Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

Zastopować Świat - autostopem do Turkmenistanu i Uzbekistanu

21 października 2008 r., autor: tumbasek

Krótka relacja z naszej tegorocznej, dwumiesięcznej wyprawy autostopowej zamieszczonej w miesięczniku studenckim Semestr. Zapraszamy

– No to, stary, jedziemy! – usłyszałem od Pawła. Zawsze był konkretny, jednak tym razem odpowiedział jakby bez zastanowienia, bez zbędnych, dodatkowych pytań.
– Pamiętasz książkę o autostopie dookoła świata, którą Ci pożyczyłem? – zapytałem.
– Ciężko zapomnieć o Kindze Choszcz.
– Właśnie. A pamiętasz, że Kinga dojechała do Turkmenistanu i Uzbekistanu?
– Coś mi świta… – odpowiedział.
– Wiesz coś więcej o tych krajach? – kontynuowałem.
– Ciężko powiedzieć – zamyślił się Paweł.
– Otóż to! Ja też niewiele o nich wiem, a w Internecie nie ma w zasadzie żadnych informacji, więc może w tym roku tam byśmy pojechali?
I tak to się zaczęło. Autostopem jeszcze nigdy nie byliśmy tak daleko. Wcześniej jeździliśmy po Portugalii, Gruzji, Armenii, Skandynawii czy Bałkanach, ale Turkmenistan i Uzbekistan… Czy to w ogóle możliwe? – pytaliśmy sami siebie.
– Skoro dało się autostopem objechać świat, to czymże jest te 9 tys. km? – starałem się łagodzić niepokój, który wzbudzały nachodzące mnie myśli.

Śladami Kingi

Wiedzieliśmy, że tegoroczna podróż będzie zupełnie inna od poprzednich. Po pierwsze, założyliśmy stronę internetową www.zastopowacswiat.pl, na której chcieliśmy zamieszczać (i zamieszczaliśmy) relacje z trasy, by przybliżać kraje, które odwiedzamy. Głównie jednak marzyliśmy o przełamaniu wielu stereotypów, które narosły wokół wspaniałej idei podróżowania autostopem.
Po drugie, rozmyślaliśmy, jak dać wyraz naszej pamięci o Kindze Choszcz, która swoimi książkami przekonała nas, byśmy stanęli przy drodze i wyciągnęli kciuk.Teraz, siedząc w uzbeckiej czajchanie jakieś dwa kilometry od granicy z Afganistanem, mogę napisać, że dziś pasją autostopowej przygody sami zarażamy innych. Ciężko streścić całą dwumiesięczną podróż w jednym artykule, pozwólcie więc, że wspomnę ledwie kilka przygód, kilka osób i spostrzeżeń, które przychodzą mi na myśl pod koniec naszej drogi.Miesiąc przed wyjazdem zadzwonił do mnie Jarek:
– Ty, Tumba, nie będzie problemu, żeby zabrać się z wami? Rozmawiałem już z Pawłem, zgodził się jechać z Adą, a ja w jednej dwójce jechałbym z tobą… – usłyszałem trochę zaskoczony. Ciężko było odmówić. Jarek był tak zdeterminowany, że szybko załatwił wszystkie wizowe formalności. Pojechaliśmy w czwórkę. Ekipę mieliśmy silną i gotową na wszelkie niedogodności!
Każdy z nas miał kilka marzeń, które chciał po drodze zrealizować. Na „liście” znalazły się m.in.: bośniacka Srebrenica, zdobycie Araratu, ujrzenie gazowego krateru Darvaza na pustyni Kara-Kum czy zawitanie do legendarnej Samarkandy.

Z oficerem Legii Cudzoziemskiej w świat

Z naszego rodzinnego Nowogardu wyruszyliśmy 4 sierpnia. Towarzyszyła nam nadzieja pokonania pierwszego dnia ponad 700-kilometrowej trasy do Krakowa. Po jedenastu godzinach byliśmy na miejscu (sic!). Potwierdziło się po raz kolejny, że „stopowanie” w Polsce to sama przyjemność.
W następnych dniach nie było już tak łatwo, co nie oznacza, że było źle. Każdego dnia na stopa zabierał nas ktoś wyjątkowy. Podróż rozpoczęliśmy ze strażnikiem więziennym, następnie byli: celnik, właściciel hotelu, golfiści, a nad Balaton dowiózł nas oficer Legii Cudzoziemskiej…
Przede wszystkim jeździliśmy jednak ze zwykłymi, sympatycznymi ludźmi, którzy zgodzili się nam pomóc podczas swojej gonitwy do pracy, powrotu do domu czy odwożenia dzieci do szkoły tylko po to, aby pogadać z nieznajomymi. Ciężko zapomnieć o ludziach, którzy tak jak w bośniackim Bratunacu czy kurdyjskim Dogubaiazit sami proponowali, że nas podwiozą. Nigdy nie zapomnimy także o Bośni i miejscach takich jak Srebrenica czy Potocari, które każą pochylić się nad losem ludzi, przechodzących kilkanaście lat temu przez piekło wojny. I wierzcie mi, tych miejsc nie da się opisać, je trzeba samemu zobaczyć.
Nie spieszyliśmy się. Zatrzymywaliśmy się na dłużej tam, gdzie uznaliśmy, że warto spędzić więcej czasu.
– A co będzie, jak nikt nas stąd nie weźmie? – trochę z niepokojem pytał Jarek, kiedy zmuszeni byliśmy już piątą godzinę stać na drodze wylotowej z serbskiego Nisu w kierunku bułgarskiej granicy. Z nieba lał się ponadczterdziestostopniowy żar, a nikt nie był chętny, by pomoc dwójce wycieńczonych autostopowiczów.
– Wezmą nas, wezmą – odpowiadałem z coraz mniejszą pewnością w głosie. Tego dnia przyszło nam stać w oczekiwaniu na cud trzynaście godzin… Był to zdecydowanie najgorszy dzień podczas całej naszej wyprawy. Dzień ten potwierdził jednocześnie, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od woli ludzi, od ich chęci pomocy i przełamania własnego strachu przed obcymi. Wtedy poddaliśmy się – wskoczyliśmy do pociągu jadącego w stronę Bułgarii – mimo tego dalecy byliśmy od porzucenia wiary w ludzi.

U podnóży biblijnego olbrzyma

Jednym z naszych celów było wejście na górę Noego. Na przedpola Araratu dojechaliśmy po trzech tygodniach niespiesznej jazdy. Autostop we wschodniej Turcji działa bez zarzutu. Zatrzymuje się każdy, a jedyna zmiana w stosunku do innych krajów polegała na tym, że czasem żądano od nas drobnej opłaty. Dlatego wybieraliśmy kierowców, którzy zabranie nas na stopa traktowali jak przejaw kurdyjskiej gościnności, a nie okazję dodatkowego zarobku.
Myśl o zdobyciu Araratu od pierwszych chwil wyprawy nie dawała nam spokoju. Tyle przecież naczytaliśmy się o problemach i poświęceniach, jakich wymaga próba sił z biblijnym olbrzymem, że wątpiliśmy, czy uda się nam w ogóle z nim zmierzyć. Wszystko uzależnione było od cen zezwoleń i przewodnika, bez którego wchodzenie na górę jest oficjalnie zabronione. Po trudnych negocjacjach stanęło ostatecznie na stu dolarach od głowy (normalnie 200-1000 USD). Pozostawało tylko wchodzić.
W naszej grupie, która wyruszyła na forsowny czterodniowy trekking na Ararat, znalazło się szesnastu turystów z Tabrizu, Austriak, Portugalczyk, kurdyjski przewodnik i nasza trójka (Ada jechała z nami tylko do Stambułu).
– Irańczycy mówią, że jest -25°C – poinformował Jarek. Ledwie go usłyszałem, bo wiatr na szczycie hulał coraz mocniej. Rzeczywiście, mimo stosownego ekwipunku, zimno przeszywało na wylot. Pogoda zmieniała się co minutę, a przed nami było jeszcze dwunastogodzinne zejście.
Uśmiech na twarzach pojawił się dopiero, kiedy w oddali dostrzegliśmy drogę. Szczęście nie trwało jednak długo. Nasz przewodnik – Nuri, który miał załatwić busy, aby odwieźć całą grupę do bazy w Dogubayazit, zniknął nagle bez śladu. Nuriego ani widu, ani słychu, a my, totalnie wycieńczeni, udaliśmy się w kierunku szutrowej szosy – po raz pierwszy w życiu naprawdę źli, że będziemy musieli łapać stopa. Długie oczekiwanie na resztę grupy sprawiło, że odnalazł się również nasz nieszczęsny Kurd z dwoma busami. Akcja „autostop” odwlekła się o cale dwa dni.

Ali-Baba i czterdziestu taksówkarzy

Jakkolwiek realia autostopu w Europie były nam dobrze znane z poprzednich wyjazdów lub relacji naszych znajomych, jednak nasza wiedza na temat tego sposobu podróżowania po Iranie, Turkmenistanie czy Uzbekistanie była znikoma lub żadna. I zaczęło się:
– Chłopaki! Zmieńcie mnie, bo ja już z nimi dłużej nie mogę – apelował Paweł, kiedy na drodze wylotowej z irańskiego Maku pobijaliśmy kolejny niechlubny rekord. W Maku „udało się” nam zatrzymać czterdzieści samochodów z rzędu (sic!). Czterdziestu samozwańczych taksówkarzy…
Potwierdziło się. Wkraczaliśmy do kraju, w którym o podróżowaniu za darmo mało kto słyszał. Jeżeli przez trzy tygodnie w Iranie udawało się jeszcze kierowcom jakoś wytłumaczyć, o co nam chodzi, a zaskoczeni Persowie z uśmiechem godzili się na pomoc, o tyle w Turkmenistanie powiało grozą.
– Jeżeli staniecie przy drodze, zaczniemy strzelać – usłyszałem od turkmeńskiego strażnika granicy, który jednoznacznie wybił nam z głowy dalszą drogę do Aszchabadu „nielicencjonowanymi” samochodami.
Turkmenistan szokował na każdym kroku. Z jednej strony zaskakiwał pięknem, architekturą i czystością, z drugiej przerażał marazmem, bezsilności, tajnością… Ta pustynna republika, rządzona do niedawna przez Turkmenbaszę, a obecnie przez jego poplecznika, od razu przywołuje na myśl obrazy z Orwella.
Opustoszałe place i ludzie obawiający się rozmowy z nami, zakazy, nakazy i przykazy zawarte w Ruhnamie – dziele stworzonym przez Turkmenbaszę, są widoczne na każdym kroku.
– Dzień dobry, możemy wjechać wyciągiem na górę? Zapłacimy – zapytałem.
– A po co wam tam wjeżdżać?
– Chcieliśmy zobaczyć Aszchabad z góry.
– Po co?
– Jesteśmy turystami, słyszeliśmy, że macie stąd piękny widok – ciągnąłem.
– Nie można, minister zakazał! – odparł głos. Nie był to pierwszy i ostatni raz, kiedy zbywano nas pod dziwnymi pretekstami.
Sporo by jeszcze pisać o dziwactwach i paradoksach Turkmenii, o istnym piekle na ziemi – gazowym kraterze Darvaza – palącej się od czterdziestu lat wielkiej wyrwie na Pustyni Kara-Kum czy o złotych pomnikach Turkmenbaszy podążających za słońcem…
Tymczasem siedzę w uzbeckiej czajchanie, cieszę się, że kierowcy bez problemu zabierają nas na stopa, a wokoło nie brak życzliwych ludzi. Jednocześnie smutno mi, gdyż nasza dwumiesięczna autostopowa przygoda dobiega końca. Myślimy o kolejnych celach, nowych trasach i kontynentach. Przecież tak niewiele trzeba, aby zastopował świat.

Maciej Tumulec