Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

Podróż w tonacji molowej - część pierwsza

7 października 2016 r., autor: kalpek

Dość osobisty dziennik z samotnej włóczęgi do Portugalii i z powrotem.

06.04.2016

jeszcze Polska
rano
Siedzę w pociągu do Katowic. Naprzeciwko drzemie Petia. Za oknem zielona wiosna, słońce i zapach nowej trawy. Licealiści patrzą w komórki albo nerwowo wymieniają się szkolnymi informacjami.
Rozpocząłem podróż.
Wstałem wcześnie, przed piątą, w kiepskim nastroju. Pozlepiała mnie niemoc, brak energii, celu. Patrzyłem żałośnie na spakowany plecak, podczas gdy Petia robiła herbatę. Po co mi to? Co próbuję sobie udowodnić? Przed czym uciekam? Ludzie myślą, że ot tak, z lekkim sercem ruszam w świat. Ostatnie kilka dni dostawałem lekko zazdrosne życzenia szerokiej drogi i wielu przygód. Przyjmowałem je z uśmiechem, od czasu do czasu rzucając zadziornymi żartami. Że co tam te parę tysięcy kilometrów, taka moja cygańska dusza. Ale to nie tak. Nie mam lekkiego serca. Wyjeżdżam właśnie dlatego, że ciąży mi to serce niemiłosiernie i chcę jakimś sposobem zrzucić przygnębienie i cynizm, który zaczął coraz bardziej obrastać mi duszę. Zapuściłem się, cholera.
Więc choć jestem w kawałkach, choć serce boli po rozwalonym małżeństwie, choć Weltschmerz do potęgi, to spakowałem śpiwór, ukulele, blaszany kubek i jadę, próbując coś zostawić, coś znaleźć.
Z Petią rozstajemy się w Katowicach. Ona jedzie autobusem do Pragi, stamtąd z ojcem do domu, do Teplic, a ja będę szukał jakiejś wylotówki na Wrocław. W Katowicach zaopatrzę się w prowiant i zamienię złotówki na euro. Budżet to 450 złotych. I jeszcze „rezerwa” na angielskim koncie, gdzie mogę wejść na debet, ale wolałbym raczej nie.
Dobrze, że słonecznie, ciepło. Wiosna umila start. Spod przygnębienia z trudem przebija się ekscytacja przygodą, nieznanym, wyzwaniami.
Jeśli dobrze pójdzie, to dzisiaj przekroczę granicę w Zgorzelcu.

07.04.2016

pod Frankfurtem
Wczoraj autostop szedł przepięknie. W Katowicach zdecydowałem się wziąć taksówkę na wylotówkę z miasta. Wydałem sto złotych, ale chciałem jak najszybciej znaleźć się na trasie. Na pierwszej stacji czekałem niecałe dwadzieścia minut, aż zatrzymał się starszy pan pracujący dla jakiejś firmy kolejowej. Miły facet tuż przed emeryturą. Ponarzekał na nowe porządki na kolei i z nostalgią wspominał komunę. Przed Wrocławiem włączył CB i spróbował wywołać jakiegoś kierowcę zmierzającego na Niemcy. Odezwał się Andrzej. Zajechał na stację i zabrał mnie do Chemnitz. Było wcześnie, dopiero koło szóstej po południu, pomyślałem więc, że jeszcze postoję z kciukiem w górze. Dobrze zrobiłem, bo dosłownie po piętnastu minutach zatrzymał się sympatyczny chłopak spod Lublina. Jechał do pracy w winnicy. Przejechałem z nim jakieś trzysta kilometrów na sporą stację za Frankfurtem. Z uśmiechem popatrzyłem na mapę. Nieźle. Pierwszego dnia zaliczyłem około tysiąca kilometrów. W tym tempie byłbym w Portugalii już w weekend. Ale wolałem nie zapeszać. Hiszpania jest ciężka dla autostopowiczów, Francja zresztą też.
Wieczorem, już po dziesiątej rozbiłem namiot w chaszczach za stacją. Zajęło mi to z pół godziny. Dawno nie używałem mojego namiotu, a poza tym było już ciemno. Byłem zmęczony. Nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, więc długo nie mogłem zasnąć. Minęło kilkanaście lat, odkąd podróżowałem stopem. Zapomniałem o największej zmorze autostopowicza: niekończących się, grzecznościowych rozmowach z coraz to nowymi kierowcami. Gdzie jedziesz? A po co? Nie boisz się? Jaką masz pracę? Masz żonę? Dzieci?

Męczyły mnie też myśli o Tani. Tak się złożyło, że wszyscy kierowcy byli w długoletnich, udanych związkach. Ich historie przypomniały mi boleśnie, co utraciłem i za czym tęsknię. Stabilizacja, zaufanie, schronienie. Zastanawiałem się czy nie wrzucić ostatniej pozostałej tabletki relanium, ale zrezygnowałem. Powiedziałem sobie, że to jest podróż dla odkrycia siebie, bez Tani, bez Petii, po prostu włóczęga dla samej idei i nikt mi tego nie zepsuje. Uspokoiło mnie to. Tuż zanim przyszedł sen, przemknęło mi przez głowę, że dobrze byłoby jutro spotkać jakichś szczęśliwych rozwodników. Dla równowagi.

***

Rano, spędziłem godzinę na obieraniu śpiwora, plecaka i ubrań z przylepnych nasion jakiegoś chwastu. Wczoraj po ciemku przedzierałem się przez zarośla i tam nałapałem tego paskudztwa.
Gdy wyszedłem z namiotu, zdałem sobie sprawę, że rozbiłem namiot w samym środku króliczego miasta. Otaczały mnie dziesiątki króliczych nor. Kiedy wracałem na stację, jeden skubaniec śmignął mi spod stóp. Był wystraszony bardziej ode mnie.
Teraz piję kawę (dwa euro), palę skręta i zaraz idę się wysrać. A później dalej, w drogę.

***

pod Mulhouse
Zdaje mi się, że to tyle na dziś. Już szósta. Jestem pod Mulhouse we Francji. Zmęczony jak cholera. Piję wino na rozjaśnienie nastroju. Dzień był dobry. Spotkałem kilku miłych ludzi. Najpierw pod Frankfurtem jakiś facet przyniósł mi kawę i życzył szczęścia w podróży. Później zatrzymał się Axel. Pracuje w niemieckiej telewizji. Niedługo zaczyna projekt związany z Polską, który wymaga kilkumiesięcznego pobytu w kraju. Nie zrozumiałem, czym dokładnie będzie się u nas zajmował. Rozmowa zeszła na politykę. Spytał, czy naprawdę jest w Polsce tak źle, jak się u nich mówi. Nie ukrywałem, że różowo nie jest. Autorytarne zapędy PiSu są przerażające, rosnący nacjonalizm i rasizm są na porządku dziennym, coraz to nowe pomysły rządu wydają się żywcem wzięte z filmu Kusturicy. Tą rozmową z inteligentnym, sympatycznym Niemcem przypieczętowałem swoją pozycję Polaka gorszego sortu, który pierze brudy poza domem. Ale tak już jest. Moja tożsamość jest bardziej europejska i lewicowa, niż narodowa.
Po Axelu złapałem Steve’a w nowiutkim kamperze. Zrobił sobie wakacje od życia rodzinnego. Po rozwodzie. On ma swoje dzieci, jego nowa żona swoje i trochę się to nie układa. Po krótkiej rozmowie miałem wrażenie, że problem leży w tym, że stworzyli sobie dwa obozy: ja z moimi dziećmi, ty z twoimi i teraz każdy obóz walczy o przewagę. Nie wiem, jak mogłaby wyglądać wygrana któregokolwiek z obozów. Ale jak mógłbym oceniać? Widzę po sobie, jak łatwo utknąć w emocjonalnych szaradach. Steve przypadł mi do gustu, choć dostrzegłem w nim jakąś ciężką do zdefiniowania słabość. Przy czterdziestu siedmiu latach wydawał się chłopcem, z dobrymi i złymi stronami dziecka. Sam zresztą się do tego przyznał.
Patrzył na mnie z podziwem.
- Też bym tak chciał. Gdybym tylko mógł się wyrwać… - wyjąkał. – Ty to jesteś odważny i wolny.
Pokręciłem głową.
- To nie tak. Wolność nie przychodzi łatwo. To jest ciągła walka. Też czuję się małym chłopcem. Też bym chciał, żeby ktoś się mną zaopiekował i żebym wreszcie mógł odpocząć. Ale czy gdyby ktoś tak się zjawił, czy naprawdę bym tego chciał?
- Nie chciałbyś? – spytał.
- Nie wiem… Może i tak. Ale to takie gadanie. Fakty są takie, że jestem sam, nikt nie bierze mnie pod swoje skrzydła. Więc muszę pokonywać słabość i strach. Muszę raz za razem ustanawiać moją wolność. Nie mam po prostu innego wyjścia.
Nie powiedziałem mu, że najważniejsza wolność – od siebie, ciągle mi umyka.
Dobrze się rozmawiało.
Następny kierowca, również Niemiec, w średnim wieku, mówił bardzo kiepskim angielskim. Mimo to udało nam się jakoś porozumieć mieszanką angielskiego, hiszpańskiego i francuskiego (ten ostatni język to raczej z jego strony). Zapalony motocyklista, włóczęga, uśmiechnięty, przystojny, szczęśliwy. Jechał właśnie na zlot szamański. Wyczułem w nim wesołego trickstera, któremu, mimo jego urokowi, nie można ufać
- Wiesz, stary – powiedział mrużąc drwiąco oczy – miłość to jedna sprawa, seks to coś zupełnie innego. Dobra zabawa, ot co się naprawdę liczy. Mam prawie pięćdziesiąt lat. Sypiam z dziewczynami o trzydzieści albo dwadzieścia lat młodszymi, podróżuję, robię, co chcę, odkrywam siebie, świat.
- A miłość?
- Mam żonę i kocham ją z całego serca. Ale co ma jedno do drugiego? – wzruszył ramionami. – Nie gryź się, bracie. Za dużo się gryziesz, to widać. Dobra zabawa. Tego potrzebujesz. Dobra zabawa…
Przytaknąłem bez przekonania. Dobra zabawa. Co to znaczy? Dlaczego po „dobrej zabawie” często czuję się pusty i jałowy? Może facet ma rację, może za bardzo się gryzę. Ale ciągle nie potrafię sobie wyobrazić życia, jeśli miałbym porzucić mój nadszarpnięty wprawdzie, ale ciągle tlący się idealizm.
Herr Trickster wysadził mnie w paskudnym miejscu. Na opuszczonym parking, na granicy niemiecko-francuskiej. Chciał dobrze, kiedyś musiało to być ruchliwe miejsce, o czym świadczyły ruiny wielkiej restauracji. Teraz jednak, oprócz dwóch zardzewiałych wraków bez kół, warstwy pustych butelek i starych gazet, nie było tam nic. Rozejrzałem się, gdzie mógłbym złapać kogoś z autostrady, ale samochody pędziły jak szalone, nie było szans.
Nagle zatrzymał się wóz, z którego wysiadła dziewczyna z plecakiem. Ucieszyłem się, poznając w niej autostopowiczkę. Podszedłem się przedstawić. Dziewczyna przywitała mnie zimno, nie patrząc na mnie, rozglądając się po parkingu. Zdała sobie sprawę, że wylądowała w kiepskim miejscu, a na dodatek miała we mnie konkurencję. Przykro mi się zrobiło. Miałem ochotę na damskie towarzystwo, ale nie chciałem się narzucać. Dziewczyna przyjęła to z widoczną ulgą. Machnęła mi na odczepnego i stanęła na autostradzie. Po dwóch minutach odjechała. Bez dwóch zdań, dziewczynom jest łatwiej na stopie.
W międzyczasie na parking zajechał tir na czeskich blachach. Serce mocniej mi zabiło. Podszedłem przetestować mój czeski, którego trochę liznąłem przy Petii. Możliwe, że to mnie uratowało. Kierowca nie palił się do zabrania autostopowicza, ale okazało się, że mieszka tylko kilka kilometrów od mojej dziewczyny, czyli byliśmy prawie jak rodzina. Powiedział, że nie jedzie daleko, ale może podrzucić mnie na jakąś większą stację we Francji.

wieczór
Robi się coraz ciemniej i chłodniej. Nie rozłożyłem jeszcze namiotu. Włożyłem na siebie dwie bluzy, kurtkę, czapkę. Kręcę papierosy i piję wino.
Przed chwilą porozmawiałem z dwoma polskimi kierowcami ciężarówek. Poradzili mi, żebym nie jechał na Lyon. Skoro chcę jechać w stronę San Sebastian, na Portugalię, to powinienem dostać się na Portugalkę, trasę w stronę Bordeaux.

Usiadłem przy stoliku naprzeciwko. Z jednego z tirów wysiadł wysoki, sympatyczny, wyglądający na Senegalczyka (jak się okazało, miałem rację) kierowca. Zagadałem po hiszpańsku. Dosiadł się na chwilę. Jechał w podwójnej obsadzie, więc nie miałem szansy na podwózkę, ale rozluźniony winem, miałem ochotę porozmawiać z kimś z odległego, nieznanego świata. Opowiedział mi o swoim życiu w Hiszpanii. Że jako czarnoskóry imigrant, do tego muzułmanin, w Hiszpanii musi się zmagać z życiem.
- Nie jest łatwo być imigrantem w Hiszpanii – potwierdziłem. – Nawet białym. Poznałem to na własnej skórze.
- A jak jest w Polsce? – zaciekawił się.
- A jak myślisz?
Zerknął przez ramię na polską ciężarówkę, później na mnie, wahając się.
Uśmiechnąłem się zachęcająco.
- Wal, nie przejmuj się. Ja jestem obywatelem świata – zażartowałem.
- Jeżdżę dużo po Europie, często spotykam polskich kierowców… - powiedział niepewnie. – Wydają się większymi rasistami, niż Hiszpanie. Takie mam wrażenie.
- Bo są. Nie wszyscy oczywiście. Ale klasa pracująca choruje u nas na ostry rasizm – przyznałem.
Nie czułem się głupio, w końcu to nie ja jestem rasistą. Boli mnie tylko bezsilność. Przecież to takie durne. Ci polscy kierowcy (i nie tylko kierowcy) pracują jak osły za marne pieniądze, wykorzystywani przez pracodawców, oszukiwani przez państwo, a oni kierują swój gniew i pogardę na Bogu ducha winnych, takich samych roboli, jak oni, tylko o innym kolorze skóry.
Kiedy Senegalczyk odszedł, zauważyłem, że tych dwóch Polaków, których pytałem o drogę, patrzy na mnie nieufnie.
No dobra, już wieczór. Idę rozbić namiot w jakichś krzakach, odpocząć przed jutrem. Mam jeszcze kawał drogi przed sobą.

08.04.2016

100 km od Bordeaux
wieczór
Ciężko jakoś, męczyłem się dzisiaj w trasie. Ale najpierw streszczenie wczorajszego wieczora.
Po rozmowie z Senegalczykiem miałem już zabierać się do spania, kiedy zjawił się Mariusz, dwudziestoczteroletni chłopak z Polski, autostopowicz. Dosiadł się i zrobił herbaty na turystycznej kuchence gazowej. Fajny wynalazek, ale przy tej ilości maletów nie mógłbym pozwolić sobie na dodatkowy ciężar. Pogadaliśmy przez chwilę, ale szybko zaczęło robić się ciemno i coraz zimniej. Znaleźliśmy ustronne miejsce na rozbicie namiotów za gęstymi krzakami. Zaproponowałem rozpalenie ogniska. Mariusz był trochę sceptyczny, byliśmy przecież na stacji benzynowej, ale powiedziałem, że biorę to na siebie. Miałem po prostu chęć na ogrzanie się przy ogniu.

Noc była bardzo zimna. Pozapinałem się w śpiworze, że nawet nos mi nie wystawał, ale i tak budziłem się, co i rusz. Kiedy wstałem rano, okazało się, że namiot pokrył się cienką warstewką lodu.
Mariusz dopiero co wstał. Postanowiłem nie czekać na niego i poszukać kogoś, kto zabrałby mnie w stronę Bordeaux. Poszczęściło mi się. Zgodził się pierwszy facet, do którego podszedłem. Po paru godzinach przesiadłem się do chłopaka z tej samej firmy, Bartka. Nie mieliśmy wspólnych tematów, gadka się nie kleiła. Koło szóstej po południu wysadził mnie na parkingu dla tirów. Miejsce mi się nie spodobało. Ciemne, wilgotne, jakby w jakiejś dziurze. Do tego zaczęło lać jak z cebra. Kilku rumianych, obleśnych Francuzów kręciło się koło toalet i łypało lubieżnie.

Widząc scenerię, postanowiłem jeszcze popróbować, ale tylko zmoczyłem buty. Karton z napisem „Bordeaux” rozpadł się w deszczu. Wreszcie dałem sobie spokój. Wyszedłem z parkingu, minąłem małą plantację winogron i rozbiłem namiot w małym, cuchnącym zgnilizną zagajniku. No i jestem teraz tutaj.

Wiatr wyje nieprzyjaźnie, deszcz siecze o namiot, w tle przytłumiony szum samochodów na autostradzie. Źle mi wewnętrznie. Nie tylko dzisiaj. Po rozstaniu z Tanią zrobił mi się chyba jakiś regres psychologiczny. Tęsknię, wspominam i czuję się jak opuszczony dzieciak. W tej chwili, w tym namiocie, w brudzie, zmęczeniu, zimnie, te uczucia jeszcze się potęgują. Chciałbym uwolnić się od myślenia od przeszłości, ale nie potrafię. Tylko ona wydawała mi się prawdziwa ze wszystkich ludzi. Reszta to jakby aktorzy. Męczy mnie towarzystwo każdej osoby na świecie. Jedni są mi obojętni, inni trochę bliżsi, ale z nikim nie łączy mnie nic głębszego, dotykającego duszy. Teraz, bez Tani, mam wrażenie, że zostałem zupełnie sam. Trudne uczucie. Czasami, tak jak teraz, chciałbym zniknąć, rozpłynąć się jak mgła ze wschodem słońca. Nie rozpływam się tylko dlatego, że gdzieś tam tli się nadzieja, że pojawi się w tym słońcu coś nowego.
Wreszcie rozgrzały mi się przemoczone stopy. Śmierdzę niemiłosiernie. Jutro spróbuję na jakiejś stacji poszukać prysznica. Grunt to wydostać się z tego zadupia. Mam nadzieję, że ci homoseksualiści z parkingu są niegroźni. Zresztą zapuściłem się w las dosyć głęboko, nikt nie powinien mnie tutaj znaleźć.

09.04.2016

Alsasua
wieczór

Kończy się czwarty dzień podróży. Dziś wreszcie dojechałem do Hiszpanii. Wprawdzie niedaleko granicy, w prowincji Nawarry, no ale to już Półwysep Iberyjski. Jestem prawie w domu.
Wczorajsza noc była ciężka emocjonalnie. Po ostatnim wpisie dopadła mnie bezdenna rozpacz. Rozpłakałem się jak dziecko i szlochałem przez chyba pół godziny. Żaliłem się, przepraszałem, prosiłem. Jakby puściła tama, którą blokowałem problemy ostatnich dwóch lat.
Wreszcie wyczerpany zasnąłem. Śniło mi się, że właściciel ziemi, na której rozbiłem namiot, szedł z rodziną na wycieczkę i natknął się na mnie. Wyglądał jak Doctor Who (ten z Davidem Tenantem). Długo się z nim kłóciłem, aż w końcu wezwał policję. Bardzo to było realistyczne.
Obudziłem się o świcie, chyba z zimna. Spakowałem mokry namiot, śpiwór i wróciłem na gejowski parking. Stały tylko cztery tiry z zasłoniętymi oknami. Usiadłem na ławce i zapaliłem papierosa. Nagle z łazienki wyszedł mężczyzna. Rozpoznałem słowiańskie rysy.
- Polak? – zapytałem.
Podszedł i wyciągnął rękę.
- Tak. A co?
- Jadę w stronę Hiszpanii. Zabierze mnie pan?
- No to masz szczęście, za chwilę wyjeżdżam. Bierz plecak.
Zbyszek. Przejechałem z nim 240 kilometrów, czyli całkiem nieźle. Zatrzymaliśmy się na parkingu prywatnym. Zbyszek musiał zatrzymać się na jedenaście godzin. Parking był marny, a wredny właściciel policzył nas za kibel. Ten kierowca był w porządku. Nietypowy tirowiec. Bardzo religijny. Należał do ruchu Badaczy Pisma Świętego (podgrupa Epifania, czy też Epifanium, nie pamiętam). Porozmawialiśmy o duchowości. Choć jego zrozumienie Boga i wszechświata pod pewnymi względami były dziwne, to jednak znaleźliśmy kilka wspólnych punktów. W pewnym sensie zainspirował mnie. Ze zrozumieniem mówił o tym, jak można znaleźć lekkość, harmonię i sens w zwracaniu się do Boga. Przyszło mi do głowy, że jego ustami Absolut odpowiedział na moje nocne, rozpaczliwe modlitwy.
Jak już pisałem, parking był kiepski. Stanąłem na zjeździe i zacząłem machać do samochodów. Podjechał po paliwo polski tir. Podszedłem do dość młodego faceta (przed czterdziestką).
- Zabierzesz mnie do Hiszpanii? – spytałem bezpośrednio.
Popatrzył spod byka i tylko pokręcił głową. Rozczarowany wróciłem na zjazd. Wydawał się niemiły, więc może to i dobrze, że nie zabrał.
Po zatankowaniu minął mnie, ale po kilku metrach wyhamował, zawrócił i otworzył okno.
- A wsiadaj, podrzucę cię kawałek.
Andrzej. Facet okazał się bardzo sympatyczny. Słuchaliśmy heavy metalu i przegadaliśmy całą drogę, wspominając lata dziewięćdziesiąte. Zrelaksowałem się przy nim. Nie miał laptopa do oglądania filmów, za to na łóżku leżało całe pudło książek z biblioteki.
Ledwo wystartowaliśmy, z nieba runęła prawdziwa ulewa. Zabrał mnie dosłownie w ostatniej chwili.
Dojechaliśmy za Bordeaux. Tutaj zaczynała mu się długa przerwa. Zaproponował, że możemy razem wyskoczyć do pobliskiego supermarketu po piwo, a jeśli nic więcej nie znajdę, to jutro mogę się z nim zabrać. Byłem trochę zmęczony, pasował mi więc pomysł odpoczynku, ale dosłownie po wyjściu z samochodu złapałem następnego Polaka, Arka. Bardzo miły człowiek. Pięćdziesiąt cztery lata, oczytany, interesuje się historią. Przy nim już zupełnie poczułem luz. Jego pogoda, entuzjazm, spokój podziałały na mnie kojąco.
W pewnej chwili zadzwoniła jego żona. Porozmawiali przez dłuższą chwilę. Dosłownie ogrzewałem się przy cieple i czułości, z jakimi rozmawiał ze swoją drugą połową. Praca, zaufanie, życie zwyczajnym życiem. Chce mi się tego. Czy już za bardzo przekroczyłem granice, żeby jeszcze móc wrócić do tak zwykłego życia? Nie wiem.
W końcu dojechaliśmy tutaj, pod Alsasuę w Nawarrze.
Było już za późno na dalszą podróż. Na stacji benzynowej wziąłem prysznic za trzy euro. Rozkosz! Jak mi tego brakowało. Okazało się, że przez cztery dni bez kąpieli odparzyłem sobie napletek. Czerwony, opuchnięty, szczypiący dawał się we znaki. Później w namiocie wysmarowałem wazeliną i przyrzekłem, że będę się starał znaleźć prysznic częściej.
Przez chwilę próbowałem jeszcze coś złapać, ale nie miało sensu, wszyscy zajeżdżali na noc. Jutro niedziela, mało kto będzie wyjeżdżał, pewnie utknąłem do poniedziałku. Arek obiecał, że popyta Polaków, stoi kilka ciężarówek z jego firmy (Mielczarki). Nie byłoby źle, gdyby w poniedziałek udało się złapać coś do samej Portugalii. Jutro przeleżałbym w namiocie i poczytał książkę. Prowiantu powinno mi starczyć, poza tym mam jeszcze czterdzieści euro.
Hiszpania. Po przejechaniu granicy poczułem przypływ radości i pozytywnej nostalgii. Swojsko się tutaj czuję. Patrząc na góry Nawarry pomyślałem o Camino de Santiago. Jak tutaj, zaraz niedaleko człapaliśmy sobie razem przez góry i lasy. Wzruszyłem się.

Namiot rozbiłem na wzgórzu nad stacją. Kropi, wieje, ale mam wrażenie, że jest cieplej niż wczoraj. Na wszelki wypadek ubrałem jednak na noc grube, górskie skarpety. Teraz poczytam coś, albo posłucham wykładu Swamiego. Wczoraj jego głos i filozoficzne, jasne słowa pozwoliły mi się wyciszyć i zasnąć.
Wyszczuplałem przez te kilka dni. Szczególnie widać na twarzy.
Obok biegnie autostrada. Buczą ostatnie tiry, czasami w wyższej tonacji zabuczy osobowy. Gdzieś szczeka pies. Jestem czuły na dźwięki, głosy, kroki. Mój namiot jest prawie niewidoczny we wrzosie i krzakach, ale i tak popiskuje atawistyczna czujność na obcego.
Samemu, w drodze, w poszukiwaniu siebie.

10.04.2016

Alsasua
około 12:00
Choć raczej utknąłem dziś na tej stacji, to nastrój mam dobry. Wietrznie, chłodno, ale słonecznie, a słońce od razu poprawia mi humor. Jeśli dziś nie uda mi się wyjechać, to jeden chłopak, kolega Arka, obiecał, że rano zabierze mnie do Valadoid. Zawsze to po drodze. Dobrze by było sunąć już przez Hiszpanię.
Udało mi się połączyć z Internetem. Pozytywne wiadomości od Petii, Tani, rodziny. Muszę jednak oszczędzać, roaming w Orangu na kartę jest kosmicznie drogi.

16:00
A jednak jadę! Myślałem, że dziś ani rusz, a tu okazało się, że Arek jedzie dziś do Bilbao, a jutro do Viseu. Trochę czuje się winny, nie lubię nadużywać gościnności, ale mam wrażenie, że szczerze mnie zaprasza. Przed samy wyruszeniem dwóch chłopaków z jego firmy, których poczęstowałem wcześniej piwem, zaprosiło mnie na nocleg do ich ciężarówek. Fajni, serdeczni ludzie. Dlatego lubię autostop. Czasami daje w kość, ale tej radości nie da się z niczym porównać. Człowiek spotyka się z ogromną dozą serdeczności i bezinteresownej przyjacielskości. Niesamowita sprawa.

Rano w barze kupiłem zupę z cieciorki z warzywami, bo już słabłem. Pięć dni na chlebie z serem to nie przelewki. Czułem, że brakuje mi protein, a przecież dźwigam ciężki plecak. Pasek zapinam już na trzecią dziurkę, a w dniu wyjazdu zapinałem na ostatnią.
Nastrój? Pozytywny. Słońce wygoniło gdzieś wczorajszą słabość.
Jeśli dobrze pójdzie, to jutro dotrę na Rainbow. Ciekaw jestem, jakich ludzi tam spotkam.

Guarnizo
22:30
Zatrzymaliśmy się na noc w niewielkim miasteczku. Rano Arek ma rozładunek. Nie było gdzie rozbić namiotu, ale wyszło to na dobre. Chciałem się umyć i porządnie odpocząć. Za resztę kasy wynająłem pokój w hotelu. Trzydzieści dziewięć euro. Wziąłem rozkoszny prysznic. Później w barze kupiłem butelkę wina, przy której oglądam teraz telewizję. Już zapomniałem, jaka u nich krzykliwa, kiczowata telewizja. I love it.

No więc dziś trochę cywilizacji, a od jutra znów włóczęga, namiot, bród i zimne noce. Chociaż w Portugalii powinno być cieplej.
Wysłałem wiadomość do Petii. Ciekaw jestem, co u niej.
Wczoraj, jadąc przez Hiszpanię, Bilbao, Santander wspomnienia zalewały mnie rwącym strumieniem. Ich żywość, intensywność były oszałamiające. Ale teraz, w hotelu, po prysznicu, przy kojącym brzęczeniu telewizora jest już dobrze. Strumień uspokoił się, mogłem wrócić do teraźniejszości. Dlatego postanowiłem napisać parę słów do Petii.
Porozmawiałem też z Fernandą. Namawiam ją na przyjazd na Rainbow. Z Hiszpanii nie ma przecież daleko. Cieszyłbym się bardzo. Czuję w niej bliską przyjaciółkę, prawie siostrę. Wysłała mi długą wiadomość. Została wegetarianką, w Indiach zainteresowała się duchowością. Napisała mi, że czuje ze mną wyjątkową więź.
Pooglądam jeszcze głupoty w tele i do spania. Jutro kolejny długi dzień.

Lista w hiszpańskim miasteczku:

1. Big Brother w telewizji. Relaksują mnie te bzdury. Nie wiem dlaczego.
2. Wino naprawdę dobre, bardzo intensywne, jak to Rioja.
3. Mam wyrzuty sumienia, że jadę z Arkiem aż tyle czasu. Mam wrażenie, że wolałby być sam, ale poczucie przyzwoitości zmusza go, żeby mnie zabrać. Poproszę go później o adres i wyślę „Amerykę przed Kolumbem”. Interesuje się historią, spodoba mu się, a ja już przeczytałem.
4. Hiszpańska reklama Actimel z muzyka BeeGeez (Stayin’ Alive). Uśmiech 8 na 10.
5. W kanałach nie ma pornosów…
6. … Miałem na myśli kanały telewizyjne, ale później usłyszałem to tak: „W kanałach nie ma pornosów. Tylko szczury, stare reklamówki, puszki po piwie i bezdomni chroniący się przed deszczem”.

11.04.2016

Viseu
21:13

Jest coś dziwnego w przybyciu do obcego miasta w obcym państwie, w którym nigdy się nie było.
Słaniając się na nogach doszedłem do Viseu. Jakieś osiem kilometrów, najpierw autostradą, później przedmieściami. Obładowany plecakiem, ukulele i torbami z prowiantem, człapałem utykając. Ludzie dotykali mnie szybkim spojrzeniem, ale od razu odwracali głowy. Pytałem o drogę, ale spora część przechodniów nie zwracała na mnie uwagi. Musiałem wyglądać jak kupka nieszczęścia.

Później pod prysznicem, spłukując brud, popatrzyłem w lustro. Poczułem się sobie obcy. Przerzedzone włosy, zakola, wąska twarz, wklęsłe policzki, oczy, które jak gdyby zapadły się do środka. Pewnie ze zmęczenia.
Rozejrzałem się sceptycznie po malutkim pokoiku. Zimne światło energooszczędnej żarówki, szaroniebieskie ściany, stara szafa, mały, może dwudziestoletni telewizorek z kolosalnym kineskopem, zimno. Udało mi się włączyć ogrzewanie, ale temperatura podnosi się bardzo powoli.
Jestem wykończony, więc streszczę dzień w punktach. Tak będzie łatwiej.

Lista zmęczona w Pensao Rosio Parque:

1. Wspomnienie z wczorajszej nocy w hiszpańskim hotelu: sąsiadka oddająca się głośnym rozkoszom i wykrzykująca chrapliwie hiszpańskie sprośności, „metelo ahi, si, si, follame, follame fuerte! ” Z mojej strony mieszanka pożądania i irytacji, bo chciałbym już spać, a muszę słuchać, w co ma jej włożyć i że jest małą kurwą.
2. W tirze z Arkiem – zmęczenie i senność. Arek gadał i gadał, ale miałem już tylko siłę potakiwać i wydawać zainteresowane dźwięki.
3. Wysadził mnie na stacji przy autostradzie, kilka kilometrów od Viseu. Nie wiedziałem, jak się wydostać, ale wreszcie jakiś niesympatyczny manager poradził mi, żeby iść wzdłuż autostrady, za barierkami. Miasto zaczynało się jakieś dwa kilometry od stacji. Cała droga miała z siedem, osiem kilometrów. Szedłem z coraz większym trudem. Dała mi się we znaki stara kontuzja kolana, a do tego zrobiły mi się odciski, które później pękły. Zmokły mi od tego całe skarpetki. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że dalej niż Viseu już dzisiaj nie pojadę. Rainbow będzie musiało zaczekać do jutra.
4. W Viseu znalazłem w miarę tani hotel. Dwadzieścia pięć euro ze śniadaniem. Zostawiłem tam rzeczy i ciągle kulejąc poszedłem poszukać supermarketu. Kupiłem chleb, ser, szparagi w słoiku, sok pomarańczowy, jogurty wiśniowe i vinho verde. W hotelowej restauracji pożyczyłem kieliszek do wina, a na recepcji zdobyłem hasło do wi-fi.
5. Uświadomiłem sobie, że podróżując z dziewczyną mam więcej energii i czuję się pewniejszy siebie. Kiedy opiekuję się kimś, jestem silniejszy. A sam z sobą, tracę czasami napęd, czuję się zagubiony, mały, niewidzialny.
6. Grzejnik nad drzwiami rzęzi niemiłosiernie.
7. Obserwacja na temat portugalskiej telewizji: jest zupełnie inna, niż krzykliwa telewizja hiszpańska. Mam wrażenie, jakbym oglądał polską telewizję sprzed dwudziestu lat. Przaśna, niedopracowana, powolna, z przeciętnymi, starszymi twarzami.
8. Da się tu dogadać po hiszpańsku, choć trzeba w to włożyć trochę wysiłku.
9. Byłem dziś zbyt zmęczony, żeby ocenić portugalskie dziewczyny. Wydały mi się bez wyrazu, ale to może dlatego, że ze zmęczenia sam byłem bez wyrazu?

12.04.2016

Viseu
09:37
Mam ponad dwie godziny do autobusu do Satao. Pogoda kiepska. Mokro i chłodno. Pani z hotelu powiedziała, że to najzimniejsza wiosna od lat.
Rano zrobiłem przepierkę. Stwierdziłem, że lepiej będzie wyprać w ciepłej wodzie, w kabinie prysznicowej, niż później, w jakiejś lodowatej rzeczce. Ale coś za coś. Przez mokre pranie, przybyły mi ze trzy kilogramy, choć wyciskałem, ile miałem sił. Później zjadłem śniadanie w kafejce (wliczone w cenę). Właścicielka podała mi dzban kawy, mleka, bułki, ser, dżem i masło. Zamieniliśmy parę słów. Bardzo sympatyczna kobieta.
Po odpoczynku, dobrym śnie i posiłku, mam dziś bardzo dobre wrażenie o Portugalczykach. Wydają się prości i spokojni. Dziewczyny ładne, ale w sumie jestem już tydzień bez kobiety, więc nie wiem, na ile jestem obiektywny.
Co dalej? O dwunastej autobus do Satao, a stamtąd będę kombinował. Ciągle zostanie z dziewiętnaście kilometrów, a z moim bagażem będzie ciężko tak sobie przejść. Podobno jest jakiś autobus do Decermilo. Stamtąd miałbym może z pięć kilometrów. To już jakoś by się dało przejść.