"A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie!"
Leopold Staff (1878-1957)
Hosting sponsoruje alpha.pl:
26 marca 2007 r., autor: autostopowicz
Od kilku lat marzyłem, żeby zobaczyć Lwów. Był dla mnie na końcu świata, zupełnie niedostępny. Nie wiem dlaczego, chyba poprostu się bałem. W tym roku się przełamałem, bo postanowiłem spełniać moje podróżnicze marzenia.
Wystarczyły dwie godziny surfowania i miałem wszystko obcykane: gdzie i jak dojechać, żeby załatwić nocleg oraz wszystkie inne wskazówki. W pewnym momencie czułem się jakbym już tam był... ale się opamiętałem (ech ta wirtualna rzeczywistość...).
Zamierzałem do wieczora dojechać do Przemyśla, przenocować w schronisku i pojechać nazajutrz, już nie na stopa. I wszystko poszło zgodnie z planem. Rano lekko przerażony wsiadłem do busa pełnego "mrówek", które całą drogę snuły przypuszczenia czy dzień będzie udany czy nie (czyli ile uda się przewieźć). Hm... Byłem jedynym turystą w tym pojeździe. Po drodze wpadłem w panikę na widok jadącej z naprzeciwka ciężarówki z ukraińskim napisem "pustyj", ale przecież nie po to tyle jechałem żeby zawrócić...
O granicy można pisać i pisać. Jest kwintesencją najgorszych cech polskich i ukraińskich. Wymaga przepychania się łokciami, co zdecydowanie nie leży w mojej naturze. Nie za bardzo wiedziałem co należy zrobić, żeby przekroczyć i kilka razy byłem zawracany przez celnika na koniec kolejki (czyt. tłumu napierającego ze wszystkich stron), najpierw za brak karty imigracyjnej, potem za nieprawidłowe wypełnienie. Głowiłem się nad tą kartą i wtedy podeszła do mnie dziewczyna i zapytała się czy może pożyczyć długopis. Mogłem jej odburknąć... teraz bym za nią nie tęsknił... Żartuję, niczego z nią związanego nie żałuję. Okazało się, że Diana jest Ukrainką (perfekcyjnie mówi po polsku, bo mieszkała w Polsce 4 lata) i mieszka we Lwowie. Była ze swoją koleżanką z Polski - Agnieszką.
- Jak zamierzacie dotrzeć do Lwowa? - zapytałem.
- Na stopa - odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
- Ja przyjechałem na stopa z Warszawy - pochwaliłem się z nadzieją, że zaproponuje wspólną jazdę, bo przykuły moją uwagę na dworcu w Przemyślu i pomyślałem wtedy, że mogą być fajne (nie pomyliłem się).
- To pojedziemy razem...!
Po jeszcze jednym zawróceniu przez celnika i zaskoczeniu obowiązkiem opłaty za ubezpieczenie byłem już po ukraińskiej stronie. Miałem czarne wizje dotyczące naszego przejazdu w trójkę po tym budzącym we mnie jeszcze wtedy grozę kraju. Udało się dojechać do Mościsk (1/8 drogi). W Mościskach staliśmy ze dwie godziny jak nie trzy, ale nie ma co narzekać bo było bardzo ciekawie. Po drodze jechały przedziwne pojazdy na autobusie zrobionym z kilku modeli innych autobusów począwszy, a na skrzynce na kółkach skończywszy. Poza tym trwała integracja naszej trójki. Diana udzielała mi interesujących informacji praktycznych o kraju np.:
- Piotrek, nie machaj na samochody z napisem 01 bo to straż pożarna, 02 to milicja, 03 pogotowie ratunkowe a 05... zbierają dziwki z ulicy.
I zaczęła snuć opowieści o dziwkach.
Po długim czasie nieefektywnego łapania podjęliśmy decyzję o rozstaniu. Umówiliśmy się i wymieniliśmy telefonami, ale byłem pewien, że już się nie spotkamy. Kilkugodzinne znajomości już mnie nie smucą, ale jadąc marszrutką czułem się nieswojo...
Marszrutka jechała niesamowicie wolno, niesamowicie często się zatrzymywała i na każdym zakręcie wydawała niesamowite dźwięki rozlatywania się. Klimatu dopełniały rosyjskie ballady oraz babuszki. I ta szara zaokienność. Ale Lwów zachwycił mnie od samego początku: bruk, stuletnie kamienice - zupełnie jakby czas się zatrzymał.
Dostałem SMSa, że dziewczyny złapały od razu po rozstaniu, że już dawno są w domu Diany i że mam czekać na dworcu. Mój zachwyt Lwowem spotęgował dworzec... Nie spodziewałem się takiego pałacu... Ku mojemu zaskoczeniu i radości przyszły po mnie. Pojechaliśmy załatwiać dla mnie nocleg, skierowano nas do grubej pani Stefy z okropnym psem. Zapytała się Diany, czemu nie zamieszkam u niej. Odpowiedziałem, że tak wyszło, żeby jej oszczędzić zakłopotania i tłumaczeń. Jednak pani Stefa nie dała spokoju i dopytywała się dalej. W końcu ku mojemu osłupieniu Diana powiedziała:
- Właściwie to może spać u mnie...
Musiałem zrobić bardzo żałosną minę, bo usłyszałem, że mam nigdy tak na nią nie patrzeć.
- Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej?
- Nie pytałeś.
Jeszcze miałem wątpliwości, czy narażać ją na takie problemy, ale to nie trwało zbyt długo...
Byłem w szoku. Poprosiła mnie żebym poczekał na nie przy Neptunie, bo jeszcze muszą coś załatwić. I znowu byłem pewien że już nie przyjdą i znowu się pomyliłem...
To dla mnie nie wiarygodne, że 17-letnia dziewczyna przygarnęła mnie pod swój dach po kilku godzinach znajomości... Troszczyła się o mnie, martwiła się, czy się nie zgubię we Lwowie (nawet plan miasta chciała mi narysować). Codziennie robiła mi śniadanie i herbatę - zieloną z miodem. Nie piję teraz żadnej innej w domu, aczkolwiek mimo eksperymentów z rodzajami herbat, rodzajami miodów i proporcjami nie udało mi się uzyskać podobnego rezultatu, jej herbatka jest najlepsza, chyba dodaje do niej serca... Zaopiekowała się mną zupełnie bezinteresownie - teraz jest moim przyjacielem.
Diana
Diana i jej sławetna herbatka.
Zachwyt Lwowem sięgnął zenitu po pierwszym dniu zwiedzania. To była wielka przygoda, bo zwiedzałem sam, wielu rzeczy nie rozumiałem, poza tym nie byłem przyzwyczajony do tego chaosu jaki tam panuje. Najbardziej lubię tramwaje: twarze pasażerów, konduktorki uwijające się między nimi, tramwajowe dźwięki otwieranych i zamykanych drzwi, przyspieszania i hamowania oraz dzwonków o tonie młota pneumatycznego. I oczywiście widoki za oknami...
Przygody językowe. Najśmieszniejsze dla mnie są przekłady z angielskiego na rosyjski lub ukraiński. Przykładem może być rosyjskie słowo sjurpriz - niespodzianka, albo Mierylin Mienson... W tramwaju widziałem reklamę leku na "spazmy" (przewlekły ból głowy). "Szto-to tam, szto-to tam" - coś tam, coś tam...
Chwile spędzone razem z dziewczynami wspominam z rozrzewnieniem: pizza w całkiem przyjemnej knajpce (Diana wyżerała nam z talerzy), wieczorne spacery, wino "Szabo" na Wysokim Zamku. Agnieszka powiedziała wtedy:
- Ty jesteś pijana, on jest z Warszawy to ja mogę być bezczelna...
Agnieszka nie za bardzo mnie polubiła, i czasem słała mi docinki, ale ten był najambitniejszy, jeszcze nie słyszałem żeby ktoś postawił warszawiaków na równi z pijanymi... z bezczelnymi owszem. Nie rozumiem jej niechęci do mnie, ja ją polubiłem.
Niestety pobyt we Lwowie dobiegł końca. Przekraczając granicę powiedziałem:
- Mam wrażenie, że nigdy już nie wrócę na Ukrainę...
Diana na to:
- Mam wrażenie, że już nigdy się nie zobaczymy.
Nie mieliśmy racji.
Rozstaliśmy się i było mi strasznie smutno. Dojechałem tylko do Leżajska i dalej postanowiłem pojechać PKSem, bo zapadł zmrok, a nie miałem nastroju na nocleg pod chmurką. Siedziałem w poczekalni i ściskałem korek od "Szabo"... Po kilkunastu minutach oczekiwania stwierdziłem, że oblazły mnie karaluchy. W liczbie kilkunastu. Wziąłem sandała i zacząłem je wszystkie mordować. Znalazłem dziurę z której wychodziły. Psiknąłem tam OFFem i przestały. Siedziałem dalej. Przyszedł pan policjant. Spojrzał na mnie. Potem na martwe karaluchy wokół mnie. Potem znów na mnie. I znów na karaluchy. I mnie spisał... (sprawdzał tylko czy nie jestem poszukiwany).
To była ostatnia przygoda w tamtej wyprawie. Jak wróciłem do domu, każdego dnia marzyłem, żeby tam wrócić... I wróciłem (wielokrotnie)!
Moja babcia mieszkała przed wojną na terenie Ukrainy, w ówczesnym ZSRR, spory kawałek za Lwowem w Płoskirowie (obecnie to miasto nazywa się Chmielnickij). Po wojnie jej ojciec, czyli mój pradziadek wysłał ją do Lwowa po to, żeby zapisała się do szkoły. Babcia została tam na kilka dni (tyle trwały formalności), była zachwycona miastem. Kiedy wracała pociągiem do domu, coś ją podkusiło, żeby wyjrzeć przez okno. Spojrzała w kierunku jazdy i wpadł jej w oko węgielek. Poczuła straszny ból, zaczęła płakać. Pomogła jej pani, która jechała obok niej. Babcia powiedziała jej "dziękuję" - to było jedyne słowo które umiała po polsku (mimo że rodzina była polska, posługiwanie się tym językiem na tamtym terenie było niebezpieczne). Pani też była Polką i okazało się, że potrafi załatwić pociąg repatriacyjny do Polski. Pradziadek chciał wrócić do ojczyzny, ale wszystko było jedynie w sferze marzeń. Kiedy się o tym dowiedział, wpadł w szał radości.
Gdyby babcia nie spojrzała przez okno, nie przyjechałaby do Polski. Dzisiaj by mnie tu nie było. Też pojechałem pociągiem i wyjrzałem przez okno na pamiątkę tego wydarzenia.