I Ogólnopolski Zlot Autostopowiczów
„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)
Hosting sponsoruje alpha.pl:
11 listopada 2009 r., autor: szczeki
Jak to jest jeździć samemu? W porównaniu do podróży w stałym towarzystwie myślę, że takie wyjazdy przeżywamy intensywniej.
W stronę Skandynawii – dzień drugi.
Zajęło mi sporo czasu spisanie wrażeń z drugiego dnia podróży do Danii. W końcu się udało. Oddaje w wasze ręce tę lekturę.
Wielokrotnie spotykaliśmy się z pytaniami szczególnie początkujących Stopowiczów „Jak to jest jeździć samemu”. Trudno jest na to odpowiedzieć. W porównaniu do podróży w stałym towarzystwie myślę, że takie wyjazdy przeżywamy intensywniej. Są intymniejsze i zbieramy dużo więcej bodźców zarówno z zewnątrz jak i z naszego wnętrza. Nie mam siły czytać tego co napisałem (wrzucam tekst niczym z brudnopisu) – myślę, że taki wstęp jest odpowiedni.
Z sentymentu dla naszej witryny www.autostopem.net, cytat z dnia w którym ukończyłem tę opowieść.
„Doktryną autostopowicza jest pesymizm. Jeśli wyciągasz rękę w kierunku każdego auta i nikt cię nie podwozi, to jest właśnie to, co oczekiwałeś; a jeśli ktoś cię podwiezie, cóż to za miła niespodzianka...”
Peter Beale
Dziękuję ogromnie naszej koleżance Kravitz. Napisałem ten artykuł, ponieważ powiedziała, że mój ostatni tekst był świetny. Więc Kravitz, jeżeli lubisz czytać moje historie, tutaj masz kolejną. To była naprawdę szalona podróż i nikt nie wiedział, że przybyłem do stolicy Danii (nawet Michał – mój kolega, do którego pojechałem). Nie wiedziałem również ile czasu zostanę na miejscu. Dziękuje serdecznie za wszystko Michale. Świat staje się lepszy dzięki takim ludziom jakich miałem okazję spotkać. Ten wyjazd był dla mnie na prawdę ekscytujący i z pewnością będę o nim opowiadał wiele historii.
Tszuuu… Tszuuu… Kolejny samochód! Znów pobudka! Nie! Tak! Nie! Już? Co? A… poranek. Wieczna jasność wciąż podąża ze mną noga w nogę. W końcu jednak światło latarni pochłonęła energia słońca, która z ogromnym entuzjazmem zaprasza mnie na zewnątrz. Na zewnątrz? Jakie zewnątrz? No tak, przecież nigdzie w nocy nie uciekałem spod opiekuńczej powłoki niebios.
Śniadanie w doborowym gronie, rów melioracyjny dotrzymuje mi towarzystwa bez jakichkolwiek narzekań i nietrafnych pomysłów na dzisiejszy dzień, a spaliny spływające z drogi powyżej pobudzają wyobraźnię wyciągając z pamięci widok chmur zgrabnie podążających ze szczytów gór w spokojne doliny.
Nasz kochana gwiazda powoli odbija się od horyzontu toteż czas na mnie. Przeglądam miejsce noclegu. Myślę „chyba wszystko spakowałem, cóż najwyżej dowiem się o zgubie wieczorem, trzeba ruszać dalej”. Nie lubię momentów, w których opuszczam obozowisko. Dobrze wiem, że mam ze sobą ograniczoną ilość ekwipunku (i pieniędzy). Brak jednego elementu całości nie zawsze można zastąpić własną kreatywnością. Palnik jest dość mały aby zmieścił się w kubku do picia. Czołówka mogłaby robić za brelok do kluczy. Toteż o zagubienie tych oraz podobnych gabarytowo przedmiotów łatwo. Wiem, że przede mną działania w ciemności, a i po całym dniu w deszczu „na końcu świata” będę potrzebował ciepłej herbaty. Zabieram się po raz drugi do przejrzenia okolicy. Tak dla pewności. Z nadzieją, że wszystko mam ze sobą udaję się w górę.
Auć! Znów te kłujące krzaki. Przebijam się niezgrabnie przez zasieki ku asfaltowi. O… co jest grane? Nie! Obsuwam się razem z piaszczystym gruntem w dół. Dwa kroki w przód, jeden w tył. Na szczęście to tylko kilka metrów. W końcu jestem na wymarzonej bitumicznej masie. Oczy kierują się wzdłuż linii zabudowań w prawo; kierując mym spojrzeniem wstecz. Tak, wiem. My ludzie cywilizacji myślimy, że prawdziwe podróże zniknęły wraz z urbanizacją i wszechobecnym rozwojem. Rzeczywistość jednak nie jest do końca taka oczywista. Ken Welsh rzekł „Autostop jest wspaniałym doświadczeniem, niekończącymi się wydarzeniami i nieznanymi okolicznościami, które przyczyniają się, z mała dozą szczęścia, do wspominania czym jest prawdziwe podróżowanie”. Chwała mu za to, że potrafił zebrać te miliony myśli, uczuć i przeżyć w tak krótkim zdaniu, które bliskie jest swym przesłaniem myśli idealnej.
Może kiedyś luksusowe hotele będą mnie gościć, ale nie dziś, jeszcze nie dziś, ani nie jutro. Ostatni rzut oka na Mój Wielogwiazdkowy Dom. (Na szczęście bez określonej doby hotelowej). Czuję w głębi serca ogromne zadowolenie. Szczęście po bezpiecznie przeżytej dobie napawa mnie optymizmem. Nie znałem dokładnie swej trasy, nie znałem miejsca swego noclegu, nie wiedziałem kogo spotkam. Tak naprawdę nie wiedziałem czy spotkam kogokolwiek, czy dobrnę do jakiegokolwiek noclegu. Noclegu, który da mi uczucie swobody i osoby, która pozwoli mi skorzystać z mojego prawa wyboru drogi. Udało się. Z trudem, ale jednak! Konkretne daty i godziny są mi obce, wskazówki zegarów obracają się jakby w innym tempie. W sumie to wcale się nie obracają. Słońce wyznacza mi czas, tylko ono określa ramy mojej aktywności. Zegar natury pochłania mnie w całości. Pośpiech na pociąg, stres przed rozmową z pilotem wycieczki, obawa przed niekończącymi się i nużącymi opowieściami przewodnika biura podróży czy strach przed odprawą są mi dalekie. Mam swoje zmartwienia, nieco innego charakteru. Bardziej przyziemne… można by powiedzieć „problemy natury egzystencjalnej”, które dotykają mnie w identyczny sposób jak dawnych kupców i najemników. W całkowicie innych warunkach, a jednak wzbudzają te same uczucia i obawę… przed nieznanym jutrem, przypadkowymi ludźmi, wyziębieniem, pragnieniem. Wszystko to jakby odległe w naszym codziennym życiu, a jednak istnieje i daje o sobie znać.
Pełen motywacji udaję się spod Gorzowa Wielkopolskiego w kierunku Szczecina… pieszo. Szlakiem koloru białego… drogą wzdłuż pasa pobocza naszej poczciwej E65. Mijam zakręt. Kilkaset metrów przede mną widzę idealne miejsce. Odpowiednio oddalone od łuku, wystarczająco wyprzedzające ciągłą linię pobocza. Mija chwila. Zatrzymuję się. Spoglądam wstecz i myślę „Hmm… gdybym to ja prowadził samochodów z pewnością widziałbym dobrze stopowicza w miejscu, w którym stoję. Jednak droga zbyt szeroka a asfalt zbyt dobry aby móc manewrować na tak krótkim odcinku i bezpiecznie przebić się przez te watahy samochodów z lewego pasa.”. Toteż nadkładam kilkadziesiąt metrów, aby mieć pewność, że swą obecnością nie stworzę zagrożenia.
W stronę szczecina droga wiedzie prosto, toteż kciuk sam uśmiecha się do mnie zarażając dobrą myślą. Stoję i czekam. Minuta, dwie. Dłużej. Znów Minuta, dwie. Rozglądam się z pełną irytacją. Jakto? Co jest grane? Widzą mnie na 100% procent i to kilkaset metrów wcześniej. Pobocza nie brakuje dla największych na drodze. Co się dzieje? Utrzymuję pozycję i rozglądam się wspominając sarny napotkane wczorajszego wieczoru. Okolice przepiękne, ale to im; nasza wygoda przedzieliła ogródek na pół odcinając całkowicie od drugiej części ich naturalnych terenów. Niestety, zwierzęta same nie mówią… no może czasem w wigilię. I to pewnie tylko u ekologów. Piątka dla nich!
Zgodnie z tym co widzę na ulicy.. pasów trzy. Oraz szerokie pobocze. A tu co? A tu to! Cztery pasy jazdy! Tak! Właśnie tak! Idioci! Świry! Jak inaczej mogę ich nazwać? Spójrzcie, przepraszam - wyobraźcie sobie to co w tym momencie widzę ja! Rodziny z dziećmi kierują się nad morze w piątkowy poranek a obok nich kilkunasto jak nie kilkudziesięciu tonowe kolosy mijają się jeden obok drugiego bez chwili zastanowienia. Pominę tych, którzy w charakterze mają zapisane „mistrz lewego pasa i pan ledwie ćwiartki swojego mózgu”. Czytasz to i możliwe, że widzisz się pośród tych o których opowiadam? Rozejrzyj się. Spójrz na historie z sąsiedztwa. Ja swoje przeżyłem, swoje widziałem. Czyżbym histeryzował? Chcesz kochanie pewnie teraz wejść ze mną w dialog co? Oj, tak! Albo chcesz mnie poprzeć, albo zaprzeczyć i wyzwać. Na nieszczęście nie mamy takiej możliwości. Zwracam się do Ciebie z jednym. Może i jestem przewrażliwiony. Zgodzę się z Tym. Ty ze mną możesz się nie zgadzać. Ja dawniej w takich sytuacjach bagatelizowałem sprawy zapiętych pasów, za dużej prędkości, aparatów leżących na desce rozdzielczej czy tylnym blacie, laptopów odpoczywających swobodnie na tylnim siedzeniu, rozmów przez telefon komórkowy, gorącego napoju w pojeździe czy pustych apteczek i przestarzałej gaśnicy, ale wiesz co? Zmieniłem zdanie. Stałem się bardziej wrażliwy. Wiesz czemu?... Nie! To nie wychowanie moich rodziców czy szkoły. To także nie jest wpływ kiepskich spotów reklamowych w telewizji i przesadnie wyeksponowanych bilbordów. To efekt kilku rozmów z moimi starszymi braćmi. Pierwszy jest płetwonurkiem… zbiera plony debili, którym brakło asertywności i chwili zastanowienia nad wodą. Co z drugim? Drugi jeździ karetką? I wiesz co… zawsze zapinam pasy, nawet na tylnim siedzeniu. Mimo to, że jestem chojrakiem i nie boje się mandatu za brak tego szczegółu, bo co i tak go nie zapłacę. Nie boje się ostrej jazdy i ufam moim kierowcą… ale też szanuję ich życie oraz spokój naszych rodzin. Jedno i drugie może zostać zburzone sześćdziesięcio-pięcio kilogramowym pociskiem z tylnego siedzenia. Ja pociskiem zostać nie chcę! A ty?
Czuje, że za długo mój kciuk wietrzy się na marne. Przede mną… sytuacja przedstawia się o wiele gorzej. Toteż zarzucam swój dobytek na ramię. Morale spada coraz niżej, cóż poradzić? No nic. Nie da się. Patrzę w tył i rozpoczynam marsz do ronda… raptem kilometr wcześniej.
Spacer na szczęście mam urozmaicony… wiaduktem. Małe wzniesienie w tym przypadku jest dla mnie zbawieniem. Nogi mogą poruszać się w nieco urozmaiconym stylu. Kolana sowicie dziękują za oliwienie a ścięgna Achillesa jakby tańczyły ze szczęścia. W końcu sobie o nich przypomniałem, o przyjaciołach umożliwiających mi tę podróż. Myślę „Spokojnie moi przyjaciele, dzisiejszego dnia to dopiero początek”.
Po raz kolejny mijam miejsce noclegu. Zerkam na rondo i kalkuluję, gdzie tu jest kawałek asfaltu bardziej gościnnego od tego, który opuściłem przed chwilą? Wyjazd z ronda, sto metrów przerywanej, później znów ciągła. To wzniesienie. Cóż chyba nie mam innego wyjścia. Staję opierając się o barierki. Nie ze zmęczenia. Jeszcze jest za wcześnie abym pozbył się sił. Po prostu jest ciasno. Za ciasno jak dla nas dwóch, czyli mnie i przejeżdżającego samochodu. Słońce daje mi znać, że już najwyższa pora na dawkę szczęścia. Ogrzewa me ciało napajając je energią. Szczypta piątkowej opalenizny i jest! Wielki, piękny, zgrabny ciągnik siodłowy ze swoim „plecakiem” mruga mi prawym świetlikiem zapraszając w swe progi.
~ ”Dzień dobry! Ogromne dziękuje za pomoc. Stoję tu już chyba z dwie godziny!”
- „Aż tyle? Nie wierzę, co z tymi ludźmi się dzieje. Widzą że stoi porządny chłopak i nic. Przed momentem mijałem autostopowicza, co prawda w przeciwnym kierunku, ale i tak bym go nie zabrał. Źle wyglądał. Opierał się o drzewo, chwiejąc jakby jeszcze nie wypoczął po nocy, no to co, gdzie jedziesz?”
~ ”Byle do przodu! A konkretnie do Kopenhagi”
- „O! Odważnie. Wspólnie spędzimy kawałek, ja jadę na Schwedt, a Ty?”
~ ”Ja na Szczecin, a później na Rostock”
- „Na Rostock? Tam dużo osób jedzie przez Kołbaskowo. Choć, powiem Ci, że teraz chłopaki zjeżdżają do Polski. Zbliża się koniec kursów. Weekend, a do tego jutro jest święto”
Słucham kierowcy, niepokój wkrada się w moje myśli. Jednak jadę! Tak, w końcu jadę. Mam dla siebie mnóstwo przestrzeni. Niczym Król na swym tronie, w klimatyzowanej kabinie rozkładam nogi czując się prawie jak w Jacuzzi. Uczucie wolności w kawałku metalowej puszki dawniej było dla mnie czymś niezrozumiałym. Teraz już je znam. I uwielbiam! Moja piątkowa podróż, właśnie się rozpoczęła.
- „Co Cię ciągnie w tamte rejony?”
~ „Dostałem zaproszenie od kolegi na herbatkę.. dokładniej to na kanapkę i nie mogłem odmówić. Co prawda ta oferta od znajomego padła jakiś czas temu i nie umawialiśmy się konkretnie na mój przyjazd. To mi jednak nie przeszkadza. Z pewnością się ucieszy z małej niespodzianki. Tak jak powiedziałem. Nie mogłem odmówić!”
- „He! No to pięknie. Ja te czasy mam już za sobą. Wiesz żona, dzieci. Jeżdżę i trudno mi się gdzieś wyrwać. Jak wrócę z trasy to zabieram rodzinę nad morze. Będę miał chwilę wolnego, a pogoda wręcz zachęca do wycieczki”
Rozmowa klei nam się nadzwyczaj dobrze. Charaktery tym razem współgrają idealnie. Opowiadam koledze o subkulturze hip-hopowej w Częstochowie. O muzyce, o tańcu i graffiti. W dialogu wyszło, że zajmuje się fotografią.
- „Fotografia… uwielbiam to! Poważnie, nie znam się na tym, ale ogromnie mnie cieszy, gdy mogę zrobić zdjęcie. Jeszcze teraz gdy mamy cyfrówki. Wręcz zazdroszczę mojemu dzieciakowi, że ma taką bogatą fototekę.”
Temat malowania światłem okazuje się naszym sprzymierzeńcem i prowadzi nas spokojnie do przodu.
Nagle słyszę od kierowcy
-„Ja tutaj powinienem skręcać na Myślibórz. Zawiozę Cię kawałek dalej na stację benzynową bo tutaj nic nie złapiesz. Po czym spokojnie sobie wrócę na mój tor”.
~”Poważnie? Dziękuje ogromnie, naprawdę bardzo mi dzisiaj podniosłeś morale, dzięki!”
…
-„Witam koledzy, stoimy na CPNie. Mam chłopaka do zabrania na Szczecin, do Rostock’a jedzie ktoś może w tym kierunku?”
Szum CB Radia wypełnia kabinę.
-„Hej, koledzy dobry chłopaczyna, próbuje się dostać do Rostock przez Kołbaskowo. Wiecie wypad wakacyjny, jedzie ktoś w te rejony?”
Sytuacja powtarza się kilkakrotnie. W międzyczasie szofer proponuje mi wyrwać z jego starego atlasu kilka stron map w większej skali, niż ta którą mam ja. Propozycja jest niezwykle smaczna, odpowiedź zatem oczywista. Biorę! Mija jeszcze chwila. Myślę „wolę być kilka kilometrów do przodu nie do końca na swej drodze niż znów gnić w miejscu kilka kolejnych godzin w upale!”. Wzrok wędruje na mapę, dalej na przednią szybę próbując złapać ostrość gdzieś daleko przed nami, aż w końcu głos wykańcza ten mały teatrzyk… swoiste przedstawienie autostopowicza, klasyczne zagranie:
~„Cóż, w takim razie nie zostaję tu. Jadę dalej z Tobą”
- „No to jazda!”
Piękny, cudownie harmonijny wydźwięk silnika rozpoczyna ostatnią prostą w Polsce. Kraju, który kocham, jednak na pewien czas zostawić muszę za sobą.
Zbliżamy się do granicy. Ulica wiedzie dosłownie poprzez bramę w wieży. Jedyny taki zabytek na świecie, przez który wiedzie droga… i to jaka! Przez środek specyficznej ceglanej budowli przebijają się wyłącznie osobówki. My na moment „zmieniamy kraj”. Zjeżdżamy na lewy pas omijając zgrabnym łukiem wieżę, o której już dzisiaj wystarczająco się nasłuchałem.
Wspólnie mijamy granicę Polsko-Niemiecką. Dojeżdżamy do Schwedt nad Odrą. Szofer uruchamia magiczną różdżkę; wśród plebsu zwaną CB. To dzieło sił ciemności (czyt. czarnego wyrobu ropopochodnego) po raz drugi zawodzi dzisiejszego pięknego dnia. Kierowca jedzie tak daleko w moją stronę jak tylko może. Dojeżdżamy do ostatniego sensownego skrętu dla pakunku, który jedzie z nami. Ostatni na zielonym świetle. Skręt w prawo. Zbieram swoje bagaże, rozglądam się czy wszystko wziąłem. Ogromnie dziękuję za pomoc i przyjmuje z wdzięcznością życzliwość w postaci słowa „powodzenia”. Zarzucam swój dorobek na plecy jedną ręką, drugą otwierając jednocześnie wrota kabiny. Wszystko na granicy stabilności mego ciała. Delikatnie opuszczam plecak na asfalt. Wszystko musze robić w pośpiechu… stanęliśmy na jedynej nitce zjazdu. Bez obciążenia nabieram spokoju i pewności. Żegnam się szerokim uśmiechem i z ogromną delikatnością domykam biały domek, w którym moja gościna dobiegła końca.
Orzeszki! Tak! Orzeszki! Znów to samo. Za wcześnie i za blisko, aby świętować porządnym posiłkiem w postaci kanapki bądź dwóch. Stoję przy skrzyżowaniu. Policzek obniża się dyskretnie w stronę prawej dłoni unoszącej źródło wody bijące prosto z mojego garba. Dwa, trzy łyczki – nie więcej. Co za paskudztwo! Żałuję w pełni i przyznaję się sam sobie. Mieszanka tego wyjazdu jest okropnie paskudna! Zaoszczędziłem na soku raptem złotówkę, a ten w rozcieńczeniu w wodzie jest… przeokrutny w smaku! Mam nauczkę! Tymbark leżał jedną półkę obok. Wiem, że oszczędzanie to ważny element podróży. Wiem też, że ta umiejętność jest dla mnie jeszcze do zdobycia. Oszczędzać można na wszystkim, jednak w tym przypadku marna oszczędność dała ogromną różnicę… niestety w złą stronę! Zbieram się w garść i idę w kierunku północy. Wzdłuż drogi nie prowadzi chodnik, toteż spaceruję asfaltową ścieżką rowerową, która wchodzi w głąb lasu. Zadaję sobie pytanie „Co za kretyn w środku przepięknej krainy posiał niepotrzebne ziarno asfaltu?”. Zalewa mnie żal, orzeszki nawet nie smakują tak dobrze jak zwykle. Wiem, że rozwój infrastruktury rowerowej jest nieunikniony. Jednak to my ludzie powinniśmy przystosowywać się do świata, a nie świat do nas! Chcesz wyjechać za miasto? Załóż inną oponę, bądź koło. Cieszę się, że nie przedzieram się przez gąszcz roślinności, jednak zbyt dużym kosztem. Brat powiedział mi kiedyś „pomyśl dwa razy zanim coś zrobisz”. Najwidoczniej kilku urzędnikom brakło takiego wsparcia i poddali się międzynarodowemu trendowi oraz naciskowi ludzi korzystających z rowerów. Bo do Rowerzystów im daleko, o Cyklistach nie wspominając! Potok myśli przerywa widok poprzecznej ulicy. Udaję się na główną drogę. Tuż za rogiem wita mnie przystanek autobusowy. Bliskość zagłębia produkcyjno handlowego, z którego prowadziła ulica przecinająca ścieżkę rowerową (czyt. pseudorowerową) oraz fakt, iż jestem odpowiednio daleko od bocznych dzielnic znów napawa mnie radością.
Staję zaraz przed zatoczką autobusową. Obrzeża Schwedt witają mnie bez fajerwerków. Żar z nieba połączony z przeciągiem! Rozglądam się i uświadamiam sobie fakt, że droga przy której stoję tworzy swoisty korytarz powietrzny, który daje mi w kość. Od wiatru chroni mnie cienka kurteczka… koloru czarnego. Co znowu gryzie się z prawie bezchmurnym niebem. Cóż mam począć? Wyciągam kartki z mojego niezbędnika. Zerkam na mapę. Pragnę przemieścić się po prostu do przodu. „Szczęki, lecimy spokojnie bocznymi ulicami, czy wskakujemy na wyrocznię zwaną autostradą?” – pytam sam siebie. Rozmyślam. Mija kilka chwil. Tak, już wiem! Odpuszczam żywioł wielkiej E28. Najbliższy cel – Prenzlau! Mimo wiatru wyrywającego mi mapę oraz kartki z rąk ogarnia mnie spokój. Wiem, że muszę się przyłożyć. Opuściłem kilka lekcji plastyki i techniki w szkole. Cóż, może niepotrzebnie? Próbuję sobie przypomnieć pismo techniczne. Zaprzęgam wyobraźnię do pracy z markerem. Minuta, dwie i przed oczyma ukazuje się przepiękny, czytelny, wręcz idealny „PRENZLAU” … no z tą idealnością można by podyskutować. Jednak mój bilet w kierunku Danii właśnie się narodził i już znam swój najbliższy tor podróży.
Romantyzm życia w drodze przeplata się z rzeczywistością przemawiającą do mnie „Guten Morgen!... że co? Butem w morde?”. Pfff… czas upływa nieubłaganie. Krajobraz identyczny jak w Polsce… z tym, że tutaj mnie nie wzrusza. Powietrze jakby mniej energetyczne. Brakuje mi świeżości, która oczyszcza moje myśli poprzez świadomość przebywania w ukochanej Polsce, którą pożegnałem raptem kilka chwil temu… i za szybko się z nią nie zobaczę. Oczekując na pomoc z kartką w rękach i kciukiem w górze rozmyślam. „Pamiętasz Szczęki, jak na Słowacji stałeś z Rybą którąś godzinę z rzędu z palcem skierowanym ku niebu a uczestnicy ruchu niczym mrówki na swym szlaku nie próbowały nawet lekko zboczyć ze swego kursu aby Ci pomóc? Tak, dobrze to pamiętam. Trudno jest zapomnieć tłumy ludzi, którzy na międzynarodowy znak podróży za jeden uśmiech odwdzięczając Ci się pozdrawiającym machnięciem ręki, czy szczerym optymistycznym uśmiechem.”. Po raz kolejny oczekuję na transport czując, że ludzie po drugiej stronie szyby nie mają pojęcia co swoją postawą pragnę im zakomunikować. Ruch… dobry. Miejsce dobre. Czas dobry. Uśmiech szczery. Napis na bilecie wyraźny. Czego więcej potrzebuję? Zrozumienia… właśnie tego mi teraz brakuje. Zrozumienia.
Jest! Złapałem kontakt… z kierowcą po przeciwnej stronie drogi. On jeden mnie rozumie. Dodaje otuchy swym uśmiechem i prostym spojrzeniem życzy powodzenia. Na mych ustach „Danke”, w głowie „Thanks”, a w sercu „Dziękuję”. Tak, naprawdę rozumiemy się bez słów. Chwila intymności i zrozumienia, która na moment wyrywa mnie z rzeczywistości już mija. Wciąż stoję i oczekuję na swoją okazję.
Cyk, cyk, cyk… słyszę odgłos w głowie, który pojawia się zawsze, gdy kierowca wrzuca migacz. Tak! To jest migacz! W końcu ktoś zlitował się nade mną i postanowił opanować wysepkę swoim wehikułem. Podbiegam. Z promiennym uśmiechem na twarzy otwieram drzwi.
~ „Guten morgen!”
- „Hallo”
~ „Zu Rostock?”
W odpowiedzi słyszę wiązankę niemiecką, której nie jestem w stanie zrozumieć. Wsiadam!
Pan na emeryturce zagaduje mnie po niemiecku. Mija chwila gdy odpowiadam „Ich sprechen nicht Deutsch". Nasza podróż mija jednak w rozmowie. Polsko-Angielsko-Niemiecko-Mapowo-Migowej, ale jednak rozmowie. Nasza znajomość nie zdołała się nawet rozpocząć, a kolejna zatoczka wita nasz wehikuł. Tak, to jest miejsce naszego rozstania. Dziękuję po niemiecku i wyskakuję. Orzeszki w dłoń! Dwa, może trzy. Drugie śniadanie za mną.
„No dobra kciuku mój, wracaj do pracy!” – szepczę do siebie. Minuta, dwie… trzecia z pewnością się nie rozpoczęła. Jest! Kolejny samochód! Myślę „to jest to, dobra passa właśnie się rozpoczęła, jestem na właściwej drodze!”. Podbiegam, zerkam do środka i widzę… trzy przepiękne, od razu widać przeurocze, prześliczne, uśmiechnięte ogromnie i co najważniejsze szczęśliwe… staruszki! Mówię coś… sam do końca nie wiem co. Mocno posiłkuję się mapą. Wygląda na to, że się dogadaliśmy (choć ja nie jestem do końca tego przekonany). Wewnątrz szybkie przemeblowanie, znajduje się miejsce dla mnie. Wchodzę i komponuję się pomiędzy wszystkie klamoty. Uśmiecham się… bardziej z rozbawienia, niż z uprzejmości. W życiu nie byłem zamknięty w klitce z trzema staruszkami… na dodatek są to Niemki a ich jazgot doprowadza mnie do granic uśmiechu za którymi jest już tylko paniczny śmiech, powstrzymuję się od wybuchu radości… W głowie „hehehehe co ja tu robie? Co tu się w ogóle dzieje? Pomocy! Nie… ratunku! He… lepiej trafić nie mogłem. No dobra to co, zawiozą mnie gdzieś i zgwałcą… ale historia! Co jak co, nie pogardziłbym propozycją uprzejmości we czworo. Ja i trzy kobiety... ale one razem wzięte mają więcej lat niż historia Państwa Polskiego! A już na pewno pamiętają bardzo dobrze jak radio zostało wynalezione na Ziemi! Boże!”
Cały czas staruszki prowadzą ze sobą żywiołową rozmowę. Czuć, że mówią o mnie. Radość z ich twarzy aż kipi.
Myślę dalej „w zagrożeniu mojej cnoty nie poradzę sobie z trzeba staruszkami na raz, wokoło mnie jest pół ogródka, a ja czuję, że one już mają wprawę w rzucaniu doniczkami! W sumie, z doniczki jeszcze w życiu nie zdarzyło mi się dostać w głowę!”
Radość wynikła z sytuacji miesza się z moją dezorientacją. Opowiadam po angielsku kim jestem i co ja tu robię. Nagle słyszę „Schwarz Madonna”. Odpowiadam „ja, ja… Schwarz Madonna from my City”. W momencie zapanowała harmonia… jakbyśmy się w końcu zrozumieli. Właśnie! Przecież mam ze sobą pocztówki i przewodniki z Częstochowy. Wyciągam z bocznej kieszeni pamiątki prosto z mojego rodzinnego miasta. Daję Pani siedzącej zaraz obok mnie. Udaje mi się przebić ręką przez stertę kwiatów i doniczek. Ta pyta się co ma z tym zrobić. Ja na to, że to dla niej. Proszę wziąć. Odbiera pamiątki i dziękuje z radosnym uśmiechem na twarzy. Myślę „Tak, pewnie mam do czynienia ze starą pielgrzymkową dziewuchą!, He. Rozbawiam się własnymi myślami.”. Trójca dalej ciągnie rozmowę między sobą.
Dojeżdżamy do zjazdu na A20. W samochodzie pojawia się zamieszanie. Widać wyraźnie, że dochodzą się ze sobą. Wyczuwam, że chodzi o miejsce gdzie mają pozostawić swojego słodkiego małolata z Polski. Zjeżdżamy podrzędną drogą w kierunku Prenzlau. Po chwili pasażerka z tylnej kanapy przejmuje dowodzenia. Mówi „Wracamy” – tzn. tak to rozumiem ja. Widać, że brać pielgrzymia i autostopowa rozumie się doskonale. Znów jesteśmy w drodze na międzynarodową E28. Dojeżdżamy na sam początek pobocza przy wjeździe na A20. Wychodzę z wozu zamykając drzwi i dziękuję. Za mną otwierają się jednak kolejne wrota i słyszę instrukcje po niemiecku. Mimo, iż nie posługuję się tym językiem rozumiem w pełni ”słuchaj młodzieńcze, my jedziemy do Prenzlau. Skoro ty jedziesz do Rostock, to stój tutaj i próbuj się dostać na autostradę. Dalej kończy się pobocze. To miejsce jest idealne. Czekaj tu, z pewnością ktoś Cię stąd weźmie”. Dziękuję po raz kolejny. Wesoła gromadka macha do mnie radośnie i odjeżdża. Wyobrażam sobie te trzy kobiety, jak kilkadziesiąt lat temu wspólnie rozkręcały nie jedną imprezę. Dawniej przy kufelkach, obecnie przy doniczkach. Niech słońce będzie z wami szalone stulatki!
Stoję i czekam. Znów zawrotna prędkość. Bardzo szybko zatrzymuje się kolejny pojazd. Podbiegam. Zadaje sobie pytanie „czy ten kraj całkowicie się postarzał?”. Znów starzec za kierownicą. Wchodzę. Niestety tym razem nasza komunikacja jest bardzo słaba. Zero zrozumienia z obu stron. Jedyne co udaje nam się wzajemnie przekazać to fakt, że ja jadę do Rostock a ten przemiły Pan zostawi mnie na jakimś wjeździe kawałek dalej. Sam kierowca jedzie do Prenzlau. Minął swój skręt, aby podwieźć mnie kawałek dalej. Dojeżdżamy do drogi prowadzącej z Brussow. Zostaję wyrzucony… w jednym z najgorszych miejsc. Most nad autostradą. Podchodzę bezpośrednio do zjazdu. Zero pobocza. Brak jakiegokolwiek miejsca dla mnie. Jednak… niebieski znak mówiący mi „stop! Ty dalej nie wchodzisz!” stoi kilka metrów dalej. Toteż nie mam co się zbytnio martwić. Spacer do Rostock odpuszczam całkowicie.
Podziwiam okolicę. Same wiatraki. Liczę skrzydła na pierwszej farmie… 1, 2, 20, 40. Patrzę na lewo kolejna farma. Znów 40. Na prawo 30. Śmieje się na głos, nie mogę się przyzwyczaić. Krzyczę… „Gdzie ja jestem? Co to w ogóle ma znaczyć?”. Śmiech niemal mnie rozrywa, czuję się jak w jakiejś krainie z bajki, gdzie dzieciom wciska się nowoczesny pomysł na życie. Patrzę daleko w przód, po horyzont. Moje oczy chcą uciec od widoku tych wielkich zapałek a tam… kolejna farma wiatraków! Ja pieprze! Nie mogę uwierzyć. Jestem w ogromnym szoku. Nie ma to żadnego podtekstu czy ideologii. Po prostu zderzam się z rzeczywistością. Tak to tutaj wygląda. U mnie dwa wiatraki robią furorę a tu nie jestem w stanie ich nawet zliczyć… nie ruszając się z miejsca! Uspokajam się, jednak wewnątrz wciąż się śmieję. Znów wiatrak! Po raz kolejny ogarnia mnie śmiech. Już mi chyba tak zostanie.
Na kartce produkuję kolejne bohomazy. O polska rejestracja! Kilka niemieckich i znów polska! Muszę to jakoś wykorzystać. Stoję na wysepce długiej na 4, szerokiej zaledwie na jeden metr. Na odwrocie mojego biletu do celu piszę po polsku „do przodu”. Czekam kolejnych kilka minut. Przede mną pojawia się cudowna, bo nasza ojczysta rejestracja. Zostaję zauważony. Widzę jednak obojętność na twarzach. Naglę nachodzi mnie błyskotliwa myśl „no tak… polski napis!”. Odwracam szybko kartkę! Tak! To jest to! Pisk opon. Uśmiech na twarzy kierowcy. Szyba zsuwa się w dół. Kierowca mówi „wsiadaj”. Moi nowi znajomi jadą do Świnoujścia. Wybrali się przez niemiecką stronę, bowiem komfort jest dla nich ważny i wolą zrobić kilka kilometrów więcej, mimo to szybciej niż wlec się naszymi uroczymi drogami i wyczekać swoje na promie. Pan szofer dochodzi się o trasę z żoną. Na dodatek w kłótnię jest wplątana Kasia… o znajomo brzmiącym nazwisku „GPS”. Brakuje mi sił na wtrącanie się do tej dyskusji, toteż odpuszczam. Jedziemy. Małżeństwo wciąż się dochodzi. Śmieszy mnie to ogromnie, bowiem trasa jest dziecinnie prosta. Cóż… Nic człowiek nie poradzi. Nagle słyszę:
- „Też ma Pan takie problemy ze swoją kobietą?”
~ „Tak, mam dokładnie to samo!” - odpowiadam
W powietrzu unosi się szczypta walki płci.
Szybko poprawiam swoją wypowiedź.
~ „W sumie… to miałem!”
Szyderczy uśmiech kierowcy odbija się w lusterku, Pani z przedniego siedzenia odwraca się do mnie z wrogą miną! Cóż mam poradzić? W duszy śmiech, na twarzy dyplomatyczny brak emocji. Bo po kogo stanąć stronie? Skoro wyproszenie z samochodu na środku autostrady jest mi nie w smak. Wszyscy nabieramy do siebie dystansu. Mimo to czuć sympatię. Wiem, że tym krótkim komentarzem nabiłem sobie plusów u szofera. Sprzeczka o trasę do Świnoujścia nieco się uspakaja. Bo po cóż narażać się na kolejną jakże subtelną napaść płci męskiej na płeć piękną?
Otóż to. Spokojnie dojeżdżamy do parkingu. Bardzo serdeczne pożegnanie. Żona ucieszona, Mąż rozbawiony, Autostopowicz we właściwym miejscu. Wszystko ułożyło się elegancko.
Rozglądam się wokoło. Znów sporo wiatraków. Masa samochodów, głównie osobówki, jakiś autokar i jedna ciężarówka. Toaleta na wyciągnięcie ręki i stoliki rozsiane po okolicy umożliwiające posiłek w cywilizowanych warunkach. Załatwiam się po raz pierwszy od dłuższego czasu w bardzo mieszczańskim stylu. Obieram kurs na zadaszony stolik. Tak, właśnie nadszedł czas posiłku. Tutaj odpocznę i nabiorę sił na dalszą podróż…
Pamiątkowe zdjęcie z pikniku umożliwia mi rozejrzeć się dokładniej po okolicy. Kadr jest najważniejszy. Chwila wygibasów i już wiem co chcę uwiecznić. Zimowa czapka w środku lata zsuwa się elegancko z czoła stając się na chwilę statywem. Ja niczym wariat biegnę do przodu, nagle zatrzymuje się, siadam po turecku. Spokojnie wstaję podchodzę do aparatu, tak to jest to! O! Jednak nie. Brakuje mi czegoś w tej fotografii. Znów ten sam scenariusz. Biegnę. Zatrzymuje się, siadam! Pewnie goście parkingu mają ze mnie niezły ubaw. To i nawet dobrze, bowiem zdjęcie będzie jeszcze smaczniejsze. Kilka prób i mam w końcu swoją wymarzoną pocztówkę z A20. Tętno powoli spada. Ja rozluźniam się całkowicie. Wiem, że gdyby nawet przyszło mi spać na tym parkingu to nie mam się o co obawiać. Jest tu sympatycznie. Kolejna kromka leci czarterem wprost do moich zeschniętych ust. Nagle pojawia się w okolicy Niemiec z córeczką. Spoglądam na niego. Wyraźnie szuka miejsca do odpoczynku i posiłku. Rozglądam się wokoło. Niestety wszystkie stoliki pozajmowane. Po raz kolejny spoglądam na Niemca i z uśmiechem na twarzy zapraszam go do wspólnego stołu międzynarodowym językiem gestów. Równie sympatycznie dziękuje i korzysta z zaproszenia. Niestety, mój nowy kompan nie mówi po niemiecki. Po chwili dołącza do nas Mama rodziny. Cóż najwidoczniej nie jest nam pisana pogadanka. Bariery językowe w tym momencie jakby przedzielają unoszące się wokoło powietrze. Ciekawi mnie czy mamy o czym rozmawiać. Kurcze, przecież rozmawiałem z każdym kogo napotykałem na swej drodze do tej pory. Czuję się trochę niezręcznie. Pewnie zastanawiają się co robi sam jeden człowiek na środku pustkowia z plecakiem u boku. Niestety nie wyjaśnię im tego słownie. Poważnie jestem skrępowany. Widzę, że w szeregi rodziny wkrada się lekka niepewność, wręcz obawa przed nieznajomym. Staram się dać im maksymalnie dużo przestrzeni. Plecak zsuwam z ławki. Burdel jaki stworzyłem na stole układam przy sobie. Wiem, że tego potrzebują. Mam nadzieję, że rozumieją iż pragnę mimo wszystko przedstawić się jako kulturalna postać.
Co się ze mną dzieje? Szczęki co jest grane? Pytam sam siebie. Już wiem. Właśnie zostałem wypluty z obiegu autostopowego. Taaak! To jest myśl. Zapytam się o podwiezienie. W końcu już tu razem siedzimy kilka minut. Okazuję kulturę i sympatię tak wyraziście jak tylko potrafię. Wiem, że wzbudziłem w nich zaufanie mimo biernego kontaktu. Rozmowa o podwiezieniu będzie najlepszym wyjściem z tej ciszy. Poważnie nie wiem jak to działa, ale mimo kaprysowi Wieży Babel; apropo drogi zawsze się dogaduję. Oj co to? Szczęki ty hieno! Komplementuję siebie po krótkim potoku myśli. „Co, zaoferowałeś im miejsce do posiłku, starałeś się być miły i uprzejmy a teraz w ramach rekompensaty zapytasz o podwiezienie? Ignorant z Ciebie!” – sumienie nie pozwala mi podjąć się tego czynu. Czuję, że zagrałbym nie fer. Nie chcę być łowcą, który poluje na kierowców niczym na dziczyznę zastawiając wnyki tam gdzie to tylko możliwe. Dla czystego sumienia robię rozeznanie. Ruch na parkingu – odpowiedni. Pogoda – przyjazna. Żołądek – zadowolony. Zmęczenie – wciąż milczy. Decyduję się odpuścić nachalność. Nie mogę sobie jednak darować, tego że oni wciąż do końca nie wiedzą kim jestem. Anonimowość, ten fakt mocno mnie dobija.
Skoro nie porozmawiamy, to jak przekazać im z kim mają do czynienia? Miło by było gdyby wiedzieli z kim spędzili tak rytualny obrząd, jakim jest posiłek. Już wiem! Wyciągam mapę. Przyglądam się pokonanej trasie i studiuję odcinki, które jeszcze przede mną. Czuję, że jestem podglądany. To dobrze. Cieszy mnie ten fakt. Po raz kolejny sięgam po swoje zdolności kaligraficzne tworząc bilet na kolejny etap podróży.
Spokój w pełni ogarnia moją duszę. Mój cały dorobek już czeka na mnie machając trokami na wietrze kusząco zapraszając do dalszej jazdy. Przypominam kręgosłupowi o jego odpowiedzialnym żywocie obciążając go po raz kolejny workiem. Zwracam się ku moim kompanom mówiąc „Tschus!”. Ich promienne twarze odbijają pożegnanie z mocnym niemieckim akcentem. Szczerość ich mimiki dodaje mi sił. Rozglądam się chwile po okolicy. Jest dobrze. Udaję się na wyjazd z parkingu. Na kartce widnieje „Next parking A20”. Ufam, że mój komunikat już niebawem wyciągnie mnie z tej wyspy. Czuję się jak Nomad wyczekujący karawany, która zabierze go ze sobą do najbliższej oazy. Niewiadomo jednak kiedy, a nawet czy kiedykolwiek. Te same uczycie, te same problemy jednak inna rzeczywistość. Zamiast piasków, ciężkie masy bitumiczne. Zamiast wydm, przebrzydkie wiatraki. Zamiast szumu Samuma, chaotyczny świst czterokołowców. Rzeczywistość współczesnego wędrowca Europy.
Mija minuta, dwie, kolejne. Klakson! Zły grymas na twarzy kierowcy. Cóż, nie wszyscy muszą mnie kochać, jednak z akceptacją też nie jest najlepiej. Multum spojrzeń, które żywią się moją osobą, multum myśli w głowach szoferów. To tylko ja, autostopowicz. Nieznajomy, który z chęcią pomoże spalić twej maszynie kilka procent paliwa więcej niż się spodziewałeś odpłacając się szerokim uśmiechem i podziwem twej osoby niezależnie od tego kim i jakim człowiekiem jesteś. Jest, widać zwalnia mój wehikuł. Para koło trzydziestki ogromnie się cieszy z naszego spotkania. Ich wygląd przemawia za nich, subkultury wyraźnie zarysowane na twarzach, które z kolei są odzwierciedleniem duszy. Niestety, nasze trasy znacznie się rozbiegają. Z ogromnym żalem żegnamy się, życząc wzajemnie spokoju i powodzenia. Wracam z powrotem na swój plecakowy fotel wysiadując kolejne ropożerne złote jajko. Sam już nie wiem czy to minuty czy stopnie Celsjusza brną szybciej po bieżni bez końca.
>>> ciąg dalszy w następnym artykule...