Cytat dnia

„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)

Książka o nas
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Legitymując się podartym dowodem

21 marca 2009 r., autor: optimist7

W niedzielę wieczorem, po spakowaniu 35-ciu kilogramów do nowego plecaka z Allegro, wsiedliśmy do pociągu pospiesznego na rzeszowskim dworcu. Maciek pożegnał rodziców, którzy pomimo jego zapewnień, że całą drogę pokonujemy pociągiem, chyba podejrzewali prawdę...

==> Artykuł dostępny też na mojej stronie - www.optimist7.info

Droga do Wrocławia minęła na wymianie poglądów z nowo poznanym towarzyszem podróży. Około czwartej, po zjedzeniu pity warzywnej, zainstalowaliśmy się w osobówce do Zgorzelca. Przygoda miała swój właściwy początek chwilę później, jakąś godzinę drogi przed Zgorzelcem..

Do przedziału weszła miła parka w podeszłym wieku. Zaczęliśmy rozmawiać. Gdy państwo powiedzieli nam, że są emerytowanymi celnikami, system skojarzeń zadziałał błyskawicznie. Przypomniałem sobie szufladę w moim pokoju, w której leżał paszport. Pakując się nawet do niej nie zajrzałem, więc miałem 100% pewności, że nie mam go przy sobie.

Skojarzyłem, że Polska od roku była w Unii Europejskiej, więc teoretycznie można było przekraczać granice na dowód osobisty. Sęk w tym, że nie wszystkie..

Po nieprzespanej nocy zadziwiająco dobrze zaczęło działać logiczne myślenie. Zadzwoniłem do DHL i zapytałem miłą panią, czy są w stanie dostarczyć przesyłkę do Niemiec na jutro rano. Byli. Kolejne pytanie dotyczyło miejsca dostarczenia - niestety, "wejście po prawej stronie lotniska Frankfurt Hahn" nie było dostatecznie precyzyjne. Tłumaczenie, że są tylko dwa wejścia też nie poskutkowało. W międzyczasie wyładowała mi się bateria i po kolejnym telefonie zostałem odebrany przez innego konsultanta, którego poprosiłem o przełączenie do "tej miłej pani, której przed chwilą zadawałem dziwne pytania". Ostatecznie jednak wariant z kurierem nie doszedł do skutku.

Kolejny telefon wykonałem na przejście drogowe w Jędrzychowicach - nasz nowy znajomy dał mi do nich numer - i poprosiłem kierownika zmiany. Zapytałem go, czy mogę przekroczyć polsko-niemiecką granicę na dowód osobisty. Mogłem. Zaskoczyłem go jednak moim kolejnym pytaniem, czy może to być stary dowód. Powiedział, że raczej tak, ale musi on być ważny i czytelny.

W międzyczasie moje mobilne biuro dojechało do stacji docelowej. Kolejnym punktem programu był telefon do Irlandzkiej ambasady, ale nie miałem do niej numeru. Poprosiłem więc naszych nowych znajomych o zaprowadzenie do jakiegoś biura podróży. Znaleźliśmy się pod nim około 8:45 i poczekaliśmy kwadrans do otwarcia. Pani nie bez zainteresowania wydrukowała mi wszystkie numery i życzyła powodzenia.

Z budki stojącej obok zadzwoniłem do Warszawy, gdzie też chyba dopiero otworzyli. Beznamiętna kobieta po drugiej stronie powiedziała, że raczej nie powinno być problemu, ale słyszała kiedyś o przypadku nie wpuszczenia jednej osoby z dowodem - nie znała jednak szczegółow. Zapytałem, czy stary dowód coś zmienia. Kobieta była najbardziej zaskoczona ze wszystkich do tej pory. Odpowiedziała, że nie wie, że na pewno musi być ważny, czytelny, kompletny, mieć aktualne zdjęcie i być niezniszczony. Co oznacza "niezniszczony" niestety już nie umiała mi powiedzieć.

Wyszedłem z budki i - naładowany optymizmem i adrenaliną - postanowiłem "jadę". Coś wewnątrz mi mówiło, że będzie z tego niezła przygoda :)

Wypiliśmy kawę w McDonaldzie i ruszyliśmy z tobołami w kierunku Niemiec. Ostatni kilometr jednak jest autostradą, więc zaczęliśmy rozglądać się za stopem na stacji benzynowej. Dwóch panów prawie dało się namówić, ale jak na ich pytanie o paszporty odpowiedziałem "ja nie mam, ale mam dowód, tylko jest trochę zniszczony, ale powinno być ok" ostatecznie zrezygnowali. Młody TIR'owiec nie miał takich oporów, ale wysadził nas 100 metrów przed terminalem, bo wg prawa mógł mieć tylko jedną osobę. Powiedziałem "idę pierwszy" i w oczekiwaniu przygody z szerokim uśmiechem wszedłem po schodkach do okienka celników. Przejście było głównie dla TIRów, więc widok dwóch gości z plecakami już sam w sobie budził zainteresowanie.

"Dzień dobry, proszę paszporty" - usłyszałem. "Nie mam paszportu, ale mam dowód" - odpowiedziałem, wywołując zainteresowanie na twarzy celnika i kładąc dokument na tackę, która wjechała do środka. Nie minęło 60 sekund, jak zza budki wyszedł celnik i trzymając w ręce mój dowód, zapytał:

- Pojebało cię?! Coś mi tu dał?!
- Dowód osobisty - odpowiedziałem.
- To jest dowód..?!
- Tak, trochę się zniszczył. Ale wie pan, ja żyję aktywnie.. :)

"Poczekaj tu kolego" - powiedział pan celnik, z trudem ukrywając usmiech po moim ostatnim zdaniu. Za chwilkę wyszedł inny i zapytał, czy mam nożyczki. Odpowiedziałem "tak" i zostałem zaproszony do środka.

W środku celnicy podawali sobie mój dokument tożsamości z rąk do rak i oglądali z niedowierzaniem. Najstarzej wyglądający z nich, wąsaty pan pamiętający zapewne czasy poprzedniego ustroju dość dobrze, popatrzył na mnie i powiedział "Chłopie, dwadzieścia lat tu pracuję, ale czegoś takiego to nie widziałem..". Odpowiedziałem "wie pan, taki mi wydano - to nie moja wina, że się zniszczył". Dostałem taśmę klejącą i kazano mi skleić strony tak, aby dokument stanowił jedną całość, a nie 20 luźnych kartek i okładkę, która odkleiła się od reszty. Po kilku minutach dowód był w jednym kawałku.

"A teraz poproś tą milą panią, aby wpuściła cię do Niemiec" - powiedział celnik wskazując na Niemkę siedzącą w drugiej części budki i przygladającą się całemu zajściu z boku. Zważając na moją znajomość niemieckiego, zastanowiłem się chwilkę i z szerokim usmiechem podałem jej dowód mówiąc "bitte". Pokiwała głową, niewerbalnie mówiąc "oj ty wariacie" i z usmiechem politowania machnęła ręką w geście "zejdź mi już z oczu". Powiedziałem "danke" i wyszedłem na terytorium Niemiec.

24 godziny później, na lotnisku Frankfurt Hahn, oznajmiłem ludziom (w większości Polakom) stojącym za mną w kolejce do odprawy: "Jeśli zależy wam na czasie, proponuję stanąć w kolejce obok - ja zamierzam dostac się na pokład legitymując się starym, zniszczonym dowodem osobistym". Więc kiedy zaczynałem tłumaczyć pani z Ryanair, że dokument, który jej daję, jest przez nich honorowany, pół kolejki trzymało za mnie kciuki. Pani ze zdziwieniem wzieła mój dowód i powiedziała, że musi to sprawdzić. Zniknęła na 15 minut, udając się do lotniskowego komisariatu Polizei, po powrocie z którego wydała mi kartę pokładową.

Gdy samolot wystartował, zanim zacząłem odsypiać dwie nieprzespane noce, zacząłem zastanawiać się nad możliwym rozwojem sytuacji po lądowaniu w Irlandii. Najgorsza opcja mogła wyglądać następująco: przy odprawie celnik stwierdza, że mnie nie wpuści, ponieważ dokument jest za bardzo zniszczony. Wymyślam ewentualną odpowiedź: "Dzwoniłem do waszej ambasady i wiem, że mam możliwość wjazdu na terytorium Irlandii legitymując się tym dokumentem. Jeśli uważacie, że jest zniszczony, nie ma problemu - poczekam tu, aż sprawdzicie moją tożsamość w Polskiej ambasadzie." Zasypiam.

Po wylądowaniu podchodzę do ostatniej bramki. Celnik prosi o paszport. Standardowo odpowiadam, że nie mam, ale mam "Polish inside passport" i daję mu mój dowód. Poziom adrenaliny wzrasta, podczas gdy gruby Irlandczyk z farmerskiego hrabstwa Kerry o czerwonej, cieszącej się twarzy, otwiera mój "dokument", patrzy na zdjęcie, na mnie, oddaje mi dowód i każe przechodzić jakby nigdy nic. Kolejny raz optymizm zwyciężył.

PS:
Przec całą drogę nikt nie zauważył, że z powodu zamieszania na niemieckiej granicy wkleiłem strony w złej kolejności. Sam zorientowałem się dopiero w Irlandii :)

==> Artykuł dostępny też na mojej stronie - www.optimist7.info