Cytat dnia

„Podróże są diabelskim wynalazkiem człowieka, który pod względem nieprzyjemności, zmęczenia, niebezpieczeństw, utraty czasu, szarpaniny nerwowej da się porównać tylko z pobytem na wojnie.”
Henri Millon Montherlant (1896-1973)

Drezno

6 czerwca 2009 r., autor: Demoniqua

Wrocław-Drezno brzmi całkiem niewinnie, ale nie gdy wyrusza się o godzinie 15 pod koniec listopada w dodatku w trojke:)A zaczęło się tak...

Nasz poprzedni wyjazd do Chorwacji na stopa spotkał się z bardzo żywą reakcją znajomych i rodziny (rodziny szczgólnie:))Najbardziej podekscytowana naszą wyprawą była moja przyjaciółka ze szkolnej ławy-Justyna. To właśnie z myślą o niej powstał pomysł wyjazdu do Drezna. Justyna nigdy nie jechała na stopa, dlatego ten odcinek wydawał się znakomity na rozpoczęcie przygody z autostopem.
Jak wiadomo do Drezna najlepiej dojechać z Wrocławia. Więc Justyna musiała tutaj dojechac. O godzinie 19.45 19.11.08 odebrałyśmy naszą nowozwerbowaną towarzyszkę z Dworca Głównego we Wrocławiu i ruszyłyśmy do "Kredki". Oczywiście zrodziła się mysl, ze skoro Justyna w końcu nas odwiedziła we Wrocku to wypadało by jej co nieco pokazać. Oczywiście na Rynek było za daleko, więc stwierdziłyśmy, że przynajmniej pokarzemy jej miejsce, w którym często spędzamy wieczory czyli "Grawitację". Oczywiście wszystkie zgodnie stwierdziłyśmy, że idziemy tylko na jedno piwko:) No, ale niestety jak to często bywa wypowiadanie na głos słów "tylko na jedno piwko" bywa ryzykowne. Imprezka skończyła się o godzinie 6 rano. Najśmieszniejsze jest to iż tego wieczora-poranka w naszym wspaniałym akademiku zabrakło wody. Zeszłyśmy na portiernie czy koles nie wie moze kiedy maja "oddac" wode, powiedzial ze spokojem "jutro po poludniu powinna byc" Ups pomyslalysmy sobie, ze to nieciekawie, bo w podroz stopem, ktora nigdy nie wiadomo jak i gdzie sie skonczy czlowiek musi ruszyc swiezy i wypoczety. Jednak wstałyśmy o godzinie 12.00, więc wiedziałyśmy, że wypoczęte raczej nie będziemy, pozostawało pytanie czy przynajmniej wyruszymy świeże. Na szczescie do godziny 12 w poludnie problem wody był juz rozwiazany, więc przynajmniej to jedno się udalo. Kac moralny przypominał o naszej naiwności, zastanawiałyśmy się dlaczego nie udało nam się zrealizować naszego planu i połoźyć się dzień przed wyjazdem wcześniej spać, aby rano na stopowanie ruszyć wypoczęte. No, ale teraz było juź za póżno, musiałyśmy podjąc decyzję czy jedziemy czy odpuszczamy ten dzień i jedziemy jutro rano. Zadecydował fakt iż miałysmy juz nagrane noclegi z Hospitality Club, a w dodatku gospodarz chciał nas tego wieczoru zabrać na "Czech Party", więc cóż nam pozostało???Dokończyłyśmy pakowanie i o godzinie 14 ruszyłyśmy na Bialany (z tamtejszej trasy najłatwiej łapie się stopa na Drezno). Zanim dojechałyśmy była godzina 15 powoli zaczynało robić się ciemno, a do tego wszystkkiego, musiałyśmy przeskakiwać właściwie przez bramki na autostradzie i wspiać się na nasyp, aby dostać się na stronę biegnaca w kierunku Niemiec, nie było to łatwe. Zaczęło padać, powoli odchodziła nam ochota na naszą wyprawę. Przemoczone buty juź na początku, do tego godzina 15.30, 3 osoby, nie wyglądało to ciekawie:/ale w końcu dorwałyśmy na stacji benzynowej kawalek tektury i z ogromnym napisem Dresden i wymuszonymi uśmiechami na twarzy zaczęłyśmy łapać.
Pierwsza godzina na mrozie, wietrze i padającym śniegu z deszczem dała nam się we znaki, powoli zaczynałyśmy zastanawiać sie co dalej, co robić czy wracać do domu czy próbować jeszcze kogoś złapać? Postanowiłyśmy postawić wszystko na 1 kartę i brać tylko kursy bezpośredniio do Drezna. Była godzina 16.30, szanse z minuty na minutę malały, a wizja stania w małych miejscowościach po drodze wydawała się być niezbyt rozsądna, wiec podjełysmy ostateczną decyzje-łapiemy bezpośrednio do Drezna i tylko do godziny 17.30, to dawało jeszcze szanse na dotarcie do Drezna o normalnej godzinie, ale szansse malały, powoli zaczynałyśmy się zbierać z naszego"stanowiska". Zatrzymywaly sie tylko osoby jadace do posrednich miejscowosci, a czesc z nich jak dowiadywala sie ze jestesmy w trojke rezygnowala.
Powoli tracilysmy nadzieje...kiedy nagle na poboczu w pewnej odleglosci od nas zatrzymal sie zolty mini wan, pomyslalam sobie "nie to niemozliwe", tym bardziej, ze wygladalo to raczej jakby koles pytal o droge, wiec tylko Magda do niego podbiegla zapytac o co chodzi, okazalo sie jednak, ze zabierze nasza trojkę do Drezna!Zatrzymal sie dalej, bo w ostatniej chwili zauwazyl tabliczke. Wiec w podskokach(doslownie)dobieglysmy do Magdy. Najbardziej podekscytowana Justyna od razu wpakowala sie do tylu, Magda jakos tez bardzo szybko sie tam znalazla, a ze ja szlam ostatnia to przypadlo mi siedzenie z przodu. Juz mialam wizje na sile podtrzymywanych rozmow z kierowca, ktory nie mowil po angielsku, zastanawialam sie czy jeszcze pamietam cos z niemieckiego? No, ale coz stalo sie, koles sie przywital, lamanym angielskim powiedzial "go to Meisen" i wskazal na siebie palcem. Acha, więc ok zrozumiałam jedzie do Misni. Jak na autostopowa kulture przystalo zaczelam dopytywac dlaczego do Misni, probowalam porozumiec sie po angielsku, ale widzialam, ze koles chyba nie za bardzo rozumie i w tym momencie mowie do Magdy
-Pan jedzie do Misni, czyli dla nas bardzo dobrze, bo w sumie wysadzi nas przed samym Dreznem.
I w tym momencie koles krzyknal ze zdziwieniem:
- To wy mowicie po polski?
Na co ja z jeszcze wiekszym zdziwieniem
- No my tak, a Pan też?
No i sie zaczelo!Okazalo sie, ze koles myslal, ze skoro Magda w Polsce zapytala go o to gdzie jedzie po angielsku to zakladal, ze jestesmy z jakiegos anglojezycznego kraju. A to niespodzianka! Koles Bulgar tureckiego pochodzenia, pracuje w Polsce, mieszka w Misni w Niemczech,a jego zona pochodzi z Rumunii. Pierwszy raz rozmawialam z cudzoziemcem, ktory tak plynnie mowil po polsku!Bylysmy w szoku tym bardziej iz koles oprocz polskiego zna plynnie niemiecki, rumunski, cyganski, bulgarski, turecki i czeski!!!No, no! A oczywiscie nasza pierwsza mysl "kurde nie zna angielskiego jak tu sie dogadac?" Kto by sie spodziewal, ze po prostu "po polsku":))Reszta trasy przebiegla calkiem milo, Nasz kierowca opowiadal nam o swoim losie, o tym, ze musial zostawic rodzine, ze prawie nie widuje sie ze swoja corka w Bulgarii i druga w Niemczech, do ktorej wlasnie jechal na 1 urodziny. Wczesniej uprzedzil nas, zebysmy nie rzucaly klamotow do tylu, bo wiezie dla niej ogromny tort. Po chwili kierowca oznajmil, ze w sumie moze nas podrzucic do samego Drezna, co jeszcze bardziej nas ucieszylo. Dziewczyny z tylu przysypialy zmozone trudami dzisiejszego i poprzedniego dnia, ja musialam pozostac na posterunku.
Droga uplynela dosc szybko i przyjemnie, gdyz kierowca sluchal tradycyjnej muzyki tureckiej, co dodawalo ciekawej atmosfery do i tak egzotycznej podrozy. W koncu moim oczom ukazal sie znak Dresden. Odetchnelam z ulga, obudzilam dziewczyny, gdyz spodziewalam sie, ze za chwilke trzeba bedzie sie zbierac, a tu nagle kierowca podaje mi gps-a i mowi, zebym wstukala tam adres gdzie mamy nocowac!!!Bylam tak zaskoczona, ze nie wiedzialam, czy dobrze zrozumialam, dopiero Magda z tylu podala adres i wjechalismy do centrum Drezna. Niestety nawigacja splatala figle i pol godziny krazylismy po miescie, w koncu jednak dotarlismy na miejsce po uprzedniej interwencji policji, ktora musiala nas wczesniej zauwazyc, krazacych w kolko, zatrzymali nas, bylysmy przekonane, ze zlamalismy jakis przepis, juz zaczelysmy dyskutowac na temat tego, co sie stanie jak koles dostanie "dzieki nam" mandat, ale na szczescie panowie tylko sprawdzili nasze dokumenty, wutlumaczyli jak dojechac, pozdrowili, pomachali, zyczyli milego pobytu w Dreznie i odjechali. Tak oto prosto ze stacji we Wroclawiu, jednym srodkiem transportu, doslownie pod drzwi naszego gospodarza przywiozl nas zolty wan:))

Droga powrotna nie byla juz tak szczesliwa. Ruszylysmy z najbardziej popularnego miejsca wylotowego w Dreznie (wedlug informacji naszego gospodarza, ktory byl zapalonym autostopowiczem i raz w miesiacu jezdzil stopem do Francji). Niestety nie znalazl sie nikt kto jechal do Polski, albo na Goerlitz, wiec wpakowalysmy sie do pierwszego lepszego samochodu i to byl blad...Kierowca jechal na Cottbus, co bylo zupelnie nie w naszym kierunku, pomimo moich sprzeciwow, dziewczyny zadecydowaly, ze jedziemy, bo ogolnie bylo bardzo zimno i kolejna godzina na mrozie... Wsiadajac mialam bardzo silne przeczucie iz ten caly Cottbus zapamietam do konca zycia i niestety nie mylilam sie.
W Cotbusie kierowca wysadzil nas na jednej ze stacji benzynowych, gdzie stalysmy prawie 2 godziny, bez zadnego efektu, nawet nikt sie nie zatrzymal, zeby zapytac gdzie jedziemy itp, zupelnie nie zwracali na nas uwagi, wiec zadecydowalysmy, ze musimy wspomoc sie polaczeniami kolejowymi. No i tutaj rowniez niemila niespodzianka!!!!Uwaga z Cottbusu bardzo ciezko sie wydostac w kierudnku Polski. Jedyne polaczenie do Gubina czyli na sama granice kosztowalo nas po 5 euro od osoby, bylysmy bardzo delikatnie mowiac "poirytowane", bo w sumie taka kwota na sam koniec wyprawy jest zdecydowanie nieprzewidziana:/ale jakos sie udalo. Tutaj nalezy sie pochwala konduktorowi, ktory bez pytania wystawil nam bilet w najtanszej opcji, czyli bilet grupowy, pomimo faktu iz nalezal sie on dopiero grupie 4osobowej. Z Gubina czekala nas jeszcze dluuuuga droga, nawet nie wiedzialysmy jak trudna.

Ale ogolnie trzeba przyznac iz trasa Wrocław - Drezno jest dosc łatwa i nadaje się na weekendowy wypad, samego Drezna chyba nie muszę nikomu zachwalać:))