Cytat dnia

„Lepiej podróżować z nadzieją, niż przybyć do celu.”
Robert Louis Stevenson (1850-1894)

Lwów - przewodnik
Sponsor

Hosting sponsoruje alpha.pl:

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

Ciekawe książki - także od podróżach! Książki, przewodniki i albumy.

Praga na urodziny

18 czerwca 2007 r., autor: madlen

Nigdy nie jeździłam stopem, w ogóle mało jeździłam zamknięta w swoim świecie książek, muzyki i rysunków. Ale na studiach poznałam jednego Włóczykija i on powoli wprowadza mnie w świat autostopu.
Najpierw była marcowa wyprawa do Pragi. Wymarzyłam sobie autostopową podróż na urodziny.

Marcowa wyprawa do Pragi zaczęła się we Wrocławiu (ja przyjechałam z Łodzi, Marcin z okolic Zielonej Góry), tam przełaziliśmy cały dzień, a rankiem dnia następnego stanęliśmy na trasie dzierżąc w dłoniach kartony z napisami: „Kłodzko” i „Praga”. Bardzo szybko zatrzymał się pierwszy samochód, Czech prowadził, a Polka siedziała obok, spytała nas, czy jedziemy razem, że tak sobie trzymamy kartony z odmienną treścią. Dowieźli nas już za granicę polsko-czeską. Następne dwa samochody (między innymi furgonetka pracowników firmy zajmującej się drogami – niemiecko- i czeskojęzycznych, a my tylko little english i polish) – i już byliśmy w Pradze. Wielkim problemem okazało sie dla nas kupienie biletu na metro z automatu. Ale podpatrzyliśmy, poczytaliśmy instrukcję obsługi – i hajda do centrum! Spędziliśmy tam właściwie dwa dni – włócząc się tam i z powrotem, zaglądając w uliczki, fotografując i kręcąc filmiki, bez przewodnika czy choćby Spisu-Obiektów-Koniecznych-Do-Zobaczenia-W-Pradze, a jedynie z mapą miasta. Most Karola przechodziliśmy wiele razy, a to między innymi w związku ze znajdującą się po drugiej stronie Wełtawy kawiarenką internetową, a co się kryje pod tym – z brakiem noclegu i próbami zaradzenia temu. Bezskutecznie. Człowiek, który miał na sprzenocować, okazał się człowiekiem-widmo, nieznanym nawet sąsiadom. Ale nic to! Część nocy spędziliśmy w knajpce na późnej kolacji (szukaliśmy czegoś otwartego jak najdłużej), część przy wejściu do klubu muzycznego zwącego się w wolnym tłumaczeniu Biały Konik. Schowani w skrzyni/za ladą czy jak to nazwać, skuleni i przytuleni (nigdy w życiu nie spędzałam nocy zajmując tak małą powierzchnię kwadratową;), przykryci śpiworem – mieliśmy nadzieję na spokojne przekimanie się do rana, jak się okazuje – złudną. O trzeciej nasza kryjówka została odkryta przez zamykających klub pracowników. I trzeba było się przenieść. Znaleźliśmy bardzo przytulną bramę przy wejściu do banku. Z wykładziną, co było zdecydowanie argumentem ZA. Ułożyliśmy się pod bankomatem, nie zważając na monitoring – zasnęliśmy. O czwartej ktoś przyszedł wypłacić pieniądze... ale powiedział dobranoc i poszedł :) o siódmej pan z ochrony załomotał od środka w drzwi, co w języku niewerbalnym oznaczało zapewne pobudkę. Poszliśmy na poranną kawę. Rachunek niespodziewanie okazał się zbyt wygórowany wobec naszych zasobów, więc zastanawialiśmy się, czy może nie odrobić przy zmywaku tych zaległych koron. Ale w zakamarkach portfela dobrze znaleźć parę euro i mieć przy boku chłopaka, który nie boi się spojrzeć coraz groźniej wyglądającym kelnerkom w oczy. Sobota okazała się płodna w turystów, również z Polski, więc Marcin wpadł na pomysł, byśmy zaczepili sobie na plecakach kartony z napisami: POTRZEBNE 2 MIEJSCA DO POLSKI [JUTRO] – to jego, i JEŚLI JUTRO WRACASZ DO POLSKI, TO NAS ZABIERZ, PROSIMY :) to mój. Co prawda w ten sposób nie załatwiliśmy sobie przejazdu, ale wzbudzaliśmy zainteresowanie i nawet poznaliśmy przez te kartony jednego Polaka i jednego Holendra. Następną noc spędziliśmy w czeskim akademiku nocując u Słowaka, pijąc z nim wino, poznawszy przedtem kotkę Mafię i świnkę morską Prosiątko. W niedzielę rano stanęliśmy na wylotówce z Pragi i tam przez cztery godziny zdążyliśmy poopowiadać sobie historie z życia, nazrywać kwiatów z przydrożnego rowu, tańczyć renesansowe tańce, zamieniać się na rękawiczki, pobiegać, spacerować w tę i z powrotem (zimno było i wiatr wiał nam w oczy;) poprzymilać się do siebie, tak jak Mafia do mojego plecaka i do nóg... w końcu się doczekaliśmy. Czeska para z dredami i dwoma groźnymi psami za kratą wzięła nas do samochodu. Oczywiście też jeździli swego czasu stopem, więc wiedzieli, co przeżywaliśmy. Chłopak powiedział, ze kiedyś jechał dwa dni z Wrocławia do Pragi. Wysadzili nas po drodze, dalej pojechaliśmy z jednym biznesmenem, który z tyłu miał narty i wracał ze służbowego objazdu Europy. A na granicy zabrała nas furgonetką jedna Czeszka, która, jak się okazało, jechała do Łodzi, więc po rozdzieleniu się we Wrocławiu z Marcinem – wróciłam do miasta mego studiowania. Oczywiście umówiliśmy się na kolejną wyprawę, za miesiąc, czyli w majowy weekend. A gdzie mogą pojechać historyk i polonistka zafascynowana dawnymi epokami? Oczywiście na zamki! Cdn.