Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

Kopenhaga

8 grudnia 2013 r., autor: ilja41

Co ciągnęło nas do Kopenhagi? Lubię odwiedzać miejsca powszechnie mało znane. Dziś niemal każdy może się pochwalić: „Byłem w Rzymie, byłem w Barcelonie”. Taki wyjazd nie jest już czymś nieosiągalnym. Ale kto powie: „Byłem w Kopenhadze”? Oryginalność dla mnie to priorytet.

JAK DOJECHALIŚMY. Z Wrocławia pojechaliśmy we trzech (tak, nieparzysta liczba osób na autostopie jest problemem), ja i dwóch kumpli. Zajęło nam to 2,5 dnia. Co ciekawe, aż do Berlina zdołaliśmy dojechać w trójkę, lecz niestety później musieliśmy się podzielić. Ja pojechałem sam, moi towarzysze osobno. Mieliśmy naprawdę sporo szczęścia, że dokładnie dwa dni później spotkaliśmy się w Bellahøj, niemal w samym centrum Kopenhagi i niemal o tej samej godzinie! Ja pojechałem trasą zaplanowaną – z Hamburgu do Kolding, a z Kolding do Kopenhagi (droga prosta jak w mordę strzelił), głównie też po to, by zobaczyć majestatyczny Storebæltsbroen, czyli najdłuższy most w Europie (chociaż dłuższy jest chyba jednak Øresundsbroen). Moi koledzy wyjechali z Berlina bardzo późno, bo dopiero ze 3 godziny po mnie i obrali teoretycznie krótszą trasę przez Puttgarden, żeby nadrobić stracony czas. Płynęli stamtąd promem do Danii (bodajże za 11 €), a tuż po zejściu na ląd złapali stopa prosto do celu. Sami jednak mówią, iż mieli sporo szczęścia, ponieważ prom kursuje raz na pół godziny i gdyby wówczas niczego nie złapali, musieliby bezczynnie czekać na następną turę samochodów.

TRASA. Piszę ten artykuł głównie w ramach porady. Po pierwsze, odradzam szturmowania naszej krajowej 18-tki. Rzadko kto tamtędy jeździ, a to pewnie z uwagi na ten nieszczęsny, podziurawiony odcinek w kierunku Olszyny. Do Berlina radzę jechać albo przez Poznań, albo przez Drezno. Problemem jest też Hamburg, ponieważ jego obwodnica jest tak skonstruowana, że nie ma bezpośredniego połączenia między Berlinem a Flensburgiem (dobrą alternatywą jest Hanower). Ja wylądowałem w samym centrum Hamburga i musiałem korzystać z drogiej komunikacji miejskiej. Co prawda, nie żałuję, bo przynajmniej miasto sobie zwiedziłem, a jest naprawdę ładne. Trasa przez Puttgarden obarczona jest drobnym ryzykiem, o czym już wcześniej wspomniałem. Tu ciekawostka – Skandynawowie chcą wybudować tam kolejny most, żeby połączyć autostradą Hamburg z Kopenhagą, Oslo i Sztokholmem, a czemu Niemcy mocno się sprzeciwiają, ponieważ z przeprawy promowej czerpią niemałe zyski.

WSKAZÓWKI WS. DOJAZDU. Problem z dojechaniem do Danii wiąże się z jedną istotną sprawą – nie da rady nie jechać przez Niemcy. Niemcy zaś na autostopie to są rzuty karne – albo trafi się coś konkretnego, albo długo nic. Dlaczego? Duńczycy są grzeczni i pomocni. Niemcy zaś, pomimo zmieniających się czasów, wciąż pozostają imperialistami i patrzą na innych z góry. Jeżeli ktoś nie ma DAS AUTO i jeździ autostopem, kwalifikuje się tym samym na człowieka niższej kategorii. Oczywiście, nigdy nie można oceniać jednostki na podstawie zbiorowości. Trafiali się niekiedy tacy, którzy byli dla mnie bardzo uprzejmi, chętnie nawiązywali konwersację (nie bojąc się nieraz schodzić na tematy II wojny światowej) i wylewnie wypowiadali się o karkołomnych czasach NRD. Deutschland to także labirynt autostrad. Łatwo wylądować w wybitnie niewłaściwym miejscu. Bezwzględnie należy trzymać się stacji benzynowych (TANKSTELLE), a w ostateczności wlotówek na autostradę (EINFAHRT). Na stacjach możemy usłyszeć język polski albo natrafić na polskie tablice rejestracyjne. Jak zawsze polecam polskich tirowców, bo ci goście są naprawdę rewelacyjni i rzadko odmawiają pomocy krajanom. Deutschland z zachodu na wschód przecinają dwie ważne trasy: niemiecka czwórka, tj. słynna E40 (Wrocław – Nadrenia) oraz dwójka (Poznań – Westfalia). Trasy te upodobali sobie Polacy pracujący w zachodnich Niemczech i przy odrobinie szczęścia można w parę godzin wrócić do domu. A Polacy? Natrafić na nich można dosłownie w każdej dziurze, więc warto wytężyć wzrok i nastawić uszu. Język niemiecki nie jest niezbędny. Zarówno Niemcy, jak i Duńczycy bardzo dobrze śmigają po angielsku (trochę gorzej może być z imigrantami). Problemem mogą być natomiast częste niemieckie korki, które są testem na anielską cierpliwość!

ZWIEDZANIE. Kopenhaga jest bardzo ładnym miastem portowym o dość oryginalnej atmosferze, moim zdaniem. Polecam Amalienborg, Rosenborg, Kastellet i ryneczek. Szczególnie polecam jednak Christianię – pomimo narastającej popularyzacji tego miejsca, wciąż można tam poczuć zapach prawdziwej hipisowskiej komuny. W Tivoli nie byliśmy, bo za drogo. Ta słynna syrenka jest mocno przereklamowana (mała taka i niczego sobie). Ważne! Kopenhaga nazywana jest miastem rowerów, bo rzeczywiście sporo ich tam jeździ i jeszcze niedawno przewodniki informowały o możliwości wypożyczenia takiego roweru na kaucję, jednak wycofano to w tym roku! Ogólnie rzecz biorąc, miasto jest zwariowanie drogie. W dwa dni wywaliłem tam ponad 200 złotych, w tym dwa noclegi na campingu, komunikację miejską (pożal się, Boże, jakie ceny), żarcie z Netto, a i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy. Co nie znaczy, że nie polecam Kopenhagi! Polecam, polecam tak czy inaczej i przestrzegam przed błędami, które popełniliśmy sami! Polecam też przy okazji Hamburg! Miasto ma ponoć dziesięć tysięcy mostów, nie wspominając już o pajęczynie kanałów, imponujących stoczniach, porcie czy ujściu Łaby do Morza Północnego.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej, chętnie odpowiem na maila ;)

Zapraszam też do lektury innych moich artykułów.