Cytat dnia

„Czy wiatr zawsze wieje ci w oczy? Tak, aż do samego końca. Czy całodniowa podróż trwa cały dzień? Od rana od wieczora, mój przyjacielu.”
Christina Georgina Rossetti (1830-1894)

Lwów - przewodnik
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Prawa wolna a lewą się wyklepie czyli autostopem do Portugalii

28 grudnia 2009 r., autor: Zindange

Wszystko zaczęło się od nagłej myśli jak wreszcie można zrealizować tkwiący od dawna w głowie plan…..szybki post i z tylu możliwych osób znalazła się jednak ta właściwa. Krótka decyzja- jedziemy i tak…

...07.08.2009 Piątek

O 11.09 zaczęliśmy łapać stopa w Kołbaskowie. Po prawie dwóch godzinach lekka konsternacja bo stoimy dalej [ ooo gdybyśmy wtedy wiedzieli co będzie później…!]…i wtedy z piskiem opon zatrzymuje się czerwone Subaru Impreza na szwajcarskich blachach. Mikołaj, jako mapowy, poszedł negocjować z kierowcą. Na dzień dobry poczęstowano go tekstem : Mówicie po polsku? Jak nie to wypierdalać. Oczywiście mówimy po polsku więc najbliższe 6 godzin spędziliśmy w towarzystwie Bogdana, Polaka mieszkającego w Szwajcarii. Przez ten czas usłyszeliśmy dokładną historię jego życia, rozwodów, kochanek, dzieci, uzależnienia od netu i seksu. Bogdan ma 51 lat i od 27 mieszka w Szwajcarii i jest maniakiem teorii spiskowych. W takich klimatach dojechaliśmy za Norymbergę gdzie na parkingu Mikołaj wypatrzył kamiona na portugalskich blachach [ i to by było na tyle jeśli chodzi o jego sokoli wzrok :P]. Kierowcą okazał się być Ukrainiec mieszkający w Portugalii, mówiący nawet dobrze po polsku. Gienek leciał na Lizbonę i bez problemu zgodził się nas zabrać. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jakiego mieliśmy farta J. Tego dnia dojechaliśmy jakieś 60 km za Karlsruhe gdzie wypadł nam pierwszy z noclegów parkingowo-tirowych.. Po przepysznej kolacji składającej się z zupki chińskiej nadszedł czas na degustację miejscowych wyrobów alkoholowych. Zwyczaj trzeba było nieco nagiąć do formy wyrobu kupionego lokalnie ;) Padło na Becka i Gorbaczowa. Kiedy my kultywowaliśmy prastary zwyczaj a nasz kierowca degustował polskie piwo, pojawił się kolejny autostopowicz- JMartin jechał z Holandii do Strasburga na wesele swojego kumpla. Oczywiście w ramach solidarności zaprosiliśmy go do nas, i tak w wesołym klimacie toczył się międzynarodowy wieczór. W pewnym momencie Martin wyciągnął z namiotu świetlne poje i mieliśmy nawet okazje chwile razem pomachać. Nie wytrzymał jednak długo i po drugim drinku poszedł spać. Przedtem jeszcze zdążył odbyć z Mikołajem całkiem poważną dyskusję na temat punkowego charakteru pewnych zespołów. Okazuje się, że holenderskie pojęcie nieco się różni w tej kwestii od polskiego ;) W związku z tym , że nasz kamion musiał trochę postać i nie ruszał skoro świt my wylądowaliśmy w namiocie przed 5 rano….



08.08.2009 sobota

Mieliśmy sporo czasu do wyjazdu więc sobota zaczęła się bardzo nieśpiesznie. Okazało się, że jeziorko nad którym położony był parking jest całkiem uroczeJOddawaliśmy się więc rozrywce obserwowania życia parkingowego i coraz to bardziej wypasionych aut na niego zajeżdżających. Uczucie było lekko surrealistyczne…jeszcze wczoraj Szczecin, wszystko wyglądało zupełnie normalnie a teraz nagle znajduje się na jakimś wielkim parkingu gdzieś przy francuskiej granicy, odbywają się opowieści dziwnej treści, co chwila przetaczają się wycieczki emerytów wysypujące się z autokarów i co chwila auta na blachach z każdej strony Europy odjeżdżają w dalszą drogę tylko po to aby ich miejsce zajęły zaraz nowe...A my tak trochę z boku się temu przyglądamy, spokojnie czekamy aż nasz kamion będzie mógł jechać dalej. Dziwne piwo cytrynowe w dłoni, Peszek brzęcząca w uszach i czuje, że spełnia się w końcu chociaż jedno cholerne marzenie. Ogarnia mnie poczucie, że już ta jedna doba przyniosła więcej wrażeń niż mogłam oczekiwać :) że po to się właśnie żyje!

No a nasz kierowca, Gienek, to też całkiem osobna historia....Trzeba mieć Mikołajowe szczęście żeby trafić na takiego człowieka :)Zabawnie łączy portugalski z ukraińskim i polskim, zachwycony tym, że podróżujemy w taki sposób i tym, że jesteśmy jego pierwszymi autostopowiczami. Tak bardzo się nami przejmuje, że aż uśmiechamy się pod nosem :)Ale swoją drogą to ciekawa postać...w latach osiemdziesiątych służył w wojsku na pograniczu z Afganistanem gdzie zarobił 3 kule. Ledwo go odratowali a jedna z kul dalej tkwi mu gdzieś pod żebrami. Skończył ekonomie i dziennikarstwo, pracował w banku a odnalazł się za kółkiem wielkiej ciężarówy :)



W końcu popołudniem ruszamy w dalszą drogę. Przekraczamy granicę w okolicach Baden-Baden i jesteśmy we Francji. Pola słoneczników, kukurydzy i małe miasteczka żywcem wyjęte z Allo, Allo.

Jest już noc kiedy docieramy na kolejny parking w Besancon i spędzamy kolejne kilka godzin na pogawędkach i integracji wokół ognia kuchenki gazowej.



09.08.2009 Niedziela

Jest niedziela więc kamiony muszą sobie postać na parkingach. Mamy zatem dzień na leniuchowanie...moglibyśmy co prawda próbować łapać stopa ale pewnie żadna osobówką nie dojechalibyśmy bezpośrednio do Lizbony a wszystkie tiry oprócz frigo i tak pauzują. Oddajemy się więc nic nie robieniu, przyglądaniu się życiu kierowców i ich zwyczajom, polujemy z aparatem na króliki biegające po parkingu i zapoznajemy się z wyrobami lokalnych winnic :) W pewnym momencie dołączył do nas także portugalski kolega Gienka, który z wielkim zapałem wskazywał nam na mapie gdzie warto się udać w okolicach Porto, gdzie mają najlepsze campingi. I czynił to bardzo w południowym stylu – gestykulując, wydając naśladowcze dzwięki hehe np. pociągu.



Swoją drogą to szykując do wyjazdu nastawiałam się na takie rzeczy jak dźwiganie naplecznika, drepcedes poboczami i inne takie przyjemności. A tu jak na razie warunki luksusowe! Dwudaniowe obiady szykowane przez Gienka, w kamionie miejsce leżące a do tego na każdej area servis prysznic, dostęp do zimnego piwa albo wina. Żyć nie umierać :P



Wieczorem poszedł ostatni zapas alkoholu z Polski. Okazało się jednak, że połączenie Żubrówki z francuskim winem okazało się dla mnie lekko zabójcze i wieczór okazał się dla lekko dłuższy niż przewidywałam. Całe szczęście opiekun był obok i nie padłam martwa pod jakimś drzewem ;)



10.08.2009 Poniedziałek...

Pobudka w środku nocy, niemal po omacku złożyliśmy namiot i ruszamy w dalszą drogę...Przejechaliśmy ok 780 km i na koniec dnia znaleźliśmy się za Bordoux, jakieś 160 km od granicy w St Sebastian. Kolejny parking dla ciężarówek, a my powoli zaczynamy czuć się na nich jak u siebie :)

Podczas kolejnej odsłony kuchni polowej dołączył do nas Kristof P:) Kristof zaparkował swojego kamiona obok nas, a że polskie blachy od razu rzuciły się mi w oczy to poczułam więź z rodakiem i zaprosiłam go na obiad hehe. Kristof był z Łowicza i leciał na Madryt, jak większość polskich kierowców w tych okolicach. Po obiedzie leżeliśmy sobie z Mikołajem na trawce łapiąc ostatnie promienie słońca a Gienek z Kristofem majstrowali sałatkę i zawzięcie o czymś dyskutowali. Kiedy już skończyli nadszedł czas na lekcję....picia rakiji. Nie spodziewałam się tego przeżyć ale okazało się całkiem przyjemnie hehe Jednak podróże rzeczywiście kształcą ;)



11.08.2009 Wtorek

Kolejny start w ciemnościach nocy i zmierzamy już w kierunku Portugalii. Mijamy spalone słońcem pola i gaje oliwne, przedzieramy się przez Madryt, który nie wywiera specjalnie dobrego wrażenia...ale może po prostu nie trafiamy w odpowiednie okolice.

Jedziemy też na pierwszy rozładunek, co okazało się naprawdę nie lada wyprawą...Tak naprawdę nikt nie wiedział gdzie mamy towar dostarczyć więc kluczyliśmy czterdziestoma tomami po niemal pustynnych bezdrożach, wąskich uliczkach i totalnych zadupiach. W końcu udało się trafić na budowę pola golfowego gdzie mieliśmy okazję przekonać się, że tir to także auto terenowe. I to ostre ;) Teren robił wrażenie, przestrzenie ogromne i nakład robót włożony w przekształcenie go w teren rozrywki olbrzymi. Ale jednocześnie widać było jak niszczycielsko wpłynęło to wszystko na przyrodę...

Po tym rajdzie Paryż- Dakar została już do osiągnięcia tylko Portugalia :) I po 108 godzinach podróży pierwsze kroki postawiliśmy na jej terenie tuż po 23 :) W związku z tym , że nie daliśmy rady dojechać do Lizbony trzeba było wykombinować kolejny nocleg…porządnych parkingów brak więc po paru kilometrach, wjechawszy do Estremoz, stanęliśmy na pierwszej oświetlonej zatoczce.

Smażenie kotletów czy gotowanie pierogów tuż przy drodze nie było już pierwszyzną ;) Ponieważ w sumie kiepsko było z miejscem na namiot zaświtała mi w głowie szatańska myśl…po otrzymaniu od Gienka potwierdzenia, że naczepa może być otwarta w nocy[ w końcu nikt po cichu nie wyniesie 10 ton żelastwa ze środka] zarządziłam rozbicie namiotu w środku J Wyglądało to dosyć dziwnie ale sprawdziło się super. A jakież było nasze zdziwienie kiedy wdrapawszy się na naczepę stwierdziliśmy, że za murem obok którego stoimy znajduje się cmentarz….Nocleg był ciekawy hehe w dość sztywnym towarzystwie



12.08.2009 Środa

Zanim ruszyliśmy poszłam jeszcze obejrzeć cmentarz. Czy można w stosunku do takiego miejsca użyć słowa urocze? Bo w zasadzie taki właśnie był. Zupełnie inny od naszych cmentarzy, pełen małych grobowców i białego marmuru z kamieniołomu po drugiej stronie ulicy, wręcz jaśniał w promieniach porannego słońca.

Ruszyliśmy na kolejny rozładunek. Tym razem było nieco łatwiej trafić ale i tak z podziwem patrzyłam, jak Gienek manewruje wielką ciężarówką po wąskich uliczkach małego miasteczka. W czasie poszukiwań dało się zauważyć bardzo fajną cechę Portugalczyków- jeśli zwrócisz się do nich o pomoc, z jakimś pytaniem to naprawdę wiele zrobią żeby ci pomóc. Mieliśmy okazję się potem o tym kilkakrotnie przekonać J

Kiedy Gienek czekał na rozładunek my poszliśmy zobaczyć co kryje się za najbliższymi zakrętami. Za jednym znalazł się dość nieciekawy widok…wysychający Tag, zasilany jednak śmierdzącymi ściekami. Na brzegu poustawiane rozpadające się budki i pomosty…masakra, niezbyt wesoły widok. Postanowiliśmy namierzyć jakiś bar i zaopatrzyć się w coś zimnego ponieważ zrobiło się niemiłosiernie gorąco. I tak trafiliśmy na naszego pierwszego zimnego Sagresa J i wpadliśmy hehe. Wróciliśmy po Gienka i ruszyliśmy już prosto do Lizbony J

Wjazd do miasta mostem Vasco da Gamy zapowiadał ciekawe wrażenia. Zostawiwszy plecaki w kamionie i umówiwszy się z Gienkiem, że wieczorem odbierze nas z Sintry, ruszyliśmy w stronę centrum. Na pierwszy rzut wybraliśmy Oceanarium i okolice. Ja wiedziałam, że to nie będzie jak to w Gdyni, ale że aż tak nie będzie to się nie spodziewałam ;) naprawdę wielkość i ilość zwierzaków robi wrażenie….Niektóre ryby takie, że momentami nie byłam pewna czy są prawdziwe czy stanowią jakiś element wyposażenia….Potem jeszcze spacer między fontannami Parku Narodów i trzeba było jakoś dostać się do Sintry. Mapa, przewodnik i język w gębie i jakoś udało się dotrzeć J Ponieważ Gienek dalej nie dzwonił [ chyba o nas nie zapomniał??]udaliśmy się na szybkie zwiedzanie Sintry. Piękna , cudowna, urocza…i można by tak długo :P Zasiedzieliśmy się przed pałacem gdzie zorientowaliśmy się, że nie mamy zasięgu…ot i tajemnica nie odzywania się Gienka. Ale było tak cudnie, że na chwile czas przestał płynąć….Spotkaliśmy się z nim w końcu w lokalnej Pizzy Hut urządzonej w budynku podobnym do hiszpańskiej hacjendy i ruszyliśmy do Mafry. Kwestia przygarnięcia na nocleg przez kierowcę zawsze był sprawą przez którą dalekie podróże wydawały mi się takie fajne. No i proszę J Gienek ugościł nas typową portugalską kuchnią [ ja co prawda musiałam się zadowolić zimną już pizzą, ale to i tak lepsze niż zupka chińska hehe], młodym winem i noclegiem w prawdziwym wielkim łóżku. Z którego i tak udało mi się prawie zepchnąć Mikołaja. Oczywiście nieświadomie…W ogóle to ja się ponoć strasznie rozpychałam hmmm.

Podczas kolacji dowiedzieliśmy się, że w Portugalii kurczaka robią z królika hehe i to przejęzyczenie tak nam się spodobało, że na stałe weszło do podróżniczych żartów J



13.08.2009 Czwartek

Obudzeni rano przez Gienka żegnamy się z ostatnim na jakiś czas prawdziwym łóżkiem i wyruszamy na mały spacer po Mafrze. Gienek strasznie chciał mieć zdjęcia, które zrobiliśmy po drodze a my spacer do kafejki internetowej wykorzystaliśmy jako okazję do przyjrzenia się ciekawemu klasztorowi. Przy okazji załapaliśmy się na przysięgę wojskową i pochód wojskowyJ Szybki powrót po plecaki i na autobus do Sintry. Gienek nawet chciał nas zawieść ale koledzy od których miał pożyczyć auto zapili i niestety nie mogli dojechać. Za to dostaliśmy na drogę ogromnego melona. Ale naprawdę ogromnego, jadłam go trzy dni i nie dałam rady ;)

Niestety w Sintrze okazało się, ze nie ma tam żadnego pola namiotowego ani schroniska i musieliśmy jechać do następnego miasteczka. Na szczęście facet w informacji był w stanie wszystko nam wyjaśnić a kierowca autobusu w Cascais powiedzieć gdzie wysiąść. Okazało się, że camping jest nad samym Oceanem J Stwierdziliśmy więc, że nie chce nam się wracać do miasta, chwyciliśmy ręczniki, zabraliśmy wino i ruszyliśmy na plażę. Chyba nie muszę mówić, że byliśmy zachwyceni….błękitna woda, skały, klify, fale, wiatr…czysta radość J Huk Oceanu i wiatru słychać było już na wydmach, przez które musieliśmy się przedrzeć. Podczas tej wędrówki padł dialog, który wygrał ze wszystkimi innymi : Ja czując już zapach Oceanu mówię : -Dla takich chwil warto żyć!!. Na to Mikołaj :- #$%^%$ Gdzie jest moja zapalniczka??!!......

Postarałam się oczywiście dopełnić tradycji i wino na plaży zostało wypiteJ w zasadzie to nie wiem skąd ten zwyczaj się wziął…ale dbam o niego :P Fale okazały się prawdziwymi falami, przykrywały po głowę, huczały i pozwalały bawić się jak w dzieciństwie J A nocą….tak rozgwieżdżonego nieba nie widziałam dawno….

Biorąc pod uwagę, że rano wypadało by jednak pojechać coś zobaczyć przedarliśmy się z powrotem przez wydmy i wróciliśmy do namiotu….Ale komu by się chciało spać hehe zasiedliśmy więc na drzewie służącym nam za ławkę i przy gorącym kubku oddaliśmy się kolejnym opowieściom dziwnej treści J



14.08.2009 Piątek



Był ambitny plan zwiedzenia Cascais i Sintry ale niestety do tego konieczne byłoby wczesne wstanie…ruszyliśmy więc od razu do Sintry. Atmosfery miasteczka nie zakłóciły nawet tabuny turystów okupujące główne punkty. Udało nam się jednak znaleźć miejsca gdzie panowała błoga cisza i spokój. Uroczy park pełen dziwnych kolorowych zwierząt, wijących się alejek i schodów, małych wodopojów czy ocienione stare uliczki prowadzące od jednego pałacyku do drugiego. I mimo, że nie dotarliśmy do kilku miejsc które chcieliśmy zobaczyć [ w końcu wszędzie pod górkę a upał nieziemski] to Sintra pozostaje jednym z najpiękniejszych miejsc, które skrywa Portugalia. Mikołaj znalazł tez uroczy porzucony domek z tarasami i azulejos, który aż się prosił, żeby się nim zająć i otworzyć w nim np. schronisko dla autostopowiczów ;) gdyby tylko mieć jakiś milion euro …. Po powrocie na camping oczywiście od razu na plaże, i tym razem postanowiłam podtrzymać kolejna tradycję czyli nagą nocną kąpiel. Co tu dużo mówić…było fajnie ;)



15.08.2009 Sobota

No cóż….miało być Porto ale w obliczu topniejących funduszy Mikołaja i dość drogiego biletu na pociąg postanowiliśmy zmodyfikować plan. Pomysł leczenia kaca leżąc plackiem na plaży wydał się nawet kuszący. Jak na złość słońce schowało się na dobre za chmurami :/ ale cóż, plan to plan…tak sobie leżymy, leżymy i leżymy aż nagle zaczęło przygrzewać słonko. A my dalej leżymy… dopiero po jakimś czasie tknęło mnie żeby może się jakimś filtrem posmarować? Niestety okazało się, że byłojuż trochę za późno…Czy ja rano mówiłam Mikołajowi, że nad wodą wiatr też opala? Jakoś chyba nie dotarły do moich uszu te słowa….Schodziliśmy z plaży czerwoni jak raczki.

Wymeldowawszy się z campingu wróciliśmy na plaże już ze wszystkimi tobołami. Stopień zjarania nie wróżył spokojnej nocy. Byliśmy tak przegrzani, że nawet nie mieliśmy zdrowia by otworzyć wino. Wsunęliśmy się w śpiwory i tu zaczęły się problemy… Bolało każde dotknięcie karimaty. Także więcej było niespania niż spania. Ja jeszcze mogłam naciągnąć na głowę kaptur i schować się przed wiatrem ale Mikołajowi co i rusz dawał piaskiem po twarzy. Także świetny sam w sobie pomysł spania na plaży przez małą techniczną przeszkodę okazał się mniej fajny…ZAPAMIĘTAĆ : chcąc spać na plaży należy postarać nie zjarać się doszczętnie!



16.08.2009 Niedziela

Nadal odczuwając objawy lekkiego udaru zebraliśmy z piachu nasze graty i ruszyliśmy na przystanek obierając za cel Lizbonę. Ponieważ tradycyjnie na przystanku nie było rozkładu, wykorzystaliśmy sposób który sprawdzał się od paru dni. Mikołaj zapala papierosa i wtedy powinien podjechać transport. Stało się tak i tym razem. Zanim zdążył dopalić- autobus podjechał :P Po godzinie byliśmy w Lizbonie, resztką sil dowlekliśmy się do znalezionego poprzednio schroniska i zalegliśmy… o jak bardzo kusiło, żeby się stamtąd nie ruszyć. Na szczęście chęć zobaczenia czegoś wzięła górę i po małym odpoczynku ruszyliśmy w miasto. Tylko gdzie tu pojechać skoro czas ograniczony? Padło na Belem. Cóż, fado w Alfamie musi poczekać do następnej wizyty, razem z Mikołajowym Porto. Po godzinnej jeździe autobusem, na szczęście z pełną klimą, wysiedliśmy pod Klasztorem Hieronimitów. Wpadliśmy od razu na grupę Polaków :P ale mieli tak beznadziejną przewodniczkę, że zrezygnowaliśmy z podpięcia się pod nich. Skączywszy podziwiać piękną budowlę ruszyliśmy do Torre de Belem, chyba najbardziej obleganego zabytku Lizbony. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Pomnik Odkryć Geograficznych i widok na posąg Chrystusa po drugiej stronie Tagu, identycznego jak ten w Rio de Janeiro. Czując, że spełniliśmy powinność turystów zapakowaliśmy się do chłodnego autobusu i wróciliśmy do schroniska gdzie leniwie i na wielkich fotelach oddaliśmy się degustacji porto i innych specjałów JWieczór leniwy i ze wszech miar pozytywny J





17.08.2009 Poniedziałek



Wypytawszy faceta w recepcji o to gdzie jego zdaniem najlepiej łapać stopa, przygotowawszy odpowiednią tabliczkę, ruszyliśmy na autobus przekraczający Tag by dostać się do miasteczka Montijo, gdzie miała być stacja benzynowa, z której planowaliśmy wydostać się już prosto na autostradę. Jednak rzeczywistość lekko minęła się z tym co było na mapie i okazało się, że jednak nie bardzo da rade się stamtąd wydostać w ten sposób. Przynajmniej w miarę szybki sposób...Ruszyliśmy więc w stronę kolejnego miasta, gdzie mapa pokazywała, że na pewno jest tam wjazd na autostradę. Chciałam być twarda i stwierdziłam, że odpuszczamy sobie autobus. W końcu miała to być wyprawa autostopowa! Idziemy i łapiemy po drodze.....No i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy...ale nie zatrzymywał się nikt. W końcu znaleźliśmy w miarę dobre miejsce i rozpoczęliśmy łowy transportu do Setubal. Po jakimś czasie, który ja spędziłam bycząc się pod mostem na plecakach Mikołaj zdecydował, że chyba jednak stoimy w złym miejscu....co prawda staliśmy na drodze do Setubal, ale autostrada biegła nad nami....Na szczęście tuż obok była knajpka i można było w spokoju pomyśleć nad zimnym Super Bock'iem . Próbowaliśmy dogadać się z facetem w knajpce ale wyszło to nam tak, że doprowadził nas do przystanku autobusowego. W sumie gdybyśmy od razu wsiedli do autobusu tam jadącego bylibyśmy na miejscu znaaaaaacznie wcześniej, ale autostop to autostop!Ruszyliśmy więc na następną miejscówkę i tam na szczęście po jakimś czasie zatrzymał się chłopak i zabrał nas do miasteczko leżącego na trasie do Setubal. Po konsultacjach z pracownikami stacji benzynowej wskazał nam gdzie powinniśmy się udać i pożyczył szczęścia. Ruszyliśmy więc drepcedesem, przekroczyliśmy most nad autostradą, na którą chcieliśmy się dostać i rozpoczęliśmy dalsze łowy. Szykowaliśmy się, że wypadnie nam tam nocka ale o dziwo dość szybko zatrzymał się samochód . Ni w ząb nie mogliśmy dogadać się z facetem, który okazał się imigrantem z Rumuni. Nie wiem jak ale jednak wysadził nas tam gdzie chcieliśmy:) postanowiliśmy więc uczcić to zimnym Sagresem. Jakoś dziwnie się składało, że wszędzie były obok jakieś małe knajpki....;) Urocze w swoim prowincjonalizmie:)

Po niespodziewanie krótkim czasie zarobiłam kolejny punkt w tabeli złapanych okazji i naszym nowym kierowcą okazał się Valentino. Crazy Italiano, jak sam o sobie mówił i jak znają go ponoć wszyscy w miasteczku. Bardzo pozytywny człowiek, bezrobotny instruktor tenisa- patrząc na jego brzuszek nie zdziwiło to nas ;) I tak całą drogę się uśmiechał, żartował z nami i wspominał swoje podróże autostopem. Dowiózł nas do samego wlotu na autostradę. Postanowiliśmy zignorować fakt, że było już ciemno i ustawiliśmy się przy drodze z nadzieją, że jeszcze tej nocy będziemy sunąć autostradą. Wiadomo czyją matka jest nadzieja…..Miejsce nie okazało się szczęśliwe. Zatrzymało się tylko jedno auto ale nie jadące w naszym kierunku, czyli do Badajoz – granicy z Hiszpanią. Byliśmy twardzi i postanowiliśmy zmienić miejsce. Przeszliśmy przez skrzyżowanie i stanęliśmy na drugiej wlotówce na A2. No i tam utknęliśmy na amen. Oczywiście tej nocy nic nie złapaliśmy. Znaleźliśmy zaciszne miejsce na skarpie, wśród krzaków dzikiego kopru i zbunkrowaliśmy tam namiot. Nocleg ekstremalny.



18.08.2009 Wtorek

Rano szybka pobudka, żeby nikt nas nie zobaczył, 3 metry w dół i łapiemy znowu. I tak cały dzień….nikt się nawet nie zatrzymał a nam odwalała taka głupawa, że siedząc na poboczu odstawiałam Szanse na sukces z piosenkami Happysad….o 14 zrobił się taki upał, że musieliśmy się ewakuować do pobliskiej knajpy. Inaczej pewnie usmażylibyśmy się na amen….Wróciliśmy na posterunek kiedy tylko troszkę się ochłodziło ale i tego wieczoru nie mieliśmy szczęścia. Nocą wróciliśmy więc na miejsce obozowania i spędziliśmy kolejną w aromacie dzikiego kopru…Jak mądrze stwierdził tego dnia Mikołaj- można teraz zrozumieć czemu autostop jest filozofią życia. Stojąc godzinami na poboczu człowiek uczy się cierpliwości, pokory, myślenia w taki sposób, że jeśli coś się nie udaje to trzeba nawet zawrócić ale znaleźć inne wyjście z sytuacji. I przyjmować wszystko takie jakim jest.



19.08.2009 Środa

Rano podjęliśmy ostatnią próbę wydostania się z tej czarnej dupy. Widząc jednak, że nasze starania nie przynoszą rezultatu postanowiliśmy zmienić taktykę i podreptaliśmy na dworzec, który w nocy wskazał nam jeden z przechodniów. Wiedzieliśmy tylko, że mamy iść w lewo ale wewnętrzny GPS doprowadził nas bezbłędnie do celu. I tak po prawie 3 dniach zmierzaliśmy z powrotem do Lizbony...chcieliśmy tam złapać pociąg do granicy hiszpańskiej, który udało nam się znaleźć w komputerowej informacji. Tak więc znowu wylądowaliśmy na Oriente....zimny Sagres na poprawę humoru, przeogromny tost na obiad i znowu było wesoło:) Pociąg mieliśmy dopiero popołudniu więc kilka godzin wolnego wykorzystaliśmy na nicnierobienie w chłodnej poczekalni. Po pięciu godzinach jazdy, jednej przesiadce, ok 23 zajechaliśmy do Evaz, pod granicą hiszpańską. Ponieważ jakoś specjalnie nam się nie chciało spieszyć, wdepnęliśmy do pierwszej knajpki na Sagresa. Mikołaj zdobył tam nowego przyjaciela w postaci miejscowego kota bezustannie pakującego mu się na kolana J. Nie zdążyliśmy nawet dopić piwa kiedy właściciel zaczął zwijać interes. Ponieważ dalej nam się chciało spieszyć, a wieczór był taki piękny, przenieśliśmy się do knajpki obok. Właścicielka siedziała sobie na zewnątrz z rodziną i przyjaciółmi, dzieci biegały wokół stolików. Super klimatJ Nawet lokalny menel popijał wino z kieliszka :P No ale w końcu poczuliśmy, że jeszcze jedno piwo i namiot będziemy rozbijać tam gdzie siedzimy więc wyposażeni w mapkę narysowaną przez jednego z barowych facetów ruszyliśmy dalej,. Pomaszerowaliśmy raźnie pod niesamowicie rozgwieżdżonym niebem by po chwili dokonać podwójnie niemożliwej rzeczy – złapać nocą stopa w Portugalii ;) Chłopak przewiózł nas przez początkowy odcinek autopisty i wysadził na stacji benzynowej 2 km od granicy. Solidarnie stwierdziliśmy, że nie mamy już siły łapać dalej i szybko wybraliśmy kawałek trawy pod drzewem oliwkowym jako miejsce noclegu. No i nie byłaby to prawdziwa wyprawa autostopowa gdyby nie przytrafiło się żadne spotkanie z policją…Podjechali, spokojnie oznajmili, że tutaj nie możemy biwakować. Tzn tak się domyślam, ze o to im chodziło bo mówili po portugalsku. Widząc jednak wyraz niezrozumienia na naszych twarzach przeszli na łamaną angielszczyznę. Kiedy jednak spytaliśmy gdzie w takim razie możemy rozbić namiot bo podróżujemy autostopem a w okolicy tylko autostrada, popatrzyli na nas uważnie i ostrzegli , że o 7 ma nas tutaj nie być J



20.08.2009 Czwartek

Jak zapowiedzieli tak zrobiliśmy i ok. 8 staliśmy już na wylocie ze stacji. Kolejne śniadanie na krawężniku wydało się już normą ;) Zaczęłam się obawiać, że pecha nie zostawiliśmy jednak w Setubalu kiedy nagle zatrzymało się przed nami czarne, zapakowane maksymalnie Polo na szwajcarskich blachach. Wysiadła z niego młoda uśmiechnięta para., Marco i Izabell, i stwierdziła, że jeśli tylko uda się im nas upchnąć to jedziemy. Powyciągali swoje graty, upakowali je od nowa, dopchali to wszystko nami i ruszyliśmy. Okazało się, że wracają z podróży po Hiszpanii i Portugalii, rok wcześniej podróżowali stopem do Holandii J I tak sobie w wielkim ścisku przejechaliśmy z nimi za Madryt. Więcej byśmy chyba nie wyrobili ;)

Okrutny upał panował ale co było zrobić, stanęliśmy dzielnie na wylocie ze stacji i liczyliśmy, że nie zdążymy się upiec na skwarki. I rzeczywiście nie zdążyliśmy, chociaż swoja drogą to i tak wyglądaliśmy już na nieźle przypieczonych. Zatrzymał się dziadek – punkowiec, i mimo że Hiszpan to dogadaliśmy się z nim za pomocą rozmówek portugalskich. Zrozumiał, że chcemy tam gdzie dużo kamionów J I rzeczywiście wysadził nas w takim miejscu, jeszcze postawił piwo w knajpie J My sobie postawiliśmy drugie, podładowaliśmy telefony i ruszyliśmy polować na kierowców ciężarówek. Żeby zbyt pięknie nie było to oczywiście polowanie z początku nie było udane. Ale po co ma się pokłady cierpliwości i optymizmu? W końcu na autostradzie śmigało już sporo tirów na polskich blachach! Sytuacja odmieniła się kiedy na stację wjechała ciężarówa z napisem Munchen -Berlin na plandece. Kierowca początkowo niechętnie odniósł się do pomysłu zabrania naszej dwójki ale po chwili zastanowienia jednak się zgodził. Uległ pod naporem argumentów Mikołaja i mojego uśmiechu :P Byliśmy już więc prawie w domu J Co prawda kierowca miał być w Monachium dopiero w poniedziałek [ ehh te niedzielne zakazy]ale postanowiliśmy, że po prostu po drodze będziemy próbować znaleźć coś innego. Najbliższe kilka godzin przejechaliśmy raczej w milczeniu…kierowca nie mówił po angielsku, Mikołaj był chyba zbyt zmęczony żeby próbować myśleć po niemiecku, a moja znajomość tego języka pozwoliła jedynie zorientować się kiedy kierowcę wkurzali inni kierowcy :P

Kolejny nocleg na parkingu dla tirów, chyba już jeden z ostatnich, i wreszcie prysznic!! Co za cudowne uczucie móc się umyć :D Miałam wrażenie, że moja skóra wręcz chłonie wodę i mydło :P

Okazało się, że właściciel knajpy był niedawno w Polsce, na wycieczce po Krakowie, Wrocławiu i okolicach, więc dowiedziawszy się skąd jesteśmy uciął sobie z nami pogawędkę na temat piękna naszego kraju. Hmm w sumie najbardziej podobał mu się obóz w Aushwitz…



21.08.2009 Piątek

Skoro świt o 9 ruszyliśmy z Andreasem w dalszą drogę. Niemalże milcząc przebijaliśmy się przez korki na wybrzeżu Costa Brava. Spełniły się tam chyba wszystkie klątwy, które rzucałam w Setubalu bo co kilkadziesiąt metrów na poboczu stało jakieś zagotowane auto !

Hitem dnia okazała się jednak wizyta w centrum handlowym na pograniczu hiszpańsko-francuskim…Pomijam fakt, ze takiego zbioru alkoholu dawno nie widziałam. Ale piwa z etykieta z Hitlerem?albo Matką Boską z maryśką? Czy Wyborową z etykietkami do góry nogami? Nie spodziewałam się zobaczyć! Otrząsnąwszy się ze zdziwienia ruszyliśmy dalej.

Wieczorem dotarliśmy do kolejnego parkingu. Ogromna ilość samochodów, tirów i osobówek, ludzi multum. Na szczęście w części dla ciężarówek cisza i spokój i co najważniejsze mnóstwo polskich blach J Znaleźliśmy sobie kawałek trawnika z ławkami i stolikiem, rozbiliśmy namiot i zasiedliśmy do francusko- chińskiej kolacji. Wino, bagietki i zupki :P Pojawił się mały problem z mikołajową konserwą, ponieważ po stracie scyzoryka nie miał jej czym otworzyć. Jednak ponieważ obok stały polskie ciężarówki, założyłam że siedzący obok kierowcy muszą być Polakami [ Neonówka na laptopie też była pewna wskazówką…], Mikołaj poszedł pożyczyć nóż. Do otwarcia konserwy oczywiście. Miałam nadzieje, że padnie jakaś propozycje zabrania nas ale niestety. Dopiero kiedy Mikołaj był w sklepie Panowie postanowili się mną trochę zaopiekować, że niby przecież tak sama nie mogę siedzieć J Potem już samo wyszło i mieliśmy transport do Poznania. Ja na dodatek karton mleka a Mikołaj dwie paczki boczku z transportu. Kierowca się martwił, że skoro jest ich dwóch to zostaje miejsce tylko na kanapie ale szybko wyjaśniliśmy mu, że miejsce leżące naprawdę nie jest niczym strasznym J



22.08.2009 Sobota

Zaczął się wesoły etap podróży chłodnią z Michałem i Bogdanem. Dodatkową atrakcją do miejsca leżącego okazał się zestaw muzyczny prezentowany przez Bogdana, który z racji doświadczeniem za kółkiem rządził radiem. „Żono moja” nauczyliśmy się na pamięć co w pewnym momencie zaczęło być nawet śmieszne. Zostaliśmy także zawodowo przemyceni przez granice. Schowani za zasłonką czuliśmy się niemal jak nielegalni imigranci ;)

Lekko padnięci dotarliśmy nocą do Niemiec. Drzwi kabiny się otworzyły a my przeżyliśmy szok termiczny. Było zimno!! Szczękając zębami błyskawicznie rozstawiliśmy namiot i poubierani wskoczyliśmy do śpiworów. Nie podobała nam się ta zmiana….



23.08. 2009 Niedziela

Kto by się przejmował, że niemieccy turyści dziwnie przyglądają się nam wyłażącym z namiotu rozstawionego obok parkingu…Obok nas jakaś grupa miała odprawianą mszę przez pastora kobietę. Troszkę dziwnie się na to patrzyło, chociaż raczej z ciekawością.

Był plan, że dziś będziemy w Poznaniu . Wszystko na to wskazywało bo jechało się spokojnie i bez przeszkód ale kiedy dokładnie policzyli czas okazało się, że będzie potrzebna pauza już gdzieś pod Poznaniem. Kiedy mówili o 11h stwierdziliśmy że sobie spokojnie z nimi poczekamy, wykąpiemy się na BP, zjemy normalny obiad i jak ludzie zajedziemy do domów. Tylko, że z 11 h zrobiło się 24 a tu już robiło się czasowo niebezpiecznie. W końcu we wtorek trzeba było stawić się w pracy…Dojechawszy z chłopakami 130 km do Poznania, podziękowaliśmy im serdecznie, zadowoliliśmy się tylko obiadem [ matko, jaka frajda zjeść surówkę :p] i przywitaliśmy się znowu z poboczem. Dobre miejsce pod latarnia nie jest złe więc po jakiś 40 minutach hamował koło nas kolejny tir :)Młody chłopak, też były autostopowicz, podróżnik [ był rowerem w Kazachstanie] opowiadał śmieszne historie z życia kierowców, przygody z zabieranymi autostopowiczami, generalnie luz blues :) wysadził nas w samym Poznaniu skąd już autobusem dostaliśmy się na dworzec. Ponieważ do pociągów mieliśmy jeszcze sporo czasu zasiedliśmy w małym barze żeby napić się Lecha Pilsa – tylko w Wielkopolsce [ tylko czemu po paru dniach piłam go w Szczecinie??!!]. Ostatnie chwile, kiedy można było powiedzieć „jestem jeszcze w drodze”. Potem podjechały pociągi i rano każdy był już u siebie....

Ale przecież podróż nie kończy się kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej....Dobrze, że nie ma na to lekarstwa :)