Cytat dnia

„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)

Książka o nas
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Falstart:)

29 października 2009 r., autor: PiotrasA

Opis pierwszych dwóch dni podróży do Marsylii z Poznania. O tym że nie zawsze jest kolorowo:)

„To w poniedziałek ruszamy” Powiedział mój towarzysz podróży Michał gdy wsiadałem do pociągu w Zbąszyniu, przemoczony, brudny i zły jak cholera, próbując rozwiesić moje rzeczy w pociągu by trochę przeschły. Rozmyślałem czy to koniec przygody z autostopem? Czy serio okazaliśmy się „za miętcy”, a może te wszystkie historie o autostopowych podróżach to bujdy, i tego po prostu nie da się zrobić? Tak, byłem zdrowo wku…rozczarowany


Wszystko zaczęło się w poniedziałek 10 sierpnia. Zapakowani, z namiotem i zapasami TESCOryżu „Halina” i TESCOsosu gulaszowego, wyszliśmy na wylotówkę z Poznania w nadziei na rychłe dotarcie do granicy kraju. Jakże płonne to były nadzieje, rzeczywistość szybko zweryfikowała nasz optymizm.
Po pierwszej godzinie stania z kartką „Słubice”, mądry pan wraz ze świnkami które wiózł na pace, poradzili nam by napisać „Świecko” co nie zmieniło naszej sytuacji zbytnio, staliśmy ładnych pare godzin. W końcu, w swoim niedoświadczeniu wpadliśmy na olśniewający pomysł by poprosić kierowcę jadącego w przeciwną stronę, by przez CB Radio załatwił nam transport. UDAŁO SIĘ! Jedziemy! Nasz pierwszy stop na trasie do Marsylii, uczucie nie do opisania, do głowy uderzają tysiące myśli, o tym jakie piękne jest życie, że można wszystko i ze nic nas nie zatrzyma, no i też że pokażemy tym wszystkim co wróżyli nam porażkę;)
Jedziemy, gigantyczny samochód z dwoma przyczepami zabiera nas na szlak, omijamy autostradę, jedziemy na Pniewy gdzie „Jeździ wiele osób w kierunku granicy”. Pierwsza w życiu przejażdżka Tirem, i to jakim! System kamer monitoruje, czy transport się nie rozleci, gigant wyprzedzając, praktycznie zmusza inne samochody do wizyty w rowie, na naszych twarzach po raz pierwszy pojawia się uśmiech szaleństwa spowodowany nie znanym dotąd, emocjonującym przeżyciem. Dojechaliśmy pod Pniewy, czujemy się jakbyśmy przejechali pół świata, chwila ogarnięcia i łapiemy dalej, minuta, dwie, i zatrzymuje się kolejny samochód!
Patrząc na to z perspektywy czasu, ten dzień był jakby przyśpieszonym kursem autostopu, mieliśmy się nauczyć jak łapać, co znaczy nie być w stanie złapać nic, jak to jest być nieprzygotowanym do wyjazdu i dlaczego nie warto brać podwózek w miejsca o których nie jesteś pewien ze będą lepsze do łapania od poprzednich. I o tym miał nas przekonać następny samochód, Dwaj panowie z głową na karku i pomysłem na biznes, wykorzystujący każdą okazje by zrobić interes (po pięciu minutach wymieniliśmy się numerami bym mógł zostać ich tłumaczem, co ciekawe miesiąc później dostałem telefon z konkretna propozycją) Zabrali nas tylko kawałek do ronda gdzie spotykali się ludzie zjeżdżający z autostrady i jadący przez Pniewy. Niby bajer…, szybko okazało się ze łapać tutaj nie ma gdzie. Zaczęło robić się nieciekawie późno, po przejściu kilku kilometrów rozpoczęliśmy łapanie na stacji we wsi Miedzichowo, wróciły do nas nadzieje, kilka Tirów stojących na parkingu napawało nas nadzieją na dobre dziś, a jeśli nie to lepsze jutro. Dogadaliśmy się z panem Ukraińcem, za godzinę odjazd, weźmie nas do Słubic.
Zrelaksowani usiedliśmy na krawężniku i czekaliśmy, obserwując przy okazji pana „Śmidbyrskiego”(też tak macie że kierowcom nadajecie ksywy od napisów na ich plandekach? W tym systemie nazewnictwa zdecydowanie najśmieszniej się jeździ z firmą „dupessey”), który w swoje podróże tirem jeździ z czymś w rodzaju kuny, wyprowadzając ja na postojach na spacer na smyczy. Prześmieszny człowiek znacznie umilił nam godzinę, która jednak zakończyła się klapą… Ukrainiec uznał ze jednak nie może nas zabrać bo przepisy mu nie pozwalają. Nie ma co, pierwszy dzień nie napawał sympatią do ludzi, przede wszystkim, jako zieloni w te klocki mieliśmy wrażenie że wszyscy się z nas śmieją, dlatego gdyby nasze myśli miały pływ na zdrowie pana Ukraińca to pewnie by dostał co najmniej silnej migreny. Ale nic, trzeba walczyć dalej, znaleźliśmy kawałek dobrego pobocza, koło punktu sprzedaży krasnali ogrodowych i podobnej maści ozdób, łapiemy… Jeszcze nie wiedzieliśmy że tą noc spędzimy z jedynymi polakami których Niemcy sami zapraszają do swoich ogródków. Nic nam nie pomogło, karteczka z napisem „Tokio”, para Niemców kupujących krasnale do których prawie się modliłem o zabranie nas, nic. Ale najgorsze miało nastąpić.
Z oczywistym celem spania za ogrodzeniem sklepu krasnalowego, zapytaliśmy się sprzedawcy, czy nie wie gdzie tu bezpiecznie rozbić się namiotem, bardzo miły człowiek poinformował nas że możemy spać za ogrodzeniem i skorzystać z wody, z tym, że on nam przyniesie czystej w baniaku, bo z węża to możemy dostać sraczki. Rozbiliśmy się, zjedliśmy pierwszy na trasie ryż z sosem gulaszowym, po czym z nadzieją na jutro poszliśmy w kime. Gdy obudziliśmy się około trzeciej w nocy, byliśmy cali mokrzy, namiot nie podołał silnej ulewie, nieodpowiedzialnie wywalone z plecaka rzeczy pływały, sam namiot z resztą wydawało się ze jest rozbity w basenie który ktoś zaczął napełniać. Żeby było mało Michał uznał że wbiło mu się w tyłek szydełko do kręcenia dreadów. Szaleństwo, ja siedzę, moknę i nic mnie już nie obchodzi, ten leży i wyje bo wbiło mu się szydełko, bezsilność. Mam tylko nadzieję że koleś od krasnali siedzi w budce, bo jeśli nie to musi pękać ze śmiechu. Koniec końców, padać przestało, Michał uznał, że szydełko nie wbiło się mocno i jednak się dziś nie wykrwawi, co trochę poprawiło mi humor…
Czas wyjść z namiotu… obraz nędzy i rozpaczy… mokre jest wszystko, część dodatkowo obłocona. Z chęcią byśmy jechali dalej, z drugiej strony, nie mamy nic suchego, mój telefon nabrał wody w usta i nie kontaktuje. Chcąc nie chcąc, podejmujemy decyzje o powrocie do domu, wysuszeniu się i ruszeniu znowu za tydzień. Chyba każdemu z nas świtało w tym momencie że już nigdy znowu nie ruszymy. Problem na tą chwile brzmiał, jak wracać? Nie macie pojęcia jak głupio czuje się człowiek planujący kilkutysięczno kilometrową podróż, nie ogarniający powrotu w momencie gdy nie udało mu się nawet wyjechać z Wielkopolski, żenada.
W końcu ubłagaliśmy Tirowca by zabrał nas na następną stacje która jest w kierunku Poznania i tam mieliśmy zacząć łapać do domu. Na stacji we wsi Trzciel szybko okazało się ze drugi dzień wcale nie ma zamiaru być lepszy niż poprzedni, postanowiliśmy dojść do Zbąszynia i wrócić pociągiem, po krótkim pobycie w poczekalni PKS w Trzcielu ruszyliśmy pieszo na pociąg, po drodze próbując łapać stopa, o dziwo po przejściu kawałka się udało. Mocno nas to zdziwiło, że jednak los się do nas uśmiecha, przestało nas dziwić kiedy w samochodzie po kilometrze skończyła się benzyna, i zrozumieliśmy że to nie uśmiech losu, a raczej śmiech a może nawet rechot. Kierowca utwierdził nas w tym przekonaniu, z rozbrajającą szczerością stwierdzając że przynosimy pecha. Poszliśmy dalej, po paru kilometrach wreszcie coś się udało, stop do samego Zbąszynia. Bolesny wydatek plnów na bilet i do domu. Nic nie zapowiadało że te wakacje jeszcze będą piękne…
Myślałem ze opiszę cały wyjazd podczas którego odwiedziliśmy Marsylie, a tu sam falstart zajął mi wuchte miejsca, więc może innym razem reszta. Na koniec kilka porad: Nigdy się nie poddawajcie w walce o marzenia, nawet jak już przegracie i musicie zacząć od zera i nie polegajcie w pełni na poradach innych ludzi, życie samo was nauczy co trzeba robić. Nam wydawało się, że po przeczytaniu tego forum i rozmowie z doświadczonymi ludźmi, nie będzie żadnych problemów, wyszło na to ze, jak zwykle, praktyka zmiażdżyła teorie. I chyba dobrze że tak w życiu jest:)