej podróży. Franz Joseph Glacier. Jeden z niewielu na świecie lodowców, który wypływa z gór i schodzi prosto w kierunku morza. Chcieliśmy zmierzyć się z tym tworem natury i po raz pierwszy z życiu korzystać z raków i czekana. Szybko to zrealizowaliśmy. Wykupiona całodzienna wycieczka i już wspinaliśmy się z przewodnikiem zagłębiając się w coraz bardziej błękitne wyżłobienia. Było to coś wspaniałego. Nigdy nie widzieliśmy takiego lodu, takiej konsystencji. Ale nie ma w tym nic dziwnego, lód ten miał parę tysięcy lat. Niestety już od wielu lat lodowiec cofa się i powoli rozpuszcza. Plusem tego jest jednak to, iż można pić wodę z takiego lodowca, której smak jest nie do opisania.
Po takiej wyprawie mogliśmy jechać dalej na południe wyspy. Dotarliśmy podziwiając magiczne krajobrazy do Queenstown, miasta, gdzie narodziły się sporty ekstremalne. To tu wymyślono bungy, zorbing i wiele innych. Nie mogliśmy z tego nie skorzystać i wykupiliśmy skok na bungy z jednego z najwyższych na świecie miejsc. Gondola rozciągnięta nad wąwozem, 134 metry na ziemią i my. Nie był to mój pierwszy skok w życiu, ale zdecydowanie najdłuższy. Te parę sekund lotu potrafi wynagrodzić wszystko.
Po tych wrażeniach ruszyliśmy dalej, objeżdżając południową wyspę. Pojechaliśmy do Milford Sound, miejsca, gdzie występują jedne z najpiękniejszych fiordów na świecie, urządzaliśmy sobie bardziej intensywny trekking. Mieliśmy również spotkanie pierwszego stopnia z lwami morskimi. Podczas jazdy bardzo spodobała się nam plaża, postanowiliśmy więc skorzystać i zażyć kąpieli w chłodnej wodzie. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy rozbierając się zobaczyliśmy, że z wody zaczęło wyłaniać się całe stado lwów morskich. W obliczu takiej przewagi postanowiliśmy poddać się i znaleźć inną,, mniej okupowaną plażę.
Tak dojechaliśmy do Christchurch, największego miasta wyspy południowej, miasta, które było ostatnim na naszej trasie. Okazało się, iż lepiej nie mogliśmy wybrać. Ma ono piękną starówkę, oczywiście w stylu kolonialnym, zdecydowanie najładniejszą na wyspie południowej. Tak zwiedzających zastała nas noc, po której musieliśmy opuścić ten wspaniały kraj.
Po tym pobycie mogę stwierdzić jedno. Ludzie mieli rację. Nowa Zelandia jest krajem, o którym myśli się jeszcze długo po powrocie. Nie ma tam dużo zabytków, pięknych starówek. Jest za to fenomenalna przyroda, formy natury, których w takim skupieniu nie spotkacie nigdzie indziej na świecie. Lazurowa woda, gejzery, gorące źródła, góry, lodowce, fiordy i urzekające krajobrazy. Wszystko to bliskie i wspaniałe. Wystarczy sięgnąć..........