Cytat dnia

„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)

Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

W stronę Skandynawii.

7 września 2009 r., autor: szczeki

Obszerny opis jednego dnia.
Opowieść 'z drogi'.
Myślę, że dla większości temat jest znany. Mam nadzieję, że Ci, którzy dopiero chcą rozpocząć przygodę z autostopem wzbogacą swą wiedzę na temat naszego sposobu podróżowania po tej lekturze.

"Ej, wiesz co..." - odwróciłem głowę w stronę autostopowicza poznanego ledwie kilka minut wcześniej, gdy ten próbował nawiązać ze mną kontakt w świeżo złapanym samochodzie. Brew uniosła mi się w górę dając znak, iż jestem gotowy na rozpoczęcie rozmowy, której wcale zaczynać nie chciałem. Ten zaczepkę ciągnął dalej: "...pierwszy raz jadę dwieście dwadzieście na godzinę!". Druga brew skoczyła ponad pierwszą, czoło zmarszczyło się na zwałki a usta same rozchyliły się nie wydając z siebie żadnej odpowiedzi. Kilka sekund na przetworzenie informacji... i znów zaczepka - tym razem mojej błyskotliwej myśli "skoro Ty jedziesz dwieście dwadzieścia na godzinę... to chyba ja też? No nie?!". I tak oto uśmiech wymodelował się na mojej twarzy a prześwietlone słońcem oczy spowrotem skierowały się w okno. Tym razem nieco uważniej, bowiem moje dotychczasowe wyczucie prędkości zostało zakłócone ciszą i nazbyt wygodnym skórzanym fotelem przemawiającym do mnie "tak, tutaj możesz odetchnąć, odpocznij".

To właśnie esencja pierwszego dnia samotnej podróży w wakacje 2009.

Po wielu przemyśleniach, odkładaniu w kartach kalendarza wyjazdu w końcu wolny czas i odłożone fundusze połączyły się tworząc odpowiedni moment. Gdy nadszedł, przywlókł ze sobą myśli "Czy na pewno tego chcę? Czy na prawdę mam jechać sam? Czy sobie poradzę?". Cóż, nigdy wcześniej nie jechałem sam "gdzieś dalej, na niewiadomo ile". No powiedzmy, że nie niewiadomo ile. Termin 12-ego września roku pańskiego 2009 był definitywnym końcem mej wycieczki, bowiem to właśnie termin częstochowskiego Festiwalu Sztuki Ulicy "Ruszamy Miastem" był jedynym ograniczeniem jakie odczuwałem. Nie mogłem go przegabić, to wydarzenie jest stałym elementem mojego rocznego rozkładu jazdy i sumienie by mnie zjadło, gdybym je opuścił.

Był drugi tydzień sierpnia, toteż miałem około miesiąca na swoje podboje. Sama podróż odkładała się ponad 10 dni, co strasznie mnie irytowało. Na półce rozmówki greckie, duńskie, esperanckie, vademecum piwne Tyskiego i kilka innych książek rozbudzało moja wyobraźnię.

Czwartek o poranku. Ropniak wkrada się pod powieki. "Znów zgubiłem rękę! Nie!" Po raz kolejny biceps zastąpił poduszkę i krążenie błaga o powrót na swoje miejsce. Cóż mam zrobić? Siedzę i czekam, aż mój organizm dojdze do siebie. Minuta. Dwie. Może trzy... kto by to liczył. Chyba jestem już w stanie podejść do zasłonki i przeciągnąć ją na bok, toteż nie czekam i udaję się w jej stronę... Ał! Lewy policzek przybija piąteczkę brwi. Tak, to moja skrzywiona poranna mina przerysowuje pogodę na twarzy a błysk na zębie odbity w szybie przemawia do mnie "cóż, nie wali błyskawicami to chyba nie jest najgorzej". Pogoda dzisiejszego dnia nie jest moją zwolenniczką, jednak nie mogę pozwolić sobie na kolejny dzień zwłoki. Zbieram się i myślę... "Szczęki, skoro masz bliżej na Gierkówkę niż do tramwaju, to chyba coś znaczy, no nie? Dobra niechaj tak będzie, sprawdzę czy zostały we mnie jeszcze jakieś ostatki odwagi".

Pakuję się i wychodzę z domu.

Powoli precyzuję swoje plany w głowie przebijając się jedną z ostatnich wydeptanych ścieżek pośród krzaków i brzóz Lasu Aniołowskiego. Z ogromnym wstrętem "przecinam" żwirową nawierzchnię położoną w środku ostatniego bastionu zieleni w Częstochowie. Szybko wracam na leśną ścieżkę... rzeźki deszcz wygina liście drzew, te odwracając się do mnie swą najzieleńszą stroną szeleszczą jakby chciały życzyć powodzenia. Wychodzę aleją zaciemnioną przez gęsto posiane drzewa i krzewy.

Ogarnia mnie radość i smutek jednocześnie. Opuszczam swoje podwórko udając się po prostu do przodu... w poszukiwaniu sztuki i radości. Gdy wyłaniam się z lasu; zieleń wciąż jest moim sprzymierzeńcem. Wkraczając na asfalt wyobrażam sobie zieloną tabliczkę z białym napisem. To nasza poczciwa E75 zaprasza mnie na swoją wschodnią stronę wskazując linią pobocza kierunek północny.

Tułmany sztucznej mgły razem z ogromnymi masami powietrza pchanymi przez ciężarówki przenoszą mnie chwilowo w świat Foresta Gumpa gdzie naszego bohatera spotkał "Deszcz zacinający z boku i taki co padał jakby z dołu w górę". Cóż, może to nie Wietnam, ale plaży i kobiet w bikini też nie widzę.

Dosłownie kilka serii samochodów puszczonych przez zielone światło jakiś kilometr wcześniej i wyciągnięty w górę kciuk zbiera pierwsze plony! Bus transportowy... (czyli to co lubię najbardziej) wprowadza lekkie zamieszanie w ruchu stanowczo zajmując przestrzeń pobocza.
Szybki bieg z całym dobytkiem na plecach w kierunku klamki i krótke pytanie
"Do przodu jedynką?"."Tylko do Piotrkowa" odrzekł kierowca."No to idealnie" odparłem wskakując zgrabnie do środka.
Rozmowę rozpoczynam podręcznikowo "dziękuję ogromnie". "Nie masz jeszcze za co dziękować" słyszę w odpowiedzi.
Ton głosu jednak nie wzbudza we mnie szczególnych uczuć... typowo formalna odpowiedź, jakbym słyszał służbistę, który musi dodać wyklepany na pamięc wers, aby czasem ktoś nie złapał go "za słowo". Ciągnę dalej elementarz autostopowicza, rozdział pierwszy "Jak wzbudzić zaufanie u kierowcy", opowiadam skąd się tu wziąłem i co ja w ogóle robię. Standardowo "pływamy" pomiędzy pogadanką o pogodzie, opowieścią o moich planach wyjazdowych a rosterkami Pana Kierowcy.
"To, gdzie Pan się kieruje?" pytam kontrolnie.
"Jadę do Piotrkowa" - uspokajam się myślą, że właśnie dostałem przepustkę na przebycie strefy deszczowej w suchym i względnie przyjaznym miejscu.
Kierowca kontynuuję
"Jadę do Piotrkowa po żyrandol, bo przyjechał towar od hurtownika do sklepu, ale akurat moje zamówienie było na jednej z dwóch palet, które się nie zmieściły do Tira"
~ "Do Piotrkowa po żyrandol, to na prawdę musi być coś ważnego, skoro nadrabia Pan tyle drogi"
"Słuchaj... jeżdżę z nasionami kwiatów po całej Polsce... dzisiaj akurat złożyło się tak, że byłem niedaleko. Dwieście kilometrów na bok po żyrandol przy mojej dzisiejszej trasie to pestka".
Te oto słowa ratują moją wiarę w poczucie humoru mojego pierwszego zbawiciela dzisiejszego dnia.

Kolejne białe pasy chowają się pod maską samochodu. Kilometr za kilometrem. Śledzę uważnie taliczki z odległościami. Widząc zmniejszającą się liczbę pod napisem "Łódź" kąciki ust wędrują wzwyż mimo niepogody. Wiem, że jestem na dobrej drodze.
"No to chłopcze, ja skręcam do miasta w prawo, wysadzę Cię tuż przed zjazdem"
~"Dokładnie tak, tak będzie najlepiej"
Chwila ciszy ogarnia kabinę a ja zakładam kurtkę nie zciągając wzroku z miejsca mojej wysiadki.
Dojeżdżamy do celu i żegnamy się w pośpiechu.
"Powodzenia!" krzyczy kierowca.
~"Dziękuję, na pewno się przyda" - mówię zamykając drzwi mojego pierwszego stopa.
Przed mymi oczyma ukazuje się wiadukt będąc dla mnie swoistym parasolem. Tak, to właśnie to miejsce gdzie zaraz zacznę wietrzyć swego kciuka.
Załatwiam się kulturalnie poza asfaltową nawierzchnię i wracam "do pracy".

Nie mija 10 minut jak moim oczom ukazuje się maszyna "prosząca o pomstę do nieba". Wsiadam... a co? Daleko bądź nie, ale kawałek do przodu dojadę na pewno!
Mija krótka chwila. Kierowca przejmuje rozmowę całkowicie. Lubię monologi nie z mojej strony - mogę wtedy odpocząć, w końcu ile razy dziennie można klepać tę samą historię? Tak właśnie bywa, prawie każdy chce wiedzieć "skąd - dokąd", Nie musi prosić dosłownie o informacje. To się wyczuwa. Miło jest przecież wrócić do domu i pochwalić się żonie, że autostpowicz był gościem w naszym drugim domu - samochodzie. Właśnie w ten sposób każdy kierowca staje się bohaterem opowieści. Podróży, która odżywa każdorazowo gdy czwarte piwko z rzędu masuje przełyk autostopowicza po powrocie do domu.
W tym wypadku temat alkoholu jest trochę nie na miejscu. Albo wręcz przeciwnie - bardzo na miejscu! Siedzę i słyszę... jak to mój nowy kolega wychodził kilka razy z nałogu i jakoś mu życie teraz płynie. Słucham go i słucham. Mam dość, wydaje mi się, że naciąga trochę tę historię. Aż tu nagle słyszę "patrz w prawo, widzisz ten znak, właśnie tam się leczyłem"... Patrzę i czytam "Prywatna klinika psychiatryczna" - myślę "Oj, ja raczej się tam nie wybieram". Mija minuta za minutą. Stacja benzynowa, to jest właśnie mój raj.

Łódź... ajjj. Wiem, że jestem już bliski zmiany kierunku jazdy. Niestety, do centrum się nie wybieram. Zakupy w Manufakturze również nie widnieją na dzisiejszej liście do odchaczenia.

Stoję i myślę "No... Szczęki - lecimy wioskami dookoła. Tak wiem, nie jest to może najlepszy pomysł, ale chyba lepszego nie masz" - pytam sam siebie. W momencie odpowiadam "No chyba nie". Tak oto właśnie kieruję się pod daszek przystanku PKSu nie wiedząc, czy jeszcze dziś wydostanę się na drugą stronę metropolii.

"I znów, kolejny raz, bez słów..." - śpiewam sobie w głowie kilka wersów piosenki Habakuka, która pasuje jak ulał do aktualnej sytuacji. Stoję i stosuję swoje sztuczki,a raczej nieudolne ruchy palcami... swoisty teatr gestów. Namierzam wzrokiem samochód. Ten podjeżdża na tyle blisko, że wymieniam się wzrokiem z kierowcą i nagle cyk! Palec wskazujący imitując pistolet jak w dziecięcych zabawch trafia wyobrażonym pociskiem w rejestrację pojazdu. Pierwszy strzał, drugi, trzeci. Kciuk chowa się co chwilę niczym ten dziwny ruchomy element w rewolwerach, który odpala pocisk. Nikogo na razie nie udaje mi się ustrzelić. Wciąż czekam. Moja zabawa zaczyna mi się kojarzyć ze światłami na przejeździe kolejowym (te czerwone kółeczka świecące się naprzemiennie i drażniące coraz bardziej gdy stoi się już 10 minutę przed szlabanem). Zaczyna się robić nudno. Zmieniam styl na "kogucika", tak właśnie takiego kogucika co to mają go radiowozy i inne dziwne pojazdy upośledzone i uprzywilejowane. Kciuk zgrabnie porusza się, sunąc paznokciem po okręgu. Ruch za ruchem, koło za kołem i przed oczami pojawia mi się stożek... aj! Lekcja geometrii. Tego chyba mi dziś nie potrzeba. Wracam spokojnie do klasycznego sposobu - podręcznikowego ułożenia dłoni od czasu do czasu chowając swą czuprynkę pod wiatę przystanku.

Jest! Zwalnia! Wchodzę do Ciebie mój kochany blaszany rumaku!
Kierowca zaczyna:
"Zatrzymałem się bo wiem, że ludzie tego nie robią, ostatnio sam próbowałem złapać stopa dwie godziny i wiem, że ludzie nie są dla siebie życzliwi. Wziąłem Cię, bo wiem że by Ci się nikt nie zatrzymał".

Hmmm... no tak, masz rację, nie da się jeździć stopem, jest to nierealne - gotują mi się ironiczne myśli w głowie. Ciepło samochodu uspokaja mnie jednak a mój komentarz do wypowiedzi Pana Kierowcy ograniczam do stonowanego uśmiechu i "potwierdzającej miny" - w końcu mój szofer, mój pan!... źle to brzmi, bardzo źle, ale rozumiesz czytelniku o co mi chodzi? No i w ten oto sposób postanowiam nie mówić za wiele o mojej podróży.
Jedziemy tak już kilka minut. Kolega za kierownicą odbiera telefon... nie wsłuchuję się w rozmowę, jednak jedno zdanie przykuwa moją uwagę: "Żadnej krwi nie mieli, pytałem się czy coś mają więcej to odparli, że krwi dzisiaj nie mają! A ty mi teraz mówisz, że mam się wracać po krew?".
Aj! Mam taką zasadę; nie interesuje mnie co jedzie w bagażniku czy pod plandeką, nie pytam się o to bo mogę zostać uznany jako potencjalny złodziej, albo ktoś z tej samej półki. No dobra... zasady zasadami. A może jadą z nami zwłoki? Ha, i to takie z wyssaną krwią! Albo jakieś egzotyczne zwierze, którego krew podają w orientalnej restauracji zamiast wina? Moja ciekawość nie daje mi spokoju i mówię "Hmmm... przepraszam, że pytam, ale temat krwi strasznie mnie zainteresował, co Ty w ogóle wozisz?"
"Jeżdżę pomiędzy labolatoriami i przychodniami, rozwożę próbki oraz krew".
Szlak by to trafił, niestety nie jest to odpowiedź jakiej oczekiwałem. No cóż, zawsze to "coś", szału nie ma. Muszę nasycić się tą szczątkową ilością emocji. W głośnikach "rap z trudnych dzielnic" ubarwia naszą wspólną podróż.

Wbrew moim obawom omijam Łódź sprawnie.
Stoję przy drodze z seledynowym pokrowcem na plecaku i uśmiecham się do kierowców. Naglę słyszę pisk opon! Odwracam się a tam maluszek mało co nie roztapia się od rozgrzanych klocków hamulcowych. Podbiegam, otwieram drzwi i słyszę "Jadąc zobaczyłem twój plecak i musiałem się zatrzymać!". Takie żywiołowe wypowiedzi zawsze poprawiają mi chumor. Ładuję się do środa, próbuję zapiąć pas, jednak nie jestem w stanie się ruszyć, tak tu ciasno. Odwiedza mnie myśl "człowieku, jak ulegniecie wypadkowi to i tak się nie ruszysz z miejsca, twój plecak wkomponował Cię idealnie w to blaszane pudełeczko i obyś miał tyle szczęścia, abyś bez pomocy osób trzecich był w stanie wyjść z tego samochodu gdy przyjdzie czas pożegnania z szoferem". Spokój ogarnia mnie szybko. Atmosfera pełna przyjaźni i opowieść kierowcy o tym, że odwodzi samochód koledze; bo ten zapił u niego wczorajszego wieczoru przenosi mnie w krainę szczęścia i miłości, nic więcej nie muszę słyszeć. Wiem wszystko co chciałby mi opowiedzieć już po jednym jego zdaniu. Właściciel tego pojazdu pewnie nigdy się nie dowie ile radości sprawia nam w tym momencie.

Zmieniam sprawnie samochód na kolejny. Tym razem kierowca nadrabia trochę drogi aby podwieźć mnie w lepsze miejsce. Nie śpieszy mu się wcale, mimo tego iż jedzie do pracy... w końcu jak mówi "pracuje niedaleko".

Wychodzę i stoję... pół minuty... minutę? O, jest. Czarna karoseria, elegant w środku. Uśmiech znów odwiedza moją twarz. Wiem, że najbliższy odcinek spędzę w luksusie. Rozmowa upływa w miarę spokojnie, po drodze zatrzymujemy się na targu. Kierowca robi drobne zakupy i jedziemy dalej. Wysadza mnie w okolicach Zgierza przy wjeździe na autostradę, mówiąc iż jest to najlepsze miejsce do złapania kolejnej okazji. Wysiadam pełen motywacji, zadowolony z krótkiego czasu mojej podróży. Jeszcze nie wiem... w jakiej dziurze wylądowałem.

Tutaj słońce jest sprzymierzeńcem. Czuję się niczym na patelni. Popijama wodę z sokiem z mojej plastikowej rurki ciągnącej się z plecaka zagryzając na obiad garść orzeszków ziemnych. Co najważniejsze... idealnie posolonych! Wiem, że jest za wcześnie aby świętować i rozczulać się nad większym posiłkiem. Biorę kilka głębszych oddechów. Cisza wokoło cieszy mnie ogromnie. Mimo, iż odpoczywam kilka metrów od zjazdu na A Dwójkę, wokół mnie rozciągają się lasy.
Myślę sobie spoglądając w kierunku północnym "tak, ten wiadukt to idealnie miejsce na wykonanie pamiątkowej fotografii". Zarzucam worek na plecy i idę stworzyć pocztówkowe zdjęcie. Dochodzę i cóż? Widok mnie zawodzi. No tak... czego mogłem się spodziewać? Autostrada to przecież nic innego jak kawałek asfaltu wyłożony w środku lasu lub innego ciekawego przyrodniczo terenu. Mimo wszystko wyciągam aparat i spełniam moją powinność.
Wracam do zjazdu. Wyciągam świeżo pogniecioną kartkę A4 z mojego niezbędnika. Marker wzbudza we mnie uczucie szczęścia niczym na lekcjach plastyki w podstawówce. Tak, właśnie teraz moje zdolności plastyczne muszę wykorzystać w pełni, bowiem ich ocena podlega kierowcom, którzy albo się zatrzymają... albo nie! Na kartce powoli ukazuje się napis "Poznań". Napisany wyraźnie na skos. Samochody jadą wolno, toteż nie przejmuje się niewielkimi rozmiarami mojej przepustki na zachód Polski. Z całym ciężarem na grzbiecie udaję się na asfalt, niestety nie ma lepszego miejsca. Muszę stanąć dosłownie na drodze. Wcale nie jestem z tego zadowolony, ale ruch jest na tyle niewielki, że czuje się w miarę bezpiecznie. Mija tak kwadrans... dwa... trzy. Godzina? Nie wiem. KURWA MAĆ! Nikt się nie zatrzymuje. Człowiek, który mnie tu zostawił chyba został przerośnięty przez swoją nadopiekuńczość. Po raz kolejny żałuję otrzymanej pomocy. Przypominam sobie dawne sytuacje, gdy posłuchałem kierowcy i zboczyłem ze swojej głównej trasy. Teraz wszystko jest przeciwko mnie. Upał. Mały ruch samochodów. Powietrze również traci swoją świeżość. W desperacji zmieniam miejsce. udaję się na autostradę! Wracam na wiadukt przechodząc go. Hm, na mojej drodze stoi jedynie dwu metrowe ogrodzenie - myślę "Pestka!". Przerzucam swój plecak i przeskakuję zaraz za nim. Morale nieco wzrastają. Widzę miejsce w którym jest luka między barierkami. Obieram kurs dokładnie na tę szczelinę i idę poddenerwowany brzegiem rowu melioracyjnego. Za mną jakieś 40 metrów od wejścia. Nagle słyszę głośny klakson! Odwracam się na bok lekko zaskoczony. Tam z drugiej strony autostrady wydziera się na mnie jakiś starszy człowiek z jaskrawo żółtej furgonetki. Jego samochód świeci się niczym choinka, to obsługa autostrady. Zupełnie nie rozumiem co do mnie krzyczy, jednak w zupełności wiem co chce mi przekazać. Aby nie stać cicho również podnoszę głos i z pretensjami krzyczę "Co? Nic przecież nie robię! Ide przecież po trawie! O co Ci chodzi?". Jego złość nabiera rozmachu. Szybko kalkuluję sytuację i odpowiadam "dobra, dobra już stąd wychodzę!". Mimo, iż ogarnia mnie złość cieszę się, że spotkała mnie tylko obsługa a nie szanowni Panowie Policjanci. Mój portfel nie zostanie odchudzony dzisiejszego dnia pięknym kwitkiem z dwoma zerami na końcu. Wracam w okolice zjazdu i śpiewam piosenkę wymyślaną na bieżąco. Tylko refren się utrzymuje... gdyby słuchali mnie teraz rodzice zapewne wyrzucili by mnie z domu. Klnę jak szewc! Ale za to rytmicznie i w ramach sztuki, niskolotnej ale jednak sztuki - śpiewu. Sam już nie wiem co mam robić. Sterczę tu tyle czasu. Na autostradę w tym rejonie już nie wejdę. Ruch jest tu żałośnie mały... no dobra, ale co ja mam począć? Wracam do zjazdu. Stoję kolejne minuty w skwarze z napisem "Poznań", w końcu zatrzymuje się osobówka. Myślę "tak, w końcu moje zbawienie!". Podbiegam i pytam "do Poznania?". "Nie, w drugą stronę". Dziękuję spokojnie a wewnątrz trafia mnie szlak "czy ten człowiek nie umie czytać? Chyba wyraźnie jest napisane gdzie chcę jechać". Mija chwila. Teraz żałuję, że nie wsiadłem do środka. Lepsze kilka kilemtrów w przeciwną stronę na A2 niż kolejna godzina na tym końcu świata!

Nie mogę tego wytrzymać. Pieszo udaję się w stronę powrotną - do Zgierza. Zatrzymuję się. Cofam kilka metrów. Nie! Nie mogę się cofnąć! Znów kieruję się do miasta. Staję. Rozglądam się. Zaczynam powoli wariować. Wciąż widzę ten nieszczęśliwy zjazd!
Poddaję się. Nie mam sił. Staję w miejscu. Ślinka cieknie mi na widok straganu Arbuzów stojacego raptem 20 metrów ode mnie po przeciwnej stronie drogi. Jestem w pełni niezadowolony. Jeszcze nie przebyłem odpowiedniej odległości, aby zjeść coś konkretniejszego, znów ratują mnie orzeszki. Walczę z własną wolą i kubkami smakowymi, nie mogę sobie pozwolić na wydatki tak blisko domu. Myśl o tych arbuzach ratuje mnie od histerii. Na moment mogę odejść myślami od mojej aktualnej sytuacji. Jednak cały czas kciuk stara się informować kierowców co ja tu właściwie robię. Poważnie wydaje mi się, że Ci ludzie nie wiedzą kompletnie o co mi chodzi. Mija dłuższa chwila. Jest! Zatrzymuje się. Mama z córeczką. Luksusowy dyliżans dowozi mnie do Jedyneczki. Ogarnia mnie szczęście, morale wzrastają i znów pojawia się motywacja. Udaję się pieszo w kierunku Gdańska.
Jestem już kilka minut przy trasie numer 1! Wciąż idę. Mijam ulicę, którą dziś jechałem do dziury z której niedawno się uwolniłem - nie potrafię nazwać swoich uczuć. Wstręt do tego kawałka asfaltu przeplata się z radością, że już mnie nie ma na końcu tej drogi.

Spaceruję dalej. Zaczynam kojarzyć otoczenie. Myślę... zastanawiam się skąd ja znam to miejsce? A! Właśnie! Tak, to właśnie tutaj byłem kilka lat temu, gdy jechałem nad morze. Charakterystycznie zdobione domy cyganów utkwiły mi mocno w pamięci. Nigdzie wcześniej nie spotkałęm się z takim typem architektury, nawet nie potrafię tego opisać, po prostu patrzę i karmię swoje oczy widokiem niepowtarzalnych ornamentów. Złocenia, kopulaste dachy i wieżyczki, obszerne balkony. Wszystko na pokaz. Wystarczy jedno spojrzenie na taki dom i widać gdzie przepych znalazł swoje miejsce w świecie. Tym razem jednak nie widzę ogromnej liczby tabliczek "na sprzedaż", co miało miejsce podczas mojej ostatniej wizyty w Zgierzu. Najwidoczniej te piękne budowle znalazły nowych właścicieli.

Po lewej stronie wciąż ciągnie się jedna linia tramwajowa. Nagle ukazuje się moim oczom kiosk, w którym postanawiam wyposażyć się w bilet i tak jak dawniej wydostać się stąd komunikacją miejską. Wchodzę do środka, pytam "ile będzie mnie kosztował bilet na obrzeża miasta?". Pani odpowiada "A, to Pan okazją jedzie?". "Tak, jadę autostopem". "Wie Pan, bo tu już kiedyś była u mnie taka miła para, też jechałą okazją. Najlepiej jak pójdzie pan przystanek dalej i dopiero tam wsiądzie do tramwaju. Tutaj się kończy jedna strefa a tam zaczyna kolejna. Zaoszczędzi Pan na bilecie". Otrzymuję kilka wskazówek i szczery uśmiech, który dodaje mi siły. Udaję się na kolejny przystanek. Idę uważnie bowiem ledwo mieszcze się pomiędzy torami a krzakami obrastającymi okolicę, co chwila odwracam głowę, aby upewnić się, czy przypadkiem nie jedzie za mną wagon chcący mnie pozdrowić swoim zderzakiem. Po chwili spotykam się z tym kolosem, wchodzę do niego i układam się na pierwszym siedzeniu z brzegu nie ściągając z grzbietu mojego dobytku.

Starsza Pani z naprzeciwka spogląda na Godło Polski umieszczone na moim ramieniu i pyta "To co to za organizacja?". "To jest nasz Polski Orzeł" - odpowiadam. Moja nowa towarzyszka podróży zaczyna opowieść, jak to dawniej jeździła okazją. Dojeżdżała głównie do pracy i domu, także nie wsłuchuję się niestety w opowieści o wielkich wojażach. Bardzo się cieszy na mój widok. Opowiada, że żyje aktualnie na emigracji. Spoglądam na nią i łezka kręci mi się w oku bowiem zaczynam myśleć o wielu osobach, które znam i za chlebem wyemigrowały z kraju. Okazuje się, że Pani "Uśmiechnięta" wysiada dokładnie tam gdzie ja. Mija jeszcze chwila, ciągniemy wspólnie rozmowę. Upuszczamy tramwaj, dostaję błogosławieństwo i rozstajemy się.

Spoglądając na rondo moje oczy biegną w kierunku zachodnim... tak! Jestem dokłanie na wjeździe na A Dwójeczkę. Morale idą w górę. Zauważam autostopowicza, który już wyczekuje na swój transport. Podchodzę do niego.
"Witam kolegę"
'Cześć'
"No i jak wygląda sytuacja"
'stoję tu już kilkanaście minut, na razie nic się nie zatrzymało'

Dyskutujemy dalej. Dowiaduję się, że jest żołnierzem zawodowym i wraca z jednostki do domu, jednak nie spasował mu pociąg i próbuje dostać się okazją do swojej ciepłej pierzynki. W czasie naszej krótkiej rozmowy oby dwoje wyczuwamy konflikt osobowości. Żegnamy się i życzymy wzajemnie powodzenia. Staję kilkadziesiąt metrów za nim, tak aby miał pierwszeństwo do złapania samochodu. On z przepustką wojskową w ręku, ja z napisem "Poznań" wzbogacamy lokalny widok swoimi posturami. Po kilku minutach zatrzymuje się przy nim stary samochód z robotnikami. Krótka rozmowa niestety nie skutkuje zabraniem stopowicza. Wóz odjeżdża... i zatrzymuje się przy mnie. Zastanawiam się "dlaczego nie wzieli jego i zatrzymują się przy mnie skoro oby dwoje jedziemy w tym samym kierunku, a ja stoję z widocznym napisem przed sobą".

Samochód równa do mnie i obniża się szyba
"Gdzie lecisz chopok?"
'do Poznania'
"My nie do poznania, my zaraz skręcamy w prawo"
'jest po drodze stacja benzynowa'
"Nie ma"

Kierowca wciąż stoi i czeka na rozwój wydarzeń, choć wyraźnie widać, że nie są w stanie mi pomóc. Ciągniemy dalej dialog.

'to może jest jakiś parking'
"Parking, jaki parking"
'no jakikolwiek, byle przy autostradzie'

Pomiędzy pasażerem a szoferem rozpoczyna się chwilowy spór, kto zna lepiej okolicę. Ja osobiście rozbawiony ze stylu ich rozmowy zauważam, iż mam do czynienia z typowymi "ćwiorami (ćwierć-mózgami)" czy jakto powiedzieć delikatniej "mało rozgarniętymi ludźmi".

Okazuje się, że faktycznie zanim zjadą z Autostrady będą mijali jeden parking. Zapraszają mnie do środa. Pytam czy mogę zabrać ze sobą kolegę. Zgadzaj się. Toteż wołam żołnierza i razem wskakujemy na pakę.

"Panowie... tylko odsuncie się od tych drzwi i weźcie stamtąd swoje plecaki"
'a co jest tutaj nie tak?'
"wszystko jest tak, tylko drzwi się nie zamykają i zaraz wypadniecie jak tam będziecie siedzieć"

Ufam na słowo i wspólnie z nowym kompanem zasiadamy z przodu paki. Może i nasze osobowości ze sobą nie współgrają najlepiej, ale właśnie zaczęliśmy wspólna podróż, toteż nawiązujemy niewiążącą rozmowę, gdzie jedziemy i jak nam minął dzień.
Naszym oczom ukazuje się parking. Wysiadamy i dziękujemy za pomoc. Zadaję sobie pytanie "czy wszyscy budowlańcy po pracy muszą się napić?". Odpowiedzi nie szukam. Mój kompan próbuje dostać się do kierowcy ciężarówki, aby zapytać o podwiezienie. Niestety na transport nie mamy co liczyć. Szofer obiecuje nadać kilka komunikatów na CB radio, że dwóch zawodowych żołnierzy po służbie próbuje się dostać do domu. Poza dwoma samochodami, nie ma tu nic więcej, toteż zbieramy swoje tyłki i wychodzimy na pas zjazdu do parkingu. Znów jestem na autostradzie. Rozdzielamy się, aby mieć więkse szanse wyjazdu z tego miejsca.
Mija kilka minut. Przy żołnerzu zatrzymuje się Czarne Audi A6. Kierowca wychodzi i otwiera bagażnik. Patrzę i czekam z niecierpliwością, czy napotkany autostopowicz wpadnie na pomysł i zapyta również o mnie. Chwila ciszy z podwyższonym ciśnieniem. Tak! Widzę rękę zapraszającą mnie do środka. Podbiegam i odczuwam ogromną ulgę. W końcu mam szansę ruszyć swój tyłek kawałek do przodu w odpowiednim kierunku. Słyszę "jak coś to jesteś zawodowym żołnierzem", odpowiadam "Co? Nie mam zamieru kłamać! To nie ma sensu! Nie ma co ściemniać. Jedziemy wspólnie i tyle". Wsiadam do środka.

"Ja jadę do Poznania, a państwo?"
'My jedziemy do Gorzowa, także nie będziemy jechać przez Poznań'

Lekko zdezorientowany zerkam na mapę. Moje myśli w momencie nabierają kolorów, endorfiny legionami opanowywują mój organizm. Toszto moim celem na dzień dzisiejszy był Poznań, a okazuje się, że jadę w transporcie do Gorzowa, czyli dobre kilka kilometrów dalej niż zamierzałem. Bomba! Tak właśnie. Podoba mi się to, ominę duże miasto i dojadę dalej niż oczekiwałem.
Odpowiadam:
"W takim razie jak państwo jadą do Gorzowa, to można zabrać się z państwem do końca?"
'tak, nie ma najmniejszego problemu'

Oczy zmęczone od słońca mają chwile wytchnienia, cały rozgrzany powoli chłodnieję przy klimatyzacji. Po tragicznej historii w okolicach Zgierza myślę... że tak miało być. Wszystko ułożyło się dokładnie tak, jak los tego chciał. Po wielkiej rozpaczy przyszedł czas na ogromną radość. Jednak nie cieszę się naczczo. Na razie jadę... do Gorzowa jeszcze daleko.

"Ej, wiesz co..." - odwróciłem głowę w stronę autostopowicza poznanego ledwie kilka minut wcześniej, gdy ten próbował nawiązać ze mną kontakt w świeżo złapanym samochodzie. Brew uniosła mi się w górę dając znak, iż jestem gotowy na rozpoczęcie rozmowy, której wcale zaczynać nie chciałem. Ten zaczepkę ciągnął dalej: "...pierwszy raz jadę dwieście dwadzieście na godzinę!". Druga brew skoczyła ponad pierwszą, czoło zmarszczyło się na zwałki a usta same rozchyliły się nie wydając z siebie żadnej odpowiedzi. Kilka sekund na przetworzenie informacji... i znów zaczepka - tym razem mojej błyskotliwej myśli "skoro Ty jedziesz dwieście dwadzieścia na godzinę... to chyba ja też? No nie?!". I tak oto uśmiech wymodelował się na mojej twarzy a prześwietlone słońcem oczy spowrotem skierowały się w okno. Tym razem nieco uważniej, bowiem moje dotychczasowe wyczucie prędkości zostało zakłócone ciszą i nazbyt wygodnym skórzanym fotelem przemawiającym do mnie "tak, tutaj możesz odetchnąć, odpocznij".

Dopiero co zjechaliśmy z autostrady. Ja w głowie wciąż mam sytuację, gdy szofer chamował kilkaset metrów przed najbliższym samochodem aj a drapałem się po głowie myśląc "czemu ten człowiek zwalnia tak wcześnie". Zrozumiałem go dopiero wtedy, gdy moje pasy naciągnęły się na ciele a my bylśmy tak blisko pojazdu z przodu że jego kierowca z łatwością mógł odczytać napis z obudowy tablicy rejestracyjnej "Loża Szyderców". Zresztą ten opis idealnie pasuje do właściciela wechikułu, którym właśnie się poruszam. Dzisiaj po raz pierwszy jechałem ponad 200 km na godzinę i nie potrafię sobie wyobrazić jak samochód by zachowywał się przy takiej prędkości, gdyby np. padał deszcz. Te przemyślenia zostawiam na później. Mój kompan podróży właśnie opuszcza pojazd. Życze mu powodzenia i żegnamy się przyjaźnie. Ruszamy dalej w stronę Gorzowa.

W międzyczasie rozmowa się rozkręciła. Wydaje mi się, że energia jaka płynęła od drugiego autostopowicza nieco psuła atmosferę w samochodzie. Teraz ani mi, ani państwu z przodu nie zamykają się usta. Znaleźliśmy wspólny temat. Cyklizm, a dokładnie temat ostrych kół i kurierów rowerowych. Okazuje się, że kolega Pana zza kierownicy był kurierem, a ja składam właśnie ostre... toteż rozmowa ciągnie się przyjemnie i nawet nie zauważyłem jak dojechaliśmy do rogatem miasta.
Słyszę z przodu
"wysadzimy Cię w centrum, będziesz miał blisko do dworca"
Coś mi nie spasowało, toteż się odezwałem.
"dziękuję, wysiądę tutaj, jutro z rana muszę się przedostać dalej a wjechanie do miasta mi nie służy"
'no dobra, jak chcesz'

Opuszczam samochód w pełni zadowolony. Choć powieki mam już ciężkie a żołądek pusty nie czuję ani zmęczenia, ani głodu. Czuję wewnętrzą mobilizację - w głowie siedzi mi jedynie jedna myśl "znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg". Kieruję się w stronę Szczecina. Jakiś kilometr od miejsca opuszczenia ostatniego transportu widzę wiadukt. Padam z nóg. Mam do wyboru... ciemny zagajnik albo krzaki po drugiej stronie drogi z całonocnym ulicznym oświetleniem. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi białym światłem migotającym w ciemnościach pomiędzy drzewami przechodzę ulicę. Nagle słyszę szum nieopodal. Mocno zdezorientowany rozglądam się. Na szczęście to tylko sarny spłoszone moją obecnością. Schodzę z drogi. Rozkładam swoją płachtę biwakową pomiędzy dwoma drzewami i chowam się w moskitierę. Cały czas czuję niepokój, bowiem wydaje mi się, że zauważyli mnie miejscowi z domostw kilkaset metrów dalej. Nigdy nie wiadomo, co może przyjść do głowy znudzonej ludności, która wypatrzy na swoim terenie obcego skradającego się w mroku. Czuwam, snem nie mogę tego nazwać. Szelest! Pobudka. W momencie podskakuje mi ciśnienie. Wysłuchuję co dziej się dookoła. To tylko jakieś małe żyjątka kręcące się tu i ówdzie. Znów zasypiam. Szum, pisk! Znów się budzę! Tym razem szalony kierowca ciężarówki i jego plandekowa orkiestra. Spoglądam w górę na ulicę. Gdyby jakiś kierowca z góry rzucił ogryzkiem z samochodu bezproblemowo trafił by mnie. Leżę dosłownie kilka metrów od barierek i napawam się przeżyciami minionego dnia. Wiem, że jestem sam, daleko od domu i jutro na nowo rozpoczynam swą podróż w nieznane.