Cytat dnia

"A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie!"
Leopold Staff (1878-1957)

Lwów - przewodnik
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Ciekawe książki - także od podróżach! Książki, przewodniki i albumy.

Dookoła Polski

26 marca 2007 r., autor: autostopowicz

Któregoś pięknego letniego poranka postanowiłem wybrać się nad morze. Tak na dwa-trzy dni. Miałem ochotę poopalać się, pooglądać zachody słońca i wrócić. Nie zastanawiając się długo jeszcze tego samego dnia wyjechałem.

W drodze postanowiłem odwiedzić znajomą w Iławie. Trzeba było tylko kilkadziesiąt kilometrów zboczyć z trasy. Nic nie miałem do stracenia. Może tylko to, że jazda na stopa po drugorzędnych drogach nie należy do przyjemności. Ale czy w życiu zawsze musi być przyjemnie? Po drodze zabrał mnie pan który jechał szukać jakiegoś grobu o którym przeczytał w książce i chciał się dowiedzieć czy to jest fikcja literacka, oraz dwóch młodych chłopaków którzy rozmawiali o operacjach plastycznych Eleni... Wolałem się nie wtrącać do tej rozmowy...
Spotkanie w Iławie było udane. Samo miasteczko średnio interesujące. Nazajutrz ruszyłem dalej, przez jakieś zupełnie małe wioski po drogach wołających o pomstę do nieba. Jakoś udało się dojechać do Gdańska. Wsiadłem w SKM-kę z niesmakiem, bo ostatnio jak jechałem to wsiadłem w zły pociąg i do dzisiaj mam niezapłacony mandat oraz widmo rozprawy sądowej nad głową. Niestety tylko tak mogłem szybko przejechać przez Trójmiasto. W Wejherowie zatrzymało się następnych dwóch chłopaków ale rozmowy mieli ambitniejsze. Jak się dowiedzieli że jadę do Mielna, zmienili swoje plany. Chcieli jechać do Szczecina, ale w Mielnie byli ich znajomi i pojechali ich odwiedzić no i oczywiście mnie zawieźli. Kto wie, może by ich spotkało coś złego jakby pojechali prosto i uratowałem ich?

Nad morzem było bosko. Prawie bosko. Przesadziłem ze słoneczkiem i się spaliłem. Nawet tyłek sobie spaliłem, bo poszedłem na plażę nudystów, potem żałowałem jak musiałem siedzieć że nie poszedłem na normalną. Przyjechała koleżanka z Koszalina nie widziana od ładnych paru lat, było bardzo miło ją zobaczyć. Niestety miejscowości turystyczne mnie trochę przytłaczają, bo w sezonie jest tłok jak na Marszałkowskiej a poza sezonem totalne pustki. Nie wiem jak ludzie mogą odpoczywać w takim zgiełku. Ja na szczęście rozbiłem namiot na uboczu u jakiejś pani na podwórku, która coprawda próbowała mi wmówić, że spał u niej papież, ale poza tym była w porządku.

Zaczęła we mnie kiełkować myśl: a dlaczego nie pojechać do Szczecina? Kiedyś tam byłem ale to było dawno i już nic nie pamiętałem a podobało mi się. Z Mielna miałem ok. 150 km, a z Warszawy ok. 500... "Kiedy następnym razem będę w tym regionie Polski...?" - myślałem. Po dwóch dniach nad morzem, wyruszyłem do Szczecina.

Zabrało mnie małżeństwo z dzieckiem. Z piskiem opon się zatrzymali. Okazało się, że kiedyś jeździli na stopa do Hiszpanii... i że zabierają tylko autostopowiczów-wędrowców z plecakami, autostopowiczów do szkoły do pracy nie zabierają. Bardzo sympatyczni byli, oczywiście całą drogę opowieści gdzie to się nie było i czego się nie przeżyło, zarówno ich jak i moje.
W Szczecinie spędziłem trzy dni. Bardzo przyjemne miasto. Spałem w schronisku młodzieżowym, bardzo zadbanym, nawet z bezpłatnym dostępem do internetu. I niedrogim: 14 zł za noc. Pełno było w nim Niemców. W moim pokoju byli sami Niemcy. Nie przepadam za nimi, nawet nie próbowali zamienić ze mną ani jednego słowa. Przecież bariery językowe da się pokonać.

Pod koniec pobytu, idąc tym samym tokiem myślenia co w Mielnie, postanowiłem kontynuować podróż i odwiedzić Świnoujście. Nie żałuję, na pewno kiedyś jeszcze tam wrócę. Najfajniejsze w tym mieście jest to, że jest na wyspie na którą nie prowadzi żaden most. Aby się do niego dostać trzeba płynąć promem. Odpływają co 15 minut a płynie się około 5 min. i są za darmo. Niestety jedyne pole namiotowe było strasznie drogie i postanowiłem jeszcze tego samego dnia wyjechać, bo zdążyłem już wszystko zobaczyć. I tu przeznaczenie dało o sobie znać: pojechałem autobusem na wylotówkę. Jechałem jechałem - wylotówki nie ma. Jechałem dalej i nagle wjechałem znów do Świnoujścia tylko jakoś od innej strony... Uznałem to za znak od Boga, że należy zostać.

Dwie dziewczyny zapytały się mnie o drogę, a że były z plecakami i karimatami, to ja zapytałem się gdzie śpią. Okazało się, że na plaży. Ucieszyłem się, bo z nimi nie bałem się spać nad morzem, one też bo ze mną bały się mniej. Kinga i Aldona przyjechały prosto z Woodstocku (też na stopa), bardzo sympatyczne dziewczyny. Następnego dnia pojechały do Międzyzdrojów, ja nie chciałem bo miałem niechęć do miejscowości turystycznych po Mielnie.
W Świnoujściu zatrzymał się pan, który od razu uprzedził, że może mnie podwieźć tylko kawałek, ale być może za pół godziny będzie jechał do Szczecina. Ja chciałem pojechać do Gorzowa Wielkopolskiego i Zielonej Góry. Niestety wysadził mnie w miejscu gdzie była wąska droga i same zakręty - w ogóle nie było tam gdzie łapać. Poszedłem więc wzdłuż drogi, szedłem bardzo długo. I w pierwszym miejscu gdzie było się gdzie zatrzymać czekał na mnie ten pan! To niesamowite! Po drodze do Gorzowa rozśmieszyły mnie dwa żule, które usiłowały coś złapać, i oczywiście bezskutecznie.

Gorzów Wielkopolski rozczarował mnie zupełnie. Nie było tam zupełnie nic do oglądania. Jedyne co było godne upamiętnienia to bar mleczny: najlepszy w jakim byłem w życiu. Za trzy złote najadłem się tak, jakby święta bożonarodzeniowe były.

Do Zielonej Góry pojechałem tylko dlatego, bo znam już to miasto, wiedziałem gdzie można znaleźć nocleg i mogłem się zastanowić gdzie pojechać dalej. Przypomniało mi się, że w okolicy jest coś, co zawsze chciałem zobaczyć: poniemieckie bunkry podziemne, ciągnące się kilometrami. Szybka wizyta w kafejce i już wiedziałem wszystko jak dojechać, nazajutrz mój plan wprowadziłem w życie. Na totalnym odludziu, od razu jak tylko wyciągnąłem rękę, zatrzymała się pani. Opowiadałem jej o moich podróżach, pokazałem zdjęcia ze Lwowa. Nie dość, że zawiozła mnie o wiele dalej niż sama jechała, pod same wejście do podziemi, to jeszcze wstąpiła do domu, żeby dać mi latarkę (bunkry można zwiedzać tylko z latarkami, tam jest zupełnie ciemno). Bezinteresowność ludzka naprawdę istnieje. Potem oddałem tą latarkę pani, która grzebała w śmietniku, może sprzedała ją, a może zaczęła wychodzić na śmietnikowe łupy w nocy...?

Bunkry były cudowne. Jakby nikogo nie było, byłoby zupełnie ciemno i cicho. Na ścianach są rysunki, oraz mądrości życiowe bo kiedyś każdy mógł tam wejść. Tak patrzyłem na to i pomyślałem sobie, że to wszystko przecież przetrwa naszą cywilizację i że to są takie współczesne hieroglify. Kiedyś ktoś będzie próbował rozszyfrować o co nam chodziło, a tam ktoś wszedł, najarał się i mądrości wypisywał... Zapraszam na stronę o bunkrach.

Wychodząc z podziemi poczułem straszny niedosyt dziwnych miejsc. Pomyślałem tylko "twierdza w Kłodzku" i jeszcze wieczorem tam byłem...
W drodze nagle ni z tego ni z owego kierowca powiedział: "Młody, ale ty mi nie gryź sznurówek!!!". Zamarłem. A on sięgnął pod siedzenie, wyjął małego szczeniaka i położył mi go na kolanach...

Nocleg w Kłodzku był mocno hardcorowy. Wiózł mnie chłopak który całą Europę objechał autostopem. Zadzwoniłem z komórki do kłodzkiego schroniska, żeby powiedzieć, że nie zdążę na 22 (schroniska są zamykane o tej godzinie). Tam pani oznajmiła mi, że poczeka i zapytała się ile osób przyjedzie. Na odpowiedź, że jedna, zmieniła zdanie i powiedziała, że myślała, że trzy albo cztery i że na jedną nie będzie czekać... Ten chłopak powiedział, że mogę się rozbić u niego na podwórku. Moja radość nie trwała długo. Na miejscu okazało się, że on mieszka w bloku... Zapewniał mnie, że namioty pod jego blokiem są częstym widokiem, bo przyjeżdżali jego znajomi i znajomi sąsiadów. I rzeczywiście było widać ślady. Do chłopaka miałem zaufanie, bo ktoś kto kłamie nie opowiadałby z taką pasją. Jak się rozbijałem, sąsiad poświecił latarką, więc ludzie zwracali uwagę na to, co się dzieje wokół. Myślałem, że nie usnę całą noc, a spałem jak dziecko... Rano wyszedłem a jakaś babcia z okna się pyta czy się wyspałem. Jakaś pani idzie do pracy a ja myję zęby... To było ciekawe doświadczenie...

Kłodzko polecam. Twierdza ciekawa, tam jest taki labirynt, i przez jakiś czas wysokość korytarza wynosi 90 cm, trzeba iść w kucki. Bardzo ładna starówka i ratusz. W Kłodzku wpadłem na pomysł, żeby objechać całą Polskę dookoła. Już sporo miałem za sobą. A co jest po drugiej stronie Polski? Bieszczady!!!

Po drodze odwiedziłem jeszcze moją koleżankę z klasy Anię w Beskidzie Sądeckim, trzy dni aż u niej byłem. Bardzo miło wspominam.

Jeden pan (na oko pięćdziesiąt lat) co mnie zabrał na początku był zupełnie normalny. Do momentu kiedy nie włączył niemieckiego metalu i nie zaczął opowiadać jakich to on narkotyków nie brał i jakie były miny jego synów jak uczył ich palić jointy. Inny z kolei kierowca jeździł po jakiś budowach i zwiedziłem z nim połowę ziemi rzeszowskiej zanim dojechaliśmy tam, gdzie chciałem. Zatrzymywała się pełna gama samochodów: od BMW po szambiarkę.
W Bieszczadach byłem tylko jeden dzień. Postanowiłem wracać, bo chciałem pojechać do Lwowa po raz drugi. Stamtąd było tylko 100 kilometrów, ale niestety paszport został w Warszawie...
Jak w Lublinie byłem pod wieczór, to byłem pewien że jeszcze tego samego dnia będę w Warszawie, tam ładnie biorą. Myliłem się. Przez półtorej godziny ani kilometra dalej. Musiałem rozbić się na ogródkach działkowych nielegalnie. Z samego rana od razu zatrzymała się półciężarówka do stolicy...

I tak objechałem jakieś 3/4 Polski dookoła. Przejechałem 2200 km i złapałem 32 okazje w 14 dni.