Pierwsza wyprawa autostopem - kilka konkretnych pytan:)
Autostop promem! Kopenhaga lub okolice Malmo. Jak to jest?;)
European Hitchhiking Gathering 2010
„Autostop zabiera wszystkie moje zahamowania i problemy i po prostu wyrzuca je ze mnie, wiesz? Wtedy mogę żyć troszeczkę lepiej. Z drugiej strony ściska to mnie dopóki moja głowa staje się jak węzeł owinięty bandażem."
Victor Haagar
Hosting sponsoruje alpha.pl:
5 stycznia 2010 r., autor: tumbasek
Po 72 dniach podróży ponownie w domu, za nami ponad 10 tys. kilometrów przebytych na stopa, często w warunkach skrajnych i nie dających się tak po prostu opisać, często na pace ciężarówki z nieodłączną nadzieją, że tam dokąd nas wiezie będzie choć kropla wody, by ugasić pragnienie.
Dzień przed wyjazdem otrzymałem od koleżanki smsa: Maciejko! Coś mi się wydaje, że zaczynasz zaraz swe świata podboje. Szerokiej drogi, dobrych ludzi i awanturniczych przygód wam życzę. I dawaj czasem znać czy żyjecie.
Jest 27 czerwca, pogoda nie sprzyja autostopowej tułaczce – deszcz siąpi nieprzyjemnie, zupełnie jak rok wcześniej, kiedy ruszaliśmy do Iranu i Uzbekistanu. Wtedy się udało, później przyszła kilkumiesięczna tułaczka autostopowa z Libii do Etiopii, czemu więc nie miałoby i tym razem się udać? Stajemy przy nowogardzkiej wylotówce z tabliczką „Dakar” i masą pozytywnej energii, wszak od tej pory nasz los zależy od ludzi, którzy zechcą zlitować się nad trójką studentów, którym zaświtała kiedyś myśl udania się na Czarny Ląd stopem. „Wy do Dakaru tak na poważnie” – pyta kierowca srebrnego audi tankującego na nowogardzkim Orlenie. „Do Dakaru!” – odpowiadamy. „Żartujecie? Poważnie!?” Kiwamy potwierdzająco głowami. „Do Dakaru nie jadę, ale do Szczecina mogę was podwieźć, wsiadajcie!”.
„Czy jedzie Pan może w stronę Afryki?”
Jedziemy we troje: Ala vel „Bubu”, Jarek vel „Dżudżu” i ja-Maciek vel „Tumba”. Z Europy wygania nas w zasadzie wszystko – niechęć kierowców do zatrzymywania się (wyjątkiem po drodze Szwajcaria), drożyzna na stacjach benzynowych i ryk tysięcy mijających aut. Tym większy uśmiech pojawia się na twarzach gdy po dwóch tygodniach jesteśmy już na północy Hiszpanii.
Choć wiemy z doświadczenia, że Hiszpania to autostopowe piekło, stoimy przez kilka godzin w pełnym słońcu i machamy w stronę kierowców – bez szans. Hiszpania potwierdza swoją złą sławę. Stosujemy więc niezawodną taktykę „kto pyta, ten jedzie” i rzeczywiście przynosi ona sukces.
Na parkingu odnajdujemy zaparkowaną ciężarówkę na gdańskich numerach rejestracyjnych – podchodzimy do nieco zaskoczonego kierowcy i pytamy po polsku: jedzie Pan może w stronę Afryki? – Cholera! Dzieciaki, ale wy macie pecha, właśnie znajomi Rumuni pojechali parę minut wcześniej z towarem do Maroka – odpowiada – jadę do Sewilli, ale chyba was trochę za dużo… plus plecaki, ciężko… no ale… dobra wsiadajcie! Ale mandaty wy płacicie! - Panie Ferdynandzie jest Pan wielki!
Vamos polacos!
Autostop w Maroku to sama przyjemność – stosunkowo dobre drogi, uśmiechnięci berberscy kierowcy, którzy czasem tylko zapytają o parę dolarów, ale gdy im tłumaczysz, że jedziesz za darmo zabierają całą trójkę bez problemu. W zasadzie Maroko stopem można przejechać z północy na południe w ciągu dwóch dni, nam zajęło to blisko miesiąc bo zatrzymywaliśmy się wszędzie gdzie to tylko możliwe, podpierając się starą dobrą filozofią Inszallah! – jeśli Bóg zechce to dojedziemy dziś, jeśli nie dziś… taka była jego wola. Przypomina to nieco fredrową „Zemstę”: niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. – jak zwał, tak zwał, ale to co we troje nie udawało się nam w Europie w Maroku wychodziło z najwyższą łatwością. Wiedzieliśmy jednak, że schody muszą się w końcu zacząć… Ala opuściła nas w Marakeszu i wróciła do domu, a wraz z Jarkiem zaczęliśmy kierować się coraz mocniej na południe.
Do Dakaru jeszcze daleko, jakieś 3 tys. km. Droga stąd na południe tylko jedna… wąski pas asfaltu znikający czasem z oczu za sprawą przesuwanych przez wiatr piaszczystych wydm.
Sahara Zachodnia to teren od ponad 30 lat okupowany przez Maroko więc i ludzie mniej chętni do zabierania nieznajomych, bo kontrola żandarmerii zapewniona. Stoimy już dziesiątą godzinę na stacji „Sahara Petrol” przy wyjeździe z saharyjskiej stolicy El Ajounne, pocieszając się, że w zeszłym roku w Serbii staliśmy tak dobrych kilkanaście godzin. Mijają nas albo zupełnie załadowane, kolorowe trucki albo kierowcy żądający po 50 euro i więcej… Każdy prawdziwy autostopowicz wie, że jeśli czeka, to się w końcu doczeka.
I w końcu są, wreszcie są! – tres compañeros z Madrytu swoim białym Audi – totalnie załadowani kartonami medykamentów prawnicy. Juan, Alvaro i Carlos ponad godzinę przepakowują samochód by umieścić dwóch autostopowiczów w środku. Od tej pory wypluwamy wszystko co mówiliśmy złego na temat hiszpańskiego autostopu. Chłopaki robią fantastyczną rzecz i zabierają nas na dwudniową tułaczkę martwymi przestrzeniami Sahary aż do granicy z Mauretanią.
Morze piasku i Dakar
Jeśli chcecie zapraszam was do siebie do domu w Bamako – proponuje Peter, Niemiec mieszkający od ponad 20 lat w malijskiej stolicy, który zabiera nas swoim vanem spod mauretańskiej granicy. Ale jak to do Mali? – pytamy retorycznie – Do Mali, zapraszam was do Mali!
Masz ci los… mamy na decyzję 15 minut, gdyż tyle pozostało do rozwidlenia dróg gdzie mieliśmy się żegnać. Mali od zawsze było naszym marzeniem: Gao, Mopti, T-i-m-b-u-c-t-u… nazwy, które od małego rozbudzały naszą wyobraźnię, a tu taka propozycja. Oboje jesteśmy niezdecydowani, perspektywa dojechania na stopa do Mali kusi, ale kusi także najdłuższy pociąg świata w Mauretanii i Dakar też kusi… Rzucamy monetą – wypada Dakar: niech się dzieje wola nieba z nią się zawsze… itd.. Dziękujemy za zaproszenie i obiecujemy, że w Bamako pojawimy się za rok w drodze do Ghany.
Tymczasem oblewa nas ocean piachu. Z trudem przebrnęliśmy przez zaminowany mauretańsko-saharyjski pas ziemi niczyjej i zaczęliśmy stosować nową „taktykę” łapania kierowców, która towarzyszy nam dalej w kierunku do Dakaru. „Taktyka” polega na niełapaniu mercedesów bo (cytując Jarka) „zawsze chcą pieniędzy” a łapaniu klasowych aut, które przemierzają drogę raz na kilka godzin. Opłaca się – okazuje się bowiem, że właściciele luksusowych samochodów w Mauretanii i Senegalu mówią zazwyczaj po angielsku i chętnie pomagają stojącym pośrodku „niczego” młodziakom. To już pięćdziesiąty dzień podróży i zmęczenie daje nam we znaki.
Dopiero w południowej Mauretanii monotonna pustynia przechodzi w roślinną krainę, która eksploduje zielenią na dobre w Senegalu. Do Saint Louis dowozi nas Ouzin – emigrant z Francji, który właśnie wraca do Paryża. Proponuje, że w Dakarze możemy zatrzymać się u jego rodziny. Bez wahania zgadzamy się i racząc się świetnym piwem La Gazelle następnego dnia po raz ostatni wystawiamy tabliczkę z napisem „Dakar”.
Gambijski raj
Czujemy, że coś jest nie tak. Dakar owszem – osiągnięty, ale czy on był naszym celem? Do końca wakacji przecież jeszcze ponad miesiąc, który trzeba jakoś spożytkować. Jedno spojrzenie na mapę wystarcza – jedziemy do Gambii. W najmniejszym kraju Afryki spędzamy tylko kilka dni, ale cóż mogłoby stanowić lepszą nagrodę ponad dwumiesięcznej tułaczki pośród spalin i piachów, jeśli nie budzenie się i zasypianie w hamaku między palmami kokosowymi przy najpiękniejszych plażach świata? Mamy swój upragniony kawałek raju i dojechaliśmy tu autostopem! Po 72 dniach ponownie przekraczamy polską granicę, wjeżdżamy do Nowogardu i gdy znów spoglądamy na mapę, mówimy – kawał dobrej roboty. Ciąg dalszy nastąpi.
Maciej Tumulec