I Ogólnopolski Zlot Autostopowiczów
„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)
Hosting sponsoruje alpha.pl:
11 listopada 2009 r., autor: szczeki
Ciąg dalszy artykułu. Trzecia i jak na razie ostatnia część.
Mija minuta, dwie, kolejne. Klakson! Zły grymas na twarzy kierowcy. Cóż, nie wszyscy muszą mnie kochać, jednak z akceptacją też nie jest najlepiej. Multum spojrzeń, które żywią się moją osobą, multum myśli w głowach szoferów. To tylko ja, autostopowicz. Nieznajomy, który z chęcią pomoże spalić twej maszynie kilka procent paliwa więcej niż się spodziewałeś odpłacając się szerokim uśmiechem i podziwem twej osoby niezależnie od tego kim i jakim człowiekiem jesteś. Jest, widać zwalnia mój wehikuł. Para koło trzydziestki ogromnie się cieszy z naszego spotkania. Ich wygląd przemawia za nich, subkultury wyraźnie zarysowane na twarzach, które z kolei są odzwierciedleniem duszy. Niestety, nasze trasy znacznie się rozbiegają. Z ogromnym żalem żegnamy się, życząc wzajemnie spokoju i powodzenia. Wracam z powrotem na swój plecakowy fotel wysiadując kolejne ropożerne złote jajko. Sam już nie wiem czy to minuty czy stopnie Celsjusza brną szybciej po bieżni bez końca.
Jest! Stoi! Nie! Jednak nie! O, kolejny! Zatrzymuje się! Niestety, nie dla mnie. Wciąż czekam karmiąc swój umysł milionami myśli na sekundę. Nagle moim oczom ukazuje się maszyna daleko spokrewniona z pięknościami poobwieszanymi chromowanymi felgami.
~ Jedzie pan do przodu A20?
- Tak, jadę.
~ To świetnie. Mogę liczyć na podwiezienie do najbliższego parkingu?
- Oczywiste, wsiadaj!
Samotny szofer koło trzydziestki błyskawicznie wzbudza moje zaufanie. Czuję się bezpiecznie.
~ Sprechen sie Englisch
- Yeah, of course!
Pięknie, zadowolenie oblewa mnie po całości. W końcu będę mógł spokojnie i w miarę zrozumiale porozmawiać z Niemcem… po angielsku. Cały czas pilnuję mapy. Okazuje się, że przemierzymy wspólnie całkiem przyzwoity kawałek drogi. Uspokajam się. Po kilku minutach kierowca przejmuje całkowicie rozmowę, racząc mnie swoim monologiem. Ja tylko od czasu do czasu wtrącam coś od siebie, aby utrzymać werbalny kontakt. Po wcześniejszych przeżyciach z jego rodakami podziwiam płynną angielszczyznę z zaskakująco brytyjskim akcentem. Moje oczy nieustannie przypatrują się znakom. Wiem, że postoje na autostradzie są od siebie znacznie oddalone, toteż muszę być czujny, aby nie przegapić swojej szansy i znów główkować jak wrócić bezpiecznie na Autobahn.
Siedzę i słucham:
- Jadę właśnie z Berlina do dziewczyny nad morze. Jest tam barmanką. Skończyła wyższe studia i rozpoczęła pracę w zawodzie. Rzeczywistość jednak okazała się nieco mniej kolorowa niż mogło się wydawać. Wszystko układało się jej bardzo dobrze. Warunki pracy odpowiednie. Płaca idealna.
~ Co się w takim razie stało, że zmieniła pracę?
- Co się stało? Teraz zarabia naprawdę małe pieniądze, mimo tego zmieniła swoją drogę zawodową w pełni świadomie. Wyścig szczurów mocno ją przytłaczał. Zawiść ludzka. Każdy próbował za wszelką cenę utrzymać się na stanowisku. To co się działo w biurze nie pozwalało jej spokojnie żyć. Z jej strony decyzja o rezygnacji z pracy była bardzo ciężka. Pracowała w końcu na swój sukces wiele lat. Kawałek swojego życia spędziła na studiach tylko po to, aby mieć wyższe wykształcenie i podjąć prace… która to w afekcie wyniszczała ją od środka. Cóż poradzić? Tak to wyglądało. Teraz żyje skromniej, ale za to spokojnie. Bez stresu.
~ Rozumiem o czym mówisz. Odważna dziewczyna. A co z Tobą?
- Ha! Ja swego czasu podejmowałem się wielu różnych rzeczy. Handlowałem z Polską. Dokładniej to sprowadzałem kuchnie z Polski. Interes kręcił się bardzo dobrze, było to już kilka lat temu, gdy ze znajomymi odkryliśmy naprawdę dobry interes. W tamtych czasach zarabiałem naprawdę dużo. Miło teraz wspominam to wszystko. Sprowadzaliśmy z Polski zestawy meblowe. Transport przychodził i dostawaliśmy 5 pełnych kompletów. Rozkładaliśmy to na części i sprzedawaliśmy zamiast 5 kuchni… tak koło 8. Rozumiesz… na papierze przyjeżdżało 5 a wychodziło 8 produktów. Zbijaliśmy na tym ogromne pieniądze. Nie dość, że kupując w Polsce wszystko było tanie. My sprzedawaliśmy to z bardzo dużą marżą, to jeszcze oryginalne zestawy mnożyliśmy poprzez ich dzielenie. Było z tym później trochę problemów. Kwestie papierkowe, które wykrył urząd skarbowy w końcu nas dopadły. Musiałem zapłacić kilkadziesiąt tysięcy za te nieprawidłowości, ale było śmiesznie hehe. Poważnie to był najlepszy okres w moim życiu.
~ Coś przestało mi pasować i mówię „słuchaj, wiesz gdzie przed twoim zjazdem z autostrady jest jakiś parking?
- Nie, a co?
~ Mam mały problem. Wjechaliśmy właśnie w rejon, którego brakuje mi na mapie hehe. Wyrywałem strony z atlasu i przeoczyłem ten kawałek. Także nie wiem, gdzie po drodze będzie jakiś parking. Mało tego... Następny element mapy mówi mi, że dalej autostrada jest… dopiero w planach!
- Spokojnie znajdziemy jakiś parking po drodze.
Jedziemy dłuższy czas. Już niebawem nasze drogi się rozejdą. Moim oczom ukazuje się wielki znak „P”. Brakuje mi odwagi aby poprosić o wysiadkę. Do tego moja chciwość nakazuje mi jechać dalej, w końcu skoro tak dobrze mi się jedzie, to warto nadrobić kilka dodatkowych kilometrów!
Kolejny parking, widzę nazwę. Proszę o zatrzymanie. Mówię, że w przyszłości napiszę piosenkę z nazwą tego postoju, bowiem fakt jego istnienia cieszy mnie ogromnie! Dojeżdżamy do zjazdu i cały czas powtarzamy nazwę, śmiejąc się z niej nieustannie.
Żegnamy się serdecznie. Szofer odjeżdża. Ja załatwiam wszelkie potrzeby w luksusowych warunkach parkingowego ToyToyu.
Nie czekam długo, wiem już że coś tu nie gra. Parking co prawda jest, niestety po drugiej stronie drogi. Leniwi kierowcy zapewne omijają go szerokim łukiem (a raczej prostą), bo komu by się chciało kręcić kierownicą na zjeździe gdy do następnego parkingu (z łagodnym bezpośrednim wjazdem) ma zaledwie kilkadziesiąt kilometrów prostej asfaltowej nawierzchni. Zaczynam się poważnie martwić. Jest Polak! Na szczęście jedzie w moim kierunku. Ciężarówka – czyli luksusy i przestrzeń w ogromnej kabinie. Na nieszczęście czeka na dziewczynę, która jest już w drodze do niego. Tym razem los się do mnie nie uśmiecha.
Mijają kolejne minuty. Postanawiam opuścić ten parking. No dobra, ale jak? Poboczem? Nie ma szans! Studiuję mapę. Mogę się wydostać na boczną drogę. Nie będzie to jednak łatwe. Widzę jeszcze bardziej podrzędny asfalt raptem osiemset metrów ode mnie. Podchodzę do ogrodzenia. Widzę, że jest do przejścia na całkowitym relaksie. W wieku 6 lat pokonywałem większe przeszkody. No to co, idziemy drogi Szczęki? Hmm… gdyby nie to, że ogrodzenie z wspominaną drogą łączy pole zaorane po całości, to nie było by w tym nic trudnego. Wiem, że po 20 metrach będę cały w ziemi, po 100 metrach opadnę z sił, po 300 motywacja mi zaniknie a po 400 zobaczę przed oczyma radiowóz bądź gorzej… rozwścieczonego starego Niemca z widłami w rękach, bądź jakimś większym gadgetem zasponsorowanym przez Unię.
Niestety, nie mam wiele możliwości. Zarzucam plecak na garba i ruszam w stronę zjazdu na Autobahn. Moim oczom ukazuje się furtka prowadząca na pobocze. Cóż mam zrobić? Mogę tu stać i czekać na zbawienie jak starzec w kościele bądź ruszyć na spotkanie ze służbami porządkowymi. Domyślacie się, co teraz ze sobą zrobię… Wejście okazuje się otwarte. Udaję się rowem melioracyjnym wzdłuż pasa o przeciwnym kierunku jazdy. Wiem, że spacer po asfalcie byłby samobójstwem, w przenośni i dosłownie. Ze sporymi trudnościami przebijam się przez zarośnięty kanał. Moim oczom ukazuje się wiadukt. Tak! Jestem na miejscu. Otwieram furtkę i wychodzę na drogę przecinającą autostradę. Spoglądam w prawo… co to? Pole! Szczere pole! Kto tu postawił ten zasrany asfalt? Zerkam w lewo.. widzę połączenie z ulicą, która wciąż jest niecały kilometr ode mnie. Daję sobie chwilę na rozmyślanie. Studiuję mapę, na szczęście ten odcinek już się na niej znajduje. Oj. Niestety tutaj jestem w jeszcze gorszym gównie. Wracać na parking? Iść tą wąską ulicą do przodu? Pytam sam siebie mając ogromny mętlik w głowie. Cóż. Podjąłem się marszu w kierunku Rostock, toteż muszę iść za ciosem. Powrót na autostradę. Wiem, że ten pomysł jest co najmniej głupi, no dobra co najmniej popieprzony! Wcale mi się tam nie podoba. Jednak idę. Dalej rów melioracyjny jest moim szlakiem. Rozmyślam „może się kawałek przebiec, aby jak najszybciej się stad wydostać? Czemu miałbym to robić? Już zrobiłem z siebie idiotę maszerując tu bez głębszego przemyślenia (jakby było co przemyślać…). Kierowcy żywnie się mną interesują. Jeden sięga po coś do schowka. „Pewnie sięgnął po telefon i zaraz będziesz miał kłopoty!” – podpowiadają mi moje myśli. Ogromnie nie lubię takich chwil, mam w głowie milion najgorszych scenariuszu. Po co się stresuję? Dobrze wiem, że moje czarne myśli z reguły się nie sprawdzają. Idę dalej omijając coraz bogatszą florę.
Patrzę w przód. Piękne niebieskie świecidełka skupiają mój wzrok. No to jestem ugotowany! Mandat wartości 100 Euro skutecznie zakończy moją podróż… oby tylko 100! Radiowóz podjeżdża do mnie zatrzymując się na poboczu. Ja metr poniżej czuję się jakby jakieś ogromne potwory miały mnie za sekundę wgnieść w ziemię. Jednak panikę odkładam na bok. Wewnątrz gotuje się we mnie wszystko co tylko możliwe. Na twarzy jednak rysuję zdziwienie które mówi „no dobrze, ale po co Państwo zaprzątają sobie mną głowę?”. Kierowca zostawia włączony sygnał świetlny, zakładając na siebie odblaskową kamizelkę. Jego partnerka (tylko nie policjantka! Z całym szacunkiem, ale kobiety w mundurze od zalania dziejów myślą, że są suberbohaterkami tylko przez to że założyły na siebie kostium rodem z kreskówek. Czy one nie wiedzą, że nie są nieśmiertelne jak te postacie w bajkach?). Nie cierpię kobiet w mundurach. Za każdym razem, gdy taką spotykam odnoszę wrażenie, że ich szowinizm oraz stresy związane z złym doborem partnera uchodzą z nich rwącą falą w pracy. Nie dość, że dobierają sobie złych partnerów, to i z pracą im nie wychodzi. Nawet nie próbuję myśleć o dyskutowaniu – rozmowa z kobietą w mundurze zawsze kończyła się grubym mandatem, czy to przypadek? Nie mi to oceniać, socjologii nie skończyłem toteż tworzenie teorii zostawiam innym.
Z góry spogląda na mnie wampir w zielonym kubraczku rozpoczynając rozmowę:
- Guten Morgen. Passporte bite.
# Ich sprechen nicht Deutsch.
- Passporte bite.
# Ich sprechen nicht Deutsch!
- Passporte bite!
# Że co?
- Passporte bite.
# Co!?
- Passporte bite!
# Aaaa... Paszport. Pewnie że mam!
Widzę, jak moje dane lądują w notatniku, co równa się z mandatem! Zalewa mnie ogromne uczucie utraty niezależności. Czuję stres. Myśli sugerują mi, że za moment zakończę swoją podróż zanim na dobre ją zacząłem. W końcu jak będę mógł kontynuować wycieczkę z wyzerowanym portfelem? Oj, tak. Sytuacja jest co najmniej bardzo zła!
- Du gehen nicht Autobahn!
# Ich sprechen nicht Deutsch.
- Du gehen nicht Autobahn!
# Że co? Że ja tu chodzę? No przecież Pani widzi, że idę!
(wspomagam się gestykulacją jednocześnie wzruszając ramionami ze zdziwienia)
- Du gehen nicht Autobahn!
# No pewnie, że ja tu chodzę przecież widać :)
/// I tak mijają minuty ciężkiej konwersacji
- Zehn Zlotych Bite
Słysząc kwotę dziesięciu złotych aż nie mogę uwierzyć. Wydaje mi się to mocno podejrzane, jednak szczęście zalewa mnie od stóp do głów i staram się upewnić.
# Dziesięć złotych?
- Nein, Zehn Euro oder vierzign Zlotych.
Ojjj… cóż nie jest to jednak dziesięć złotych. W Polsce za kiepa rzuconego na ziemię można wyłapać mandat na co najmniej pięćdziesiąt pln, a tutaj chcą ode mnie zaledwie równowartość czterdziestu. Promienieję ogromnie wyciągając z głęboko schowanego portfela dziesięć Euro. Uśmiecham się szczerze. Łał! Co to jest pytam sam siebie? W moje ręce nie wędruje ręcznie wypisany papierek sporządzony na kolanie. Pani delikatnie wyrywa część z notesiku na wysokości drugiej nadciętej linii, która to mieni się napisem „10 Euro”. Oby tylko nie postanowiła wydrzeć kawałków bliżej góry. Jak widać, w Niemczech wysokość mandatu może być o wiele bardziej przypadkowa niż u nas. Tutaj u nich wystarczy zamknąć oczy i przedrzeć kartkę, a ona ujawni nam przepowiednię: od 5 do 50 Euro. Wszelkie formalności dobiegają końca. Podchodzi do mnie policjant wskazując palcem za mnie i mówi, abym wyszedł właśnie tamtędy. Odwracam się a tu… wyjście! Tak! O kurcze! Wyjście z autostrady jest raptem 8 metrów ode mnie. Teraz żałuję, że nie postanowiłem przebiec kawałka aby uniknąć tego incydentu. Jednak… jednak czuję, że ten wątek wycieczki będzie wart o wiele więcej niż te kilka Euro, które nadało smaczku całości. Można powiedzieć, że niczym w lunaparku zapłaciłem za bilet, który otworzył mi drzwi do rozrywki, której mogą zaznać wyłącznie autostopowicze!
Po raz ostatni spoglądam na służbistów. Dziękuję serdecznie za spotkanie. Zatrzymuję na chwilę Panią w mundurze. Proszę o sekundę. Sięgam do bocznej kieszeni plecaka wyciągając przewodnik po moim rodzinnym mieście Częstochowie.
# Proszę to dla Pani!
- Was?
# Proszę, to jest przewodnik po moim mieście. This is my city! Just take it. Proszę to wziąć, to jest pamiątka z mojej miejscowość.
Macham do państwa z radością wymalowaną na twarzy. Zdziwieni są niesamowicie, pewnie bardziej ode mnie. Wiem, że jesteśmy ludźmi i każdy wykonuję co do niego należy. Oni musieli mi wypisać mandat a moim zadaniem jako turysty było zaproszenie ich do mojego rodzinnego miasta, aby poznali uroki północnej części Polskiej Jury! Pewnie mnie nie odwiedzą, jednak zapewne wrócą do bazy oraz domów i będą snuli krótkometrażowe opowieści o jakimś dziwnym Polaku, który wybrał się zapewne na pielgrzymkę ze swojego Świętego Miasta nie wiedząc, że… na autostradach się nie chodzi! Oj tak, chciałbym to usłyszeć z ich ust. Wierzę, że właśnie tak mnie zapamiętali.
Wychodzę za ogrodzenie autostrady. Jestem na kolejnym wiadukcie. Zerkam na mapę.
Cóż nie ma tu za wiele do główkowania. Powrót na Autobahn byłby samobójstwem. Toteż idę do… wsi! Jestem już kilkaset metrów od wielkiej drogi. Wieś jak wieś. Cisza unosi się w powietrzu. Ani żywej duszy. Teraz wiem jak wygląda tradycyjna architektura Niemiec. Dom obowiązkowo z poddaszem, najlepiej bez pierwszego piętra co by się nie nachodzić za dużo. Brakuje mi trochę zapachu polskiego zwierza… jednak tutaj również coś dziwnego wypełnia okolicę. O tak… jestem na właściwej drodze. Mimo, że idę po asfalcie jakoś czuję się na kolejnym pierdolonym końcu świata! Jedna nitka prowadzi do… autostrady. Druga natomiast w kierunku mojego nie doczekanego Rostock – największymi dziurami jakie tylko Pan mógł zesłać na ten kawałek Europy! O Jedzie! Mały zwinny terenowiec. Kciuk w górę. Taaaak. Zatrzymuje się.
- Dzień Dobry (czyżby dobra passa wróciłą?).
~ Witam
- Jedzie Pan w kierunku Rostock
~ Jadę do Demmin.
- Hmm… ja chcę się dostać do Rostock.
Czuję ogromne zakłopotanie, mogę się stąd wydostać pierwszym stopem, jednak nie bardzo chcę się zapuszczać na noc w otchłań niemieckich landów. W zamieszaniu spoglądam na mapę i decyduję.
- Cóż, dziękuję nie jadę w Pana kierunku.
~ No cóż, to dowidzenia.
- Tschuse!
Co ja najlepszego zrobiłem? – Pytam sam siebie. Sam nie wiem w którym kierunku jechać. Mogę uderzyć na Północ (autostrada i Greifswald) lub na zachód (Rostock, Demmin). Kolejne kilkanaście minut kłopotam się między jednym a drugim wylotem ulicy. Biegam, kręcę się. Co ja tu właściwie robię? No co? W końcu staję w kierunku autostrady (północ). Pobocza – zero. Ścieżka rowerowa jest, jednak dwa metry niżej. Z ledwością mieszczę się na asfalcie pilnując się aby nie zahaczyło mnie żadne przejeżdżające lusterko. Jest już dość późno jak na moją lokalizację. Późne popołudnie nie wróży nic dobrego w tej okolicy. Po kilkunastu minutach udaje mi się zatrzymać samochód. Niemiec – mój rówieśnik, na oko koło dwudziestki prowadzi pojazd z lekkością. Mimo, iż wehikuł jest niewielki komponuje plecak na kolanach. Na szczęście kolega zna angielski. Okazuje się, że niebawem rusza ze znajomym na motocyklową wyprawę wzdłuż wybrzeża Bałtyku: Niemcy, Polska, Rosja, Litwa itd. Uważam ten pomysł za co najmniej genialny! Moja wyobraźnia rozgrzewa się do limitów wytrzymałości. Tak, też tak chcę. Chcę kiedyś wyruszyć motocyklem. Z pewnością to kiedyś zrobię! Wracam na tę nieszczęsną autostradę… „Nie, nie wysiadaj nprzy autostradzie” – słyszę od kierowcy. Ten ciągnie dalej „podwiozę Cię do samego Greifswald, stamtąd będziesz miał lepsze szanse”. Jestem w tak podbramkowej sytuacji, że już sam nie potrafię myśleć. To właśnie urok samotnych podróży odzywa się do mnie – moja kreatywność też ma granice. Z wyczerpaniem psychicznym, nie odczuwalnym (ale z pewnością istniejącym) głodem, lekkim odwodnieniem trudno wpaść na coś mądrego. Na znajomości okolicy przez kierowców już wielokrotnie się przejechałem. Teraz wszystko mi obojętnie. Na prawdę uraczyłem sympatią mojego szofera. „Dobra niech Ci będzie, wieź mnie gdzie uważasz”. Po drodze mijamy Autobahn. Jakoś przestałem czuć sympatię do tego niekończącego się asfaltu. Dojeżdżamy do nadbałtyckiej mieściny. Wjazd jeden za drugim odbija się w lusterku. Oj, jesteśmy co prawda na obrzeżach, ale jednak w mieście! Tutaj nasza wspólna podróż się kończy. Podjeżdżamy na stację benzynową. Żegnamy się, przyjmuję z uśmiechem słowa otuchy wiedząc, że i tak już dzisiaj przeszedłem tyle, że mógłbym powiedzieć „gorzej być nie może” – wolę się jednak nie oszukiwać, bo może być gorzej! Wiem to aż za dobrze. Rozglądam się wchłaniając muzykę otoczenia. Świeże powietrze zalewa moje płuca po całości. Słońce mówi mi bez owijania w bawełnę „gościu… albo jedziesz do Rostock, albo szukaj krzaków dla siebie! Ja już dłużej nie mogę dzisiaj pracować”. Cóż poradzę, to Słońce jest moim zegarkiem, który chce zamknąć dzisiejszą pętlę. Postanawiam polecieć na całość Wyciągam ostatnie dwie kartki białego papieru nadające się do użycia. Z wielką starannością i niecodzienną precyzją maluję litery po kolei. R… O… S… T… O… C… K. Stoję przy stacji. Pobocza brak. Wjazd ostry i niewygodny do wykorzystania dla moich przyszłych zbawicieli. Ulica wąska. Skrzyżowanie 30 metrów wcześniej krzyczy moim oczom, że istnieje jakaś nadzieja. Pozostało mi jedno. Stać, uśmiechać się, nie myśleć – to ostatnie jest wyjątkowo energochłonne i stresujące. Naprzeciwko mnie jest wjazd do jakiegoś przedsiębiorstwa sygnowanego jakimś niemieckim nazwiskiem. Samochody z ich reklamą cały czas przecinają mój pejzaż. Niewiele osób zwraca na mnie uwagę, może przez to, że w sumie nie ma nikogo w okolicy. Jest, jednak jeden pracownik się pojawił i zauważył moją osobę. Uśmiecha się do mnie i życzy powodzenia. Nie otwiera ust. Jego wyraz twarzy i gra ciała mówi wszystko jaśniej niż można by się spodziewać. Dziękuję i stoję dalej. Ruch jest co najmniej kiepski. Do tego wszyscy mijają mnie jakbym nie istniał. Zapomniałem, tych wszystkich jest a raczej było tylko kilku. Po prostu stoję. Stoję. Oczekuję. Czekam. Myślę, aby nie myśleć. Patrzę, aby nie widzieć. Kolejna niemiecka rejestracja miga mi przed oczyma. Coś się zatrzymuje, na ulicy zaraz przy krawężniku kilka metrów za mną. Szczerze… jakoś nie dowierzam że dzisiaj szczęście ma się do mnie uśmiechnąć. Dostałem już swojego autostopowego kopniaka w dupę. Niemieckie drogi znów musiały się pobawić moją osobą.
- Cześć, jedziecie może w kierunku Rostock?
~ Tak, jedziemy do Rostock.
- Ja jadę do Rostock, a wy?
~ No… my też jedziemy do Rostock!
- Jest! Jadę do Rostock!
Wsiadam do środka, przekładam jakieś dziwne figurki, które kojarzą mi się z dewocjonaliami spod Klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie. Znajduje się dla mnie wystarczająco dużo miejsca abym mógł za sobą zamknąć drzwi. Czuję się bardzo dziwnie. Nie ufam, że dojadę dzisiaj do Rostock. Może się przesłyszałem, albo oni to zrobili? Mam ogromny mętlik w głowie. Jednak siedzę i jadę. Standardowo wdaję się w krótką gadkę, rozdaję upominki i… przysypiam! Przebudziłem się. Wygląda na to, że mijamy właśnie tabliczkę „Rostock”. Pięknie. Wręcz cudownie. Opuszczam samochód z dwoma pasażerami – w momencie gdy Ci zrzucają się na benzynę mam nadzieję, że nie zostanę poproszony o dołożenie swojej części. Niestety nie dojechaliśmy do portu, nawet nie jesteśmy w centrum. Wokoło dopiero pojawiły się zabudowania miejskie a moim oczom ukazuje się mała pętla tramwajowa, z której właśnie teraz rusza jakiś bardzo stary skład z balonami i rozradowanymi pasażerami w środku. Mija chwila, gdy podjeżdża nasz tramwaj. Standardowo mam problem z zakupem bilety – bo niby skąd mam wiedzieć gdzie mam jechać? Który bilet mam kupić? Widząc moje zakłopotanie, współtowarzysze ostatniej podwózki pomagają mi. Wsiadamy do środka i ruszamy do stacji centralnej. Jesteśmy na miejscu. Jeden Oleszka udaje się do domu. Drugi rozumie mnie w pełni. Nie muszę nic się odzywać. Odprowadza mnie na peron, mało tego. Czeka ze mną aby się upewnić, że wejdę do odpowiedniego transportu. Dostaję wskazówkę, w której prostotę nie mogę uwierzyć „wsiadasz do środka i jedziesz do końca, ostatni przystanek to port”. Ogromnie się raduję. Żegnam się serdecznie.
Wchodzę do tramwaju. Odczuwam zdziwienie, jeszcze nie wiem dlaczego. Szukam odpowiedniego miejsca dla mnie. Idę w kierunku końca wagonu, po chwili w przeciwną stronę. O jest. Widzę swoje miejsce… niedaleko kabiny konduktora, na podwyższeniu – prawie jak antresola. Siadam dając odpoczynek kręgosłupowi. Rozglądam się. Tramwaj całkowicie inny od tego, którym jechałem przed momentem. Można by rzecz kolejka, choć tak naprawdę niewiele dłuższa od poprzedniego wehikułu. Brakuje mi podpisów na wszelkich elementach wewnętrznych. Jest tu prawie sterylnie. Bez przesady, jednak w porównaniu z częstochowskimi pojazdami widać sporą różnicę. Myślę sobie „słuchaj no Szczęki… czym jest to co mijałeś przed momentem? Po środku tej maszyny widziałeś jakby wydzielone pomieszczenie. Mogłyby to być jakieś urządzenia sterujące, ale na tak owe nie wyglądały, chociażby przez brak oznakowania”. Nie czuję się pewnie, jest za cicho i za spokojnie. Jednak moja ciekawość nie daje mi spokoju. Zarzucam plecak i idę w kierunku nieznanego mi wcześniej elementu wystroju wnętrza. Podchodzę… o kurcze czyżby to były drzwi? Łapę za klamkę dość nieśmiało – cały czas czuję, że robię coś czego nie powinienem. Stanowczo odsuwam wrota i nagle… moim oczom, ku ogromnemu zdziwieniu ukazuje się… muszla. Muszla klozetowa! Łooo… moja twarz wygina się z wrażenia, brwi łącza się z moją czupryną, a żuchwa ciągnie do podłoża. Co to kurwa jest? Kibel! Czuję ogromne zdziwienie, jestem bardzo poruszony spotkaniem toalety w tramwaju. Gdyby u mnie w mieście coś takiego było, to przejażdżki nocnymi liniami byłyby wręcz przyjemnością. Rozumiecie to? Przez całą noc wlewasz w siebie hektolitry piwa i innych trunków. Dopełzasz do przystanku, nagle podjeżdża tramwaj do którego wbiegasz w ostatniej chwili. Jedziesz i po chwili twój pęcherz woła o pomoc, a Ty wiesz, że kolejny tramwaj będzie dopiero za 30 minut. Stoisz i męczysz się sam ze sobą, przecież nie wysiądziesz i nie pójdziesz na nogach do domu bo na dworze temperatura w okolicach zera. „Tak, to jest toaleta” – mówię sam do siebie i wracam na swoje miejsce. Siedzę i śmieję się ciesząc się własnym towarzystwem. Za oknem mijam działki ogrodnicze, są tak blisko że mógłbym zrywać z nich owoce gdyby pojazd stanął na chwile. Jedziemy tak w raptem kilka osób mijając Rostock płynnie „czytając miasto niczym wiersz”. Jadę tak, widząc jak słońce obniża się sukcesywnie zostawiając mi mało czasu na zakończenie tego dnia podróży. Martwi mnie ogromnie Dręczy mnie pytanie – Czy odpływa dziś jeszcze jakiś prom do Danii? Dojeżdżamy do ostatniej stacji - portowej. Na starcie interesuje się mną jedyna osoba czekająca na peronie. Zaburza mocno już dobrze zachwiany spokój mojej duszy. Mężczyzna tak między 25 a 35 rokiem życia z dobrze mi znanym śledzącym spojrzeniem. Nie mam pojęcia w którym kierunku się udać. Na siłę staram się utrzymać pewną minę, udając że jestem wypoczęty. Staram się niepostrzeżenie rozejrzeć. Wiem, że mogę być dla niego łatwym kąskiem. Muszę stąd odejść jak najszybciej, nie mogę okazywać mojego zakłopotania. Pewnym krokiem udaję się w całkowicie niepewnym kierunku. W międzyczasie odwracam się kontrolnie tylko raz. Oj tak, mój nowy przyjaciel wcale nie ma zamiaru spuszczać ze mnie oka. Idę wprost przed siebie. Dochodzę do ulicy, staję na bardzo krótką chwilę, po mojej prawe jest przystanek autobusowy zwiastujący okolice portu, toteż udaję się w tym kierunku. Idę tak przez chwilę, mijam chyba jakiś rządowy obiekt, dobrze ogrodzony – wyraźnie nikt nie chce tam przypadkowych gości. Plątanina uliczek i parkingów wprawia mnie w jeszcze większą dezorientację. Mijam pustą budkę – cóż jak widać tutaj nikt mi dzisiaj nie pomoże. Znów duże rozgałęzienie. No to co w którą stronę idziemy? No dobra niech będzie lewo. Zapominam całkowicie o człowieku z przystanku tramwajowego. Jestem ogromnie zakłopotany. Czuję, że dzisiaj już nic nie będzie mnie w stanie przeprawić na drugą stronę morza. Wokoło port, który sam w sobie jest nieprzyjazny do noclegu, dodatkowo przypomina mi się rozmowa z portu w Gdyni z załogantem jednego z kutrów, który na pytanie o nocleg odpowiedział stanowczo „Nie! Człowieku, to jest strefa graniczna, mielibyśmy przez ciebie ogromne problemy gdybyśmy Cię wzięli na statek. Tu się pływa, a nie śpi.”. To wspomnienie, wcale mi nie pomaga. Port, zaraz miejskie zabudowania. Tak jestem w raju, jednak z pewnością nie moim. Dochodzę do jakiegoś budynku. Może to terminal? Wchodzę do środka. Podchodzę do okienka i dopytuję się o prom do Danii. Ferry – uwielbiam to słowo, jest tak dźwięczne i wspaniałe. Tylko ono powoduje mój uśmiech podczas rozmowy z ekspedientem. Tłumaczy mi, że oni pływają do Helsinek, czy gdziekolwiek indziej, ale nie tam gdzie chcę płynąć ja. Dostaję wskazówki gdzie powinienem się udać. Wychodzę na zewnątrz. Słońce jakby wstrzymywało się od snu wisi nad horyzontem dając mi po raz kolejny „ostatnią szansę”. Teraz dopiero odczuwam stres, tutaj nie ma drogowskazów. Masa bezpłciowego betonu. W życiu nie widziałem tak gołej przestrzeni. Po dłuższej chwili udaje mi się dotrzeć do jeszcze mniejszego budyneczku. Mijam przed nim może z 3 osoby i ku mojemu szczęściu dwie, czy trzy tablice prosto z Polski! Rodzime rejestracje, których nie zamierzam zaczepiać – mam już dość na jeden dzień. Po prostu chcę być w Danii. Nie mam zamiaru oszczędzać na bilecie promowym poprzez stopowanie. Byłoby to zbyt męczące dla mnie. Kupując bilet, mam pewność, że będę tam gdzie chcę o odpowiedniej porze. Wchodzę do środka budynku i przebijam się przez szklane drzwi.
- Dzień dobry, czy można się dostać państwa promem do Danii?
~ Nie…
W ułamku sekundy prawie się załamuję.
Ekspedientka ciągnie dalej.
~…tutaj. Bilety osobowe kupi pan w pokoju obok!
TAK! Moje myśli wybuchają falą radości. Endorfiny wypływają niczym ze zbitego akwarium, które… po zbiciu wcale się nie rozsypało. Wciąż nie wiem czy załapię się dzisiaj na prom i czy dobrze sprawdziłem cenę biletu (będąc jeszcze w domu). Dochodzę do kasjerki. Kilkukrotnie upewniam się co do ceny biletu i moich uprawnień do ulgi. Dostaję wskazówki i najważniejszą wiadomość – prom odpływa jeszcze dziś! Mam kilkanaście minut do odjazdu autobusu, który podwiezie mnie pod burtę mego kolejnego środka transportu. W życiu nie płynąłem promem. Nigdy wcześniej. Wielce mnie to cieszy, że dzisiaj będę miał możliwość poczucia jak to jest. Moje oczekiwania są ogromne. Morze, Ja sam na pokładzie ogromnej jednostki. Do tego zachodzące powoli słońce. Ogromne tankowce w okolicy. Teraz już piękne portowe zabudowania. Kontynent, który będę niebawem zostawiał za sobą. Spaceruję w okolicy z ciężarem na plecach. Przeżywam ogromnie otoczenie. Wielkie szare ściany. Ogromne jednostki pływające. Cisza. Morze jest nawet niepokojąco spokojne. W oddali widać zabudowania wybrzeża. Hmmm… rozpływam się w sytuacji. Robię kilka pamiątkowych zdjęć i wracam na przystanek autobusowy pod terminalem. Wolę się nie spóźnić! – ta myśl rozbrzmiewa w mojej głowie po stokroć intensywniej i poważniej niż kiedykolwiek do tej pory w całym moim życiu. Po drodze napotykam kilka eurocentów pozdrawiających mnie z parkingu. Podnoszę się i jeszcze raz rozglądam po okolicy czując niezwykłą intymność chwili.
Siedzę na schodach obok mego towarzysza podróży – plecaka, który jak nikt pilnuje mnie i wspiera przez cały czas. W okolicy siedzi dosłownie kilka osób. Po mojej prawicy trójka, z której po chwili odłącza się para. Spoglądam kątem oka na człowieka siedzącego samotnie. Jego plecak jest dla mnie dużą dawką wiedzy o nim samym. Co prawda worek jest czysty, jednak małe logo marki Mammut wzbudza drobną przyjaźń. Jego konstrukcja poprzez swój styl i prostotę wzbudza we mnie uczucie sentymentu, jakim darzę mój plecak częstochowskiej firmy Janitex, z którym mam relacje niemal międzyludzkie. To on umożliwił mi pierwsze wycieczki i wciąż zabieram go ze sobą gdy potrzebuję niezastąpionego kompana. W obecnej chwili leży spokojnie w domu, bowiem jego prostota była by dla mnie podczas takiego wyjazdu uciążliwa. Szkoda, że mój poczciwy kompan nie potrafi mówić. Bowiem widział o wiele więcej ode mnie i co najciekawsze, również zwiedził większy kawał świata niż ja umożliwiając spełnianie marzeń moich znajomych. Właściciel Mammuta, blondyn o spokojnych rysach twarzy zdaje się również rzucać na mnie kątem oka. Mija kila minut, zasiadam na przeciwległym końcu ławki. Nie patrzymy na siebie wprost, nie rozmawiamy, z pewnością jesteśmy innych narodowości, mogłoby wydawać się, że nie łączy nas nic. Czuję jednak po kościach, że pojawiła się między nami więź o wiele mocniejsza niż mogłoby to się zdawać postronnemu obserwatorowi. Oboje przemieszczamy się samotnie, znajdujemy się w miejscu będącym potencjalnie stwarzającym zagrożenia dla podróżujących. Skupisko ludzi jakie spotkamy na promie i zaraz po wyjściu z niego wcale nie będzie dla nas pomocne. Wyobraźcie siebie w roli miejscowego rzezimieszka, który widzi dwie samotnie poruszające się jednostki, które na pewno mają albo mile wypchany portfel albo chociaż jakiś fajny czarny aparat w plecaku. Z pewnością łatwy cel. Co prawda nie przejmuję się tym faktem bardzo, mimo iż jestem świadomy możliwości takiego scenariusza. Mija tak chwila za chwilą. Nagle cisza zostaje przełamana. Nawiązujemy szczątkowy kontakt werbalny. Okazuje się, że kolega jest moim imiennikiem. Potwierdza mi pośrednio, że również by chciał przebyć morze razem ze mną. Dokładniej to wyczuwamy to oboje – jest to swego rodzaju „chemia podróżnicza”. Rozumienie bez słów. Ufamy sobie na tyle aby wspólnie przebyć wielką wodę. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że On mówi tylko po niemiecku a ja do niego po angielsku. Mimo to, porozumiewamy się bez większych przeszkód.
Dostajemy się na prom. Miło jest patrzeć, jak subtelnie pomniejszają się zabudowania brzegu, aby w końcu zniknąć. Mniejsze jednostki pływające dają porównanie jak wielkim jesteśmy statkiem przecinając nasz kilwater z pełną elegancją. Czuję, że powinienem znajdować się bliżej tafli wody. Spoglądam na romantyczną chwilę, w której słońce tonie w głębinach. Wyciągam aparat i zatrzymuję ją dla potomnych. Na zewnętrznym pokładzie wieje bardzo mocno, jest zimno. Postanawiamy wejść do środka. Szczerze… moje wielkie oczekiwania zrównały mnie z poziomem morza. I to ma być ta cudowna przeprawa promem? Przecież to sterta żelastwa, która nawet nie daje mi możliwości poczucia wielkiej wody. Jak widać, moje oczekiwania przerosły rzeczywistość. Po prostu pomyliłem środek transportu. Wewnątrz okazuje się, że jestem w wielkim – samowystarczalnym budynku. Restauracje, sklepy itd. Robi to na mnie wrażenie, mimo świadomości że jest to maluch wśród rodziny promów. Teraz dopiero zaczynam rozumieć… oczekiwałem wrażeń i je dostałem. Spoglądałem w myślach na morze a w rzeczywistości zostały skierowane do wewnątrz. Emocje oczywiście na bieżąco dają o sobie znać, jednak na innym polu niż się tego spodziewałem.
Układamy się przy oknach, na podłodze opierając zmęczone ciała o plecaki. Po kilkunastu minutach rejsu podchodzi do nas dwóch Polaków. Chcą wymienić złotówki na Euro. Tłumaczę im, że nie pomogę w tej sytuacji, ponieważ sam będę miał problemy z wymianą złotówek na duńską walutę. Ci ciągną dalej swoją prośbę. Mówię stanowczo „Panowie, nie pomogę wam”. Czuję z tego powodu wyrzuty sumienia (nie pomogam rodakom), z drugiej strony nie moja wina, iż nie przygotowali się na wyjazd. Mam teraz płacić za ich brak rozgarnięcia? Robi mi się ich szkoda, chciałbym im powiedzieć wprost co o tym myślę, jednak nie miałoby to większego sensu. Jeden z nich odpuszcza widząc, że nic ze mną nie załatwią. Jego wyraz twarzy martwi mnie mówiąc wprost „dobra frajerze, nie chcesz nam pomóc to nie będziemy się Ciebie prosili, jak widać nie można polegać na rodakach za granicą”. Co mam mu powiedzieć? Myśleliście, że zapłaciliście za wycieczkę i wszystko się zrobi samo? Trudno mi jest odmówić jednak powtarzam „Panowie, nie pomogę wam”. Drugi rodak chyba naprawdę porzucił bystrość już dawno temu. Ciągnie dalej swoją rolę irytując mnie i swego towarzysza, który już chciałby mieć tę rozmowę za sobą (ja zresztą również). Wystrzegam się tłumaczenia z mojej decyzji, wolę aby zabrali ze sobą złe wspomnienia o mnie niż siedzieli tu i prowadzili bezowocną rozmowę. Choć, na dłuższą metą mogła by być dla nas obojga wartościowa – jednak nie moją rolą jest edukacja podróżnych… przynajmniej nie w tym momencie. W końcu żegnają się ze mną i ku mojemu zadowoleniu pierwszy z nich kończy nasze spotkanie bardzo kulturalnie i stanowczo – myślę, że zrozumieliśmy się bardziej niż można by się tego spodziewać. Mam nadzieję, że oby dwoje (niekoniecznie troje) wynieśliśmy naukę z tego krótkiego spotkania. Czuje się jednocześnie podle i dumnie z zaistniałej sytuacji. Rodacy wciąż krążą po korytarzach. Gdy w końcu przewijają się z dziewczętami, mój towarzysz mówi do mnie „Macie u siebie ładne dziewczyny. Polki są naprawdę piękne”. Mimo barier językowych rozumiem go idealnie. Patrząc na te dziewczęta widzę, że faktycznie są ładne, jednak do piękności brakuje im wiele. Czuję ogromną radość. Obcokrajowiec siedzi osłupiały pod wrażeniem naszego narodowego skarbu… którego tak naprawdę jeszcze nie miał okazji widzieć w pełnej okazałości.
Czas mija spokojnie. Fale odpoczywają dając nam taką samą możliwość. W końcu holu starsza kobieta ubrana w żywo kolorowe szaty uprawia jogę instruując jakąś nastolatkę, najprawdopodobniej jej uczennicę bądź przypadkowo spotkaną dziewczyną na promie. Spoglądam w okno, moim oczom ukazuje się farma elektrowni wiatrowych… na środku morza! Jest to dla mnie szok! Coś cudownego i okropnego zarazem. Siła natury daje nam ogromne możliwości. My wykorzystując je na coraz większe potrzeby energetyczne mordując tym samym przepiękne walory krajobrazowe. Widok ten budzi we mnie skrajne uczucia podziwu i złości. Wypadkowa leży jednak po radosnej stronie myśli. Wygląda na to, że zbliżamy się do lądu. Dowiaduje się, ze mój kompan płynie do swojej dziewczyny jednocześnie tak blisko i daleko jego miejsca zamieszkania. Półtorej godziny drogi, półtorej godziny oczekiwania na bliską sobie osobę, której przybycie leży w rękach wszystkich w tym natury, tylko nie jej własnych ani jej partnera.
Opuszczamy prom wspólnie. Idziemy na miejsce spotkania mego nowego kolegi z jego wybranką. Głęboko czuję nadzieję, na to że zostanę zaproszony na noc bądź udzielą mi jakiejś pomocy. Niestety nic takiego się nie dzieje. Dziewczyna już czeka na brzegu, spoglądam na nią… i w momencie rozumiem podziw z jakim się spotkałem gdy Polki przemknęły nam przed oczyma podczas rejsu. Żegnamy się równie goło emocjonalnie jak podczas naszego spotkania. Wypełniliśmy naszą misję wsparcia podczas podróży, teraz rozchodzimy się. Każdy w swoją stronę.
No tak, tylko w którą stronę? Kręcę się chwile w promieniu kilkunastu metrów. Zauważam nagle wymalowane stopy na podłożu, niczym ślady Yeti. Podążam za nimi. Niskie duńskie zabudowania wprowadzają mnie w stan podziwu, po ciężkim dniu w podróży czuję się bardzo szczęśliwie. W końcu jestem w Danii! Tak, jestem w Danii! Już drugiego dnia podróży, niecałe 48 godzin od wyjścia z domu jestem w Danii. Ale zajebiście! Napajam się widokiem wybrzeża, a raczej jego infrastrukturą. No tak, znowu jestem w dupie. Uwielbiam tę mieszankę nastrojów. Boję się czegoś, strach ten motywuje mnie do podjęcia wyzwania. Gdy udaje mi się podołać temu; radość zalewa mnie w sposób nie do opisania. Nie potrafię tego opisać… nawet oddanie się temu uczuciu w pełni wydaje się niemożliwe – jest tak cudowne! Czyste, nieskazitelne szczęście bez domieszek i zależności. Po prostu szczęście. Czuję się szczęśliwie.
Słońca już nie widzę, promienie jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa. Wciąż niebo odbija ostatki naturalnego światła gratulując podróży i zapraszając teraz już stanowczo do snu. Kręcę się po okolicy angażując rezerwy energii. Brak odpowiedniego odżywiania daje się we znaki. Dziwne substancje w moim organizmie utrzymywały mnie przy życiu podczas zmagań do celu. Teraz, gdy go osiągnąłem cała wewnętrzna siła opadła zabierając ze sobą wszelką motywację. Jedyne co wciąż ze mną jest to wola przetrwania, która prowadzi mnie przez uliczki małego nadmorskiego miasteczka Gedser. Wracam się do portu. Idę wzdłuż ogrodzenia przy parkingu, widzę kilka prześwitów w krzakach, które były by idealnym miejscem na nocleg, gdyby nie to, że ta ścieżka wygląda na często uczęszczany trakt. Idę dalej w kierunku północy. Nie wiem czy to półmrok, czy mrok a może ciemność rozrzedzona przez okoliczne latarnie. W każdym bądź razie jeszcze coś widzę i szukam dalej odpowiedniego miejsca, takiego gdzie brakło by powodów normalnemu człowiekowi aby tam zawitać. Udaje mi się wejść w kolejną plątaninę krzewo-krzaków w małym zagajniku. Idę pomiędzy ogrodzeniem drogi a prywatnym płotem. Wąska ścieżka jest, jednak wygląda na rzadko uczęszczaną. Po kilkunastu metrach napotykam na kolejne zabudowania. Cóż jakby to ująć… jestem w dupie! Ta dupa jednak pasuje mi jak ulał. Przy jednej posesji widzę posiane gęsto jakieś zarośla. Oj, kłujące w dodatku. Metr od płotu posesji, z dziesięć od przeciwległego ogródka. Blask latarni naszej poczciwej E55 pomaga mi wpleść się w zarośla. Bardzo niezgrabnie rozkładam płachtę biwakową w małej przestrzeni poniżej jednego metra. Odgłosy samochodów od czasu do czasu pomykających kilka metrów dalej ubarwiają całą sytuację nadając jej odpowiedni autostopowy ton. Podróż sama pilnuje swego charakteru.
Brakuje mi sił na opisanie moich emocji, po prostu chcę spać. W końcu jestem w Danii!
Szczęki Słoneczny