Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

Ałuszta (Krym)

8 grudnia 2013 r., autor: ilja41

O mojej samotnej wyprawie na Krym mogę pisać w samych superlatywach. Jeszcze nigdy nie miałem tyle przygód podczas autostopu. Droga z Wrocławia do Ałuszty przez Mołdawię zajęła mi pięć dni. Artykuł znów piszę jako poradę, więc nie będę zanudzał o tym, co się działo po kolei.

OPŁATY. Zacznę może od najczęściej poruszanej kwestii na forach internetowych – autostop na Ukrainie jest płatny. Tak, ale dlaczego? Jest to forma zastępczej komunikacji międzymiejskiej. Jeżeli ktoś czeka na marszrutkę, a szybciej złapie stopa, płaci kierowcy tyle samo, ile zapłaciłby za marszrutkę. Co ciekawe, natrafiłem raz nawet na prawdziwy przystanek autostopowy! Około 5-10 osób czekało na podwózkę, auta zatrzymywały się, jedni wsiadali, drudzy czekali, następni dochodzili i tak dalej. Mnie jako tranzytowca obowiązywały jednak inne zasady. Jeśli ktoś jedzie turystycznie, nie musi płacić i jest to sprawa oczywista! Gdy raz chciałem wcisnąć Ukraińcowi parę hrywien, skwitował to tylko: „Nie nużna” i kazał mi je schować do kielni. Fakt, trafił mi się jeden gość żądający zapłaty, ale wspomniał o tym jeszcze zanim w ogóle wsiadłem do auta. Grzecznie podziękowałem i poczekałem nieco dłużej (de facto, dobrze na tym wyszedłem).

DOJAZD. Na Krym dojedziemy oczywiście przez Lwów, a następnie trzema sposobami – przez Kijów, Humań albo przez Mołdawię. Ja wybrałem ten ostatni wariant. Niestety poniosłem klęskę na granicy mołdawsko-ukraińskiej w pobliżu Bryczan (przejechawszy może 50 km za cały dzień), stąd odradzałbym tę trasę. Autostop w Europie wschodniej diametralnie różni się od podróżowania po zachodniej. W takich np. Niemczech jeździ się głównie autostradami, łapie się na stacjach benzynowych, czeka się nieraz 2-3 godziny (jak nie więcej), aczkolwiek jedzie się 200 km/h, bo nie ma ograniczeń prędkości na autobahnach i samochody są markowe. Na Ukrainie czeka się na ogół 10-15 minut. Tylko pod Odessą zeszło mi nieco dłużej, przez co źle ją wspominam. W Polsce mamy dziurawe drogi? Ludzie, wy na Ukrainie nie byliście! Średnia prędkość samochodu to około 60 km/h (w newralgicznych momentach nawet 10, i to osobówkami), bo na tyle pozwala stan nawierzchni. Łapać za to można dosłownie wszędzie. Będąc w Mołdawii, łapałem na pewnej szerokiej drodze do Kiszyniowa, zapuszczonej, dziurawej i pozbawionej jakichkolwiek linii, i dopiero wujek Google Maps wytłumaczył mi, że tak naprawdę była to autostrada. Bardzo dobra droga jest z Odessy do Symferopola. Fajna droga jest też ponoć ze Lwowa na Kijów. Problemem może być też marne natężenie ruchu na niektórych drogach, stąd radziłbym trzymać się głównych tras. Jeśli ktoś nie zamierza zwiedzać Odessy, niech omija ją szerokim łukiem! Ja popełniłem ten błąd, przez co zmarnowałem cały wieczór i cały poranek. Wysoce prawdopodobne jest natomiast to, że właśnie pod Odessą złapiemy coś prosto na Krym, ponieważ jej bogaci mieszkańcy chętnie jeżdżą tam na wczasy. Niestety, odnośnie wskazówek dotyczących autostopowania po samym półwyspie nie pomogę za wiele, ponieważ odcinek 500 kilometrów z Odessy do Ałuszty pokonałem właśnie jednym samochodem.

UKRAIŃCY. Ukraina jest krajem bardzo młodym i wciąż niespójnym, co doskonale ukazują wydarzenia z grudnia bieżącego roku. Społeczność zachodnia jest proeuropejska, delikatnie mówiąc nie cierpi Rosjan i dumnie operuje językiem ukraińskim (szczycąc się tym, że jest starszy od rosyjskiego). Środowiska wschodnie są natomiast prorosyjskie, gardzą Unią Europejską, a w rozmowie preferują język rosyjski (i to nawet podczas rozmowy z własnymi rodakami, o zgrozo!). Pewien czerwononosy kapitan kutra powiedział mi wprost: „Pa nacyanalnasti ja Ukrainiec, no pa serdcu Russkij”. A zatem, gwoli ścisłości, Ukraina zachodnia to Lwów, Iwano-Frankiwsk, Łuck czy Kijów; Ukraina wschodnia to Krym, Odessa, Dniepropietrowsk, Donieck i Charków. Warto więc uważać na to, co się gdzie do kogo mówi. Osobiście znam rosyjski, lecz ukraińskiego nie (np. „и” czytamy jak twarde „y”, natomiast „ї” jak miękkie „i”) i choć są one do siebie bardzo podobne, zbrodnią byłoby powiedzieć to np. lwowiakowi. Kilku młodym Ukraińcom z Iwano-Frankiwska bardzo np. spodobało się to, że napisałem na kartonie słowo „ОДЕСА” przez jedno „С”, nie przez dwa, tak jak piszą to Rosjanie. A jak się mają stosunki polsko-ukraińskie? Nie muszę chyba wyjaśniać, jak burzliwa jest ich historia. Autostop jest jednak po to, by łamać bariery i nie ukrywam, że chciałem zmierzyć się z tym trudnym tematem. Wielu Ukraińców pracuje bądź też pracowało w Polsce, więc nie byłem zdziwiony, gdy niektórzy z nich chcieli rozmawiać ze mną po polsku. O Polakach wypowiadali się naprawdę ciepło. Nie spotkałem się z żadnym aktem nacjonalizmu czy antypolskości wobec mojej osoby, a nigdy też nie omieszkiwałem wspominać, skąd pochodzę. I dlatego mówię to otwarcie (taka dygresja) – nie słuchajcie tego, co mówi się w mediach, co paplają starsi od nas, że Ukraińcy to mordercy, brudasy i ksenofobi. Są prostymi ludźmi, nie jak ci hipokryci i snobi z Anglii, Francji czy Niemiec. Bywali gburowaci (są smutnym narodem, mało się uśmiechają), ale rzadko odmawiali pomocy. Bardzo za to Ukrainę polubiłem i mam tam teraz przyjaciół, do których czasem piszę. I jeszcze jedna dygresja – kto pojechał na Ukrainę i choć raz porządnie nie napił się z Ukraińcami wódki, to tak jakby nigdy tam nie był! Swoją drogą jeszcze nigdy dotąd nie zagryzałem czystej czerwoną cebulą...

LWÓW. We Lwowie byłem dwa dni. Miasto nie jest urokliwe, wbrew temu jak słodzą polskie przewodniki. Szare, zapuszczone i smutne (Ukraina wciąż pozostaje jednym z biedniejszych państw Europy), co nie znaczy, że nie warto je zwiedzić. Warto, a nawet trzeba! Na lwowskim rynku zatrzęsienie polskich turystów. Kelnerka w barze złości się, gdy mówi do mnie po ukraińsku, a ja tylko wzruszam ramionami i uśmiecham się, bo nie wiem, o co pyta. Na drzwiach katedry łacińskiej afisze w języku polskim. Stoję u podnóża pomnika Mickiewicza i niemal na własnej skórze odczuwam, ileż złego to nieszczęsne miasto przeszło. O cmentarzu Łyczakowski czytywałem, że w ostatnich latach zrobił się nieco przereklamowany. Bzdura. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Muszę przyznać szczerze, że miałbym czego żałować, gdybym nie odwiedził Lwowa.

MOŁDAWIA. Mołdawia to słoneczny kraj pełen wyżynnych krajobrazów, pastwisk z kozami, bydłem i całymi hektarami winorośli oraz sadów jabłecznych (słowa daję, nigdy dotąd nie jadłem tak słodkich i soczystych jabłek!). Dziś żałuję, że jechałem przez nią tylko tranzytem. Jechałem m.in. z dwoma chłopakami (rozklekotanym trabantem bez tylnego siedzenia i z rozwaloną szybą przednią), którzy mieli kupić jakąś maszynę rolniczą w Kiszyniowie, ale nie zdecydowałem się wjeżdżać do miasta i wysiadłem na obwodnicy. Mołdawianie są jeszcze przyjemniejsi i życzliwsi niż Ukraińcy. Kochają swój maleńki kraj i wydawali się być głęboko wierzący (mołdawskie flagi, wizerunki świętych i prawosławne różańce to częsty obraz w samochodowych kabinach). No cóż, nie przeszkadzało im to jednak kraść na potęgę rosnące przy drodze winogrona i jabłka. Ważne! Język angielski? Zapomnijcie. Rosyjski, a jak nie, to na migi. Mołdawianie gadają po rosyjsku chyba jeszcze lepiej niż nasze pokolenie po angielsku.

NADDNIESTRZE. „A za ćom wy tuda?”, zapytał mnie mołdawski żołnierz, gdy przekraczałem Dniestr. Chciałem po prostu na własne oczy zobaczyć kraj, który ma sierp i młot na swojej fladze. Autostop musiałem sobie jednak podarować, ponieważ krzywo tam na mnie spoglądano. Jak jest dokładnie z wjazdem do Naddniestrza? W sumie nie jest tak źle, jak niektórzy piszą. Miałem tam nawet mały ubaw. Przy szlabanie kontrolnym otrzymujemy deklarację do wypełnienia, spisaną rzecz jasna po rosyjsku (bardzo rozsierdziłem celnika, omyłkowo wpisują imię w polu nazwiska i vice versa). Deklarujemy się, na jak długi okres czasu zamierzamy wjeżdżać do ich kraju. Jest to najważniejsze! Na terenie Naddniestrza możemy przebywać do 10 godzin od chwili wjazdu. Uwaga! Jest to deklaracja wjazdu do Naddniestrza, nie do Mołdawii! Ewentualnie można zastrzec sobie dłuższy pobyt, ale wówczas należy uiścić jakąś tam wysoką opłatę w Tyraspolu (nie zagłębiałem się w to jednak, gdyż po prostu chciałem jak najszybciej dotrzeć do Odessy). W przeciwnym razie mogą być problemy, a od problemów lepiej trzymać się tam z daleka. Naddniestrze nie uznaje jurysdykcji władz mołdawskich, zatem polska placówka ambasady w Kiszyniowie ma guzik do powiedzenia po drugiej stronie Dniestru. Oczywiście, trzeba mieć ważny paszport. Ubezpieczenie nie jest konieczne, ale to na własną odpowiedzialność. Uwaga! Mołdawscy celnicy są koszmarnie niesolidni. Zapominają m.in. o pieczątkach, natomiast ci z Naddniestrza pamiętają o nich aż za dobrze. Poznałem dwoje turystów z Polski niemówiących po rosyjsku (jak oni mogli przez tydzień podróżować po Mołdawii do dziś pozostaje dla mnie zagadką), którym poskąpiono pieczątek, przez co podczas wyjazdu mieli wiele nieprzyjemności. Szczerze mówiąc, nie ma tam za bardzo nic do oglądania. Ludzie są pochmurni, nieco wredni, wódka wręcz paskudna (ale za to jaka tania! – 32 ruble za pół litra, co daje niecałe 3 złote), a zabytków brak, za wyjątkiem patetycznych czerwonych gwiazd oraz pomników bohaterów ZSRR. Ujrzałem jednak na własne oczy, dlaczego Naddniestrze aż tak bardzo stroni od Mołdawii. Mołdowa jest statystycznie najbiedniejszym państwem Europy, z kolei Pridniestrowie delikatnie mówiąc niekoniecznie. Drogi mają bardzo dobre, ludzie są przyzwoicie ubrani, a tyraspolski dworzec kolejowy wygląda równie urokliwie co nasz wrocławski. Z mieszkańcami Naddniestrza można porozumiewać się wyłącznie po rosyjsku (do mołdawskiego mają taki sam stosunek co Francuzi do angielskiego). Nie przepadają za obcymi.

KRYM. Na temat Krymu nie można pisać w nadmiarze. Pojechałem tam tylko po to, żeby spędzić wakacje ze znajomymi. Kicz, naciągactwo, kamieniste plaże, mafia, setki sklepików z tandetnymi pamiątkami i ruscy staruszkowie w bikini. Urzekły mnie natomiast: bezkresny krymski step, Sudak, a także Sewastopol.

Reasumując, jest to naprawdę mały procent z tego, co chciałbym napisać, więc w razie pytań proszę śmiało pisać do mnie maile. Zapraszam też do lektury pozostałych moich artykułów.

Sam osobiście pokochałem Ukrainę i Mołdawię, i obiecuję sobie, że jeszcze tam kiedyś wrócę ;)