„Jak wszyscy wielcy podróżnicy, widziałem więcej niż pamiętam i pamiętam więcej niż widziałem.”
Benjamin Disraeli (1804-1881)
Hosting sponsoruje LaoHost.pl.
21 października 2010 r., autor: szczeki
Opowieść "z drogi". Czyli obszerne opowiadanie o tym jak wygląda podróż stopem. Tym razem w parze damsko męskiej. Czyli jak na kierowców działają dwa wielkie plecaki i dwie cudowne nogi.
W tajemnicy przed teściową.
Była wiosna… może jeszcze zima. Kto by spamiętał, przecież to było tak… tak jakoś na początku tego roku. Poznałem dziewczynę i co? I wszystkie plany wakacyjne legły w gruzach. To była pierwsza myśl, która mnie wtedy nawiedziła.
Zainspirowany trasą E75 miałem w głowie wiele pomysłów na podróż. Różniły się one raczej planowanym dystansem do przebycia niż celem. Ponieważ u celu rozpoczynałbym i kończył każdą mą wycieczkę. Droga ta wiedzie przy mym domu i pełna jest atrakcji znanych wielu wczasowiczom i historii czyhających wyłącznie na autostopowiczów.
Gdzieś w szufladzie z pytaniami o „ulubioną potrawę, muzykę, plany na studia, życie i najbliższy weekend” znalazła się rozmowa.
- To gdzie byś chciała pojechać?
# Do Pragi! Chciałabym kiedyś pojechać do Pragi.
- No dobra, powiedz kiedy Ci pasuję.
# Co?
- Powiedz, kiedy by Ci pasowało wyskoczyć do Pragi, to ja zorganizuję sobie czas i skoczymy na weekend może dłużej.
# Jak to?
- No jak to jak? Stopem.
# Że co?
- No wiesz stopem, autostopem, okazją.
/Zapadła chwila ciszy./
(…)
# Bo ja… to bym chciała jechać pociągiem.
Zaczęło mnie skręcać, gdy usłyszałem ten pomysł.
Pomyślałem „że co kurwa? Mam się tłuc w jakimś zatłoczonym pociągu. Śpieszyć się na godzinę odjazdu i denerwować po kolejnej odstanej godzinie w polu. A co, gdy coś po drodze mi się spodoba… wyskoczę przez okno w przedziale?”.
Dyskusja była krótka. Jednak pomysł wyjazdu do stolicy Czech powracał regularnie i coraz częściej. Subtelne próbowaliśmy przekonać się wzajemnie do „swojego sposobu podróżowania”.
Powoli zacząłem wymiękać. Cóż poradzić skoro jest dziołcha to trzeba o niej myśleć. Ale nikt nigdy nie mówił, że wyrzeczenia pojawią się tak szybko i będą miały od razu taką wagę.
Czas płynął spokojnie jednak lato powoli dało się wyczuć w powietrzu. Coraz bliżej sezonu wyjazdowego, coraz większe napięcie odnośnie decyzji „czym w końcu pojedziemy?!”.
Nie chcąc stosować terapii szokowej w postaci naszego pierwszego wyjazdu w egzotyczny dla Agaty sposób; odpuściłem.
Moje marzenia odnośnie podróży wzdłuż E75 odsunęły się na dalszy plan. Do tego autostop został wyparty na drugą linię. I tak oto mój życiowy plan legł w gruzach.
Kartki z kuchennego kalendarza na lodówce powoli wpadały do kosza. No dobra, raczej seriami bo nikt w domu tego nie pilnuje regularnie. Decyzja została podjęta. Agata zaczęła sprawdzać informację odnośnie podróży pociągiem. Tyle i tyle godzin jazdy, tyle i tyle przesiadek, tyle i tyle tego, tyle i tyle tamtego.
Oddałem organizację wyjazdu komuś innemu i to już mnie nieco rozbiło. Pewnego dnia Agata powiedziała „słuchaj… musimy pogadać apropo wyjazdu”.
# Sprawdzałam ceny biletów do Pragi.
- No i jak to się prezentuje?
# Generalnie nie ma zniżek dla studentów. Jest zniżka tylko wtedy, gdy wykupujesz bilet od razu na powrót.
Pomyślałem „no to zajebiście. Nie dość, że muszę jechać pociągiem to jeszcze musze znać datę swojego powrotu”. Istny idiotyzm. Moje zdenerwowanie pięło się do zenitu.
# Tylko, że te cholerne bilety kosztują cztery stówy! Pieprze to, jedziemy stopem!
- Co?
# Pojebało ich z taką ceną, jedziemy stopem!
- Ha!
Oczka zaświeciły mi się momentalnie, uśmiech rozciągnął usta po brzegi a żuchwa z radości i szoku na moment zażegnała współpracę z mięśniami.
Tak. Jest! Jedziemy stopem. Jest świetnie. Super. Cieszę się ogromnie. No to co… no to przejmuję organizację.
W celu zadowolenia nas obojga podjęliśmy decyzję. Podjedziemy do Wrocławia pociągiem i tam się prześpimy a kolejnego dnia staniemy na poboczu w stronę Pragi z samego rana, aby mieć szansę na szybki i sprawny dojazd.
Bardziej odliczaliśmy godziny niż dni. Bowiem pozamykaliśmy już wszelkie zobowiązania na uczelniach.
Zapomniałem o wcześniejszych zmartwieniach, że to nie będzie wycieczka po E75, że nie całkowicie stopem. Że to, że tamto. Żyłem po prostu planami co do trasy, noclegu, przygotowania map. Byłem szczęśliwy.
Każdy kolejny poranek pachniał coraz lepiej. Tak sobie gawędziłem z Agatką…
- No to co, Praga już niebawem.
# No…
- Świetnie, prawda?
# No…
- Co, no?
# No bo ja Ci muszę coś powiedzieć?
- No to mów.
# No bo teściowa myśli, że jedziemy pociągiem.
- Co w związku z tym?
# No i teściu też tak myśli.
- Co z tego? Powiedz im prawdę albo sporządź małe kłamstewko.
# No, ale jak teściu się dowiedział, że jedziemy pociągiem to powiedział „Agata, jak macie się tłuc pociągiem tyle godzin we dwójkę, to my z Mamą zabierzemy się z wami samochodem. Będzie szybciej, taniej i wygodniej”.
- Że, co! Jakto?
# No tak, teście powiedzieli, że jadą z nami!
- Nie!
Moje przerażenie nie dało nawet dojść do słowa gniewu. Nasz romantyczny wyjazd we dwoje został właśnie rozstrzelany bez możliwości obrony. Sam nie wiem czy byłem bardziej zszokowany tą informacją czy zły na to co się wydarzyło. Wyjazd we dwoje zmienił się na wyjazd w czwórkę. Nie nazwałbym tego nawet wycieczką w cztery osoby. Z teściami to jak wyjazd nawet nie na obóz młodzieżowy a kolonie. Cóż poradzić? Znając swoje parszywe położenie zacząłem szukać pozytywnych aspektów. „W sumie to nie będę prowadził samochodu… to tak jakby stop no nie?”. Wszelkie moje pomysły na poprawę humoru okazały się klęską. Pogodziłem się tym. Po dłuższym przemyśleniu doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy to zmienia się jedynie to, iż będziemy jechali bez zamieszania i trudności drogi spod domu prosto pod drzwi noclegu. Odpuściłem wszelkie rozterki i zacząłem napajać się myślą „teraz to nie mam się o co martwić”. I tak faktycznie się to wszystko potoczyło. Bez zmartwień i opalenizny wewnętrznej strony przedramienia po upalnym weekendzie w Pradze znów siedziałem na ławce pod blokiem marząc o E75.
Mieliśmy coś około tygodnia przed kolejną wycieczką. Tym razem na półwysep. Dla mnie bomba! E75 do Gdańska a później tramwajem wodnym, stopem czy pociągiem na Hel. Wszystko w sumie było mi jedno jeżeli chodzi o szczegóły. Najważniejsze było to, że mieliśmy jechać jedynką i mieliśmy przemierzyć ją okazją.
Ciuchy poszły do prania. Rozpoczęliśmy poszukiwania niezbędnego ekwipunku.
Po raz kolejny Słońce oświetliło dzielnicę. Po raz kolejny Agatka zaczęła rozmowę.
# Daniel… bo moja siostra cioteczna jedzie w tym samym terminie i w to samo miejsce gdzie my. Zabierzemy się z nią?
Frustracja! Bo tylko tak można nazwać to co mną targnęło.
Po ustaleniu wytycznych co do wyjazdu okazało się, że faktycznie terminy naszych wycieczek idealnie się pokrywają!
Był poniedziałek. Wyjazd miał się odbyć w czwartek lub piątek. Moje urzędowe sprawy były zaplanowane na środę. Wszystko było irytująco dobrze ułożone. Pojechaliśmy do siostry ciotecznej Agaty, aby ustalić szczegóły wspólnej podróży.
# Cześć Aniu, tu Daniel. No i jak tam sprawa z naszą wycieczką.
@ Słuchaj, my jedziemy dzisiaj w nocy. Damy znać dokładnie o której godzinie.
Pomyślałem sobie „że co kurwa?”.
/Agata spojrzała się na mnie wzrokiem pytającym co ja o tym sądzę./
- Nie da rady. Mam spotkanie urzędowe w środę i muszę na nim być. Nie mogę przepuścić tego bo okazja do załatwienia sprawy może się nie powtórzyć. Zresztą nie chce zwlekać bo jest to dla mnie ważne. Odłożę tydzień, dwa aż w końcu nic się nie załatwi.
@ Jak chcecie, my jedziemy dzisiaj w nocy. Śmiało możecie się z nami zabrać.
# No dobra, to my jeszcze pomyślimy i jak coś to zadzwonimy.
Jak tu żyć w świecie, który na przekór Tobie układa własne puzzle?
Gdy już znaleźliśmy się we dwoje wywiązała się krótka dyskusja.
# Możesz przełożyć to spotkanie w urzędzie?
- Nie zamierzam tego robić.
Szliśmy chodnikiem. Każde z osobna rozmyślało coś w swojej głowie. Wokoło jakby wszystko zamarło. Nawet nierówno poukładane płyty pod stopami nie dawały o sobie znać. Aż padła decyzja: jedziemy stopem! Moja dusza rozpromieniała.
W urzędzie wszystko poszło zgodnie z planem… planem naszego narodowego pesymizmu. Nie załatwiłem nic, i odesłano mnie z kwitkiem do domu. Bez możliwości ponownego stawienia się.
Cóż? Przynajmniej mogłem zająć się spokojnie pakowaniem do wycieczki. Po przygotowaniach pozostało tylko czekać na kolejny poranek.
W okolicach godziny siódmej rano ujrzałem Agatkę z plecakiem gotową do drogi. Zebraliśmy się… i ruszyliśmy na trasę.
# Daniel… ale ja nie chce spać w krzakach – usłyszałem zamiast „dzień dobry”.
- Co?
# No bo ja nie chce spać w krzakach – wyduszone z ledwością i obawą przed nocą… świeżo po świcie. /Moje opowieści autostopowe zapadły mocno w pamięci. Niestety wyłącznie z negatywnej strony./
- Spokojnie, nie będziemy spać w krzakach! – odpowiedziałem stanowczo z pełną świadomością braku podstaw do pewności mojej wypowiedzi. Wiedziałem, że to co mówię to wyłącznie „zabieg psychologiczny” lub bardziej przyziemnie „ratunek przed ciągłym jęczeniem za uchem”.
Teściowa jest troskliwą Mamą. Dzwoni kilka razy dziennie. Lubi wiedzieć co dzieje się u jej ukochanej córeczki. A my? A my zamierzaliśmy jechać stopem i zastanawialiśmy się co zrobić aby szum kół i ryk silnika zmienić w romantyczny stukot kolejowego taboru?
Do miejsca startu prowadzi prosta droga. Mija się las sporą ścieżką. Po wyjściu z niego wystarczy chwilę wyczekać na poboczu i gdy zrobi się pusto na drodze przeskoczyć dwie linie barierek na pasie zieleni. Jednak nie… nie tym razem. Tym razem droga ta była „niebezpieczna” i musieliśmy przespacerować się aż do wiaduktu. I tak po bojach z polną roślinnością i pajęczynami gustującymi w mej twarzy dotarliśmy do mostu i przekroczyliśmy go, a ścieżki na pobocze jak nie widzieliśmy tu wcześniej tak i nie zauważyliśmy tym razem. Jednak bezpośrednio pod budowlą przywitała nas stroma skarpa z widocznym lekko wydeptanym traktem… przez niewiadomo kogo, niewiadomo po co. Bowiem miejsce wydawało się mało atrakcyjne nawet dla lokalnych pijaczków. Okolica nie zmuszała do krycia się po dziurach i zakamarkach. Uważnie zeszliśmy z wzmocnionej skarpy pod mostem, zsuwając się tu i ówdzie jak przystało na idealne zejście dla autostopowiczów.
Podeszliśmy kawałek poboczem, aby nieco odsłonić nasze sylwetki i ogrzać je porannym słońcem.
Stanęliśmy. Plecaki zrzuciliśmy z garbów i zaczęło się.
- No to Agatko… wyciągaj kciuka?
# Co?
- No wyciągaj kciuka i łap.
# Nie, nie chcę!
Chwilę zajęło mi zmotywowanie Agatki do wietrzenia palucha.
Nie zdążyliśmy pospierać się tak, aby nieco zagrzać się zdenerwowaniem gdy przed naszymi oczyma pojawił się pojazd romantycznie mrugający do nas swym prawym ślepiem…
Jako, że ślepie to było pomarańczowe Agatka zapewne pomyślała, że oko potwora zaropiało a on sam jest wielki, brudny i groźny. Tak czy siak, rzuciliśmy się w pogoni za jasną karoserią z plecakami, które jakby na moment przestały ważyć choćby kilogram.
- Do przodu jedynką?
% Jadę w sumie prawie do Łodzi.
- No to co, możemy się zabrać z Panem?
% Pewnie, że tak. Wskakujcie – odrzekł kierowca przyjaznym tonem.
Istniało prawdopodobieństwo, że tą drogą będą jechali teściowie z samego rana. Dlatego sprawne złapanie pierwszego stopa było kluczowe dla całej wyprawy.
Nie wiedziałem co szamotało się w głowie Agaty w jej pierwszej okazji i jakie emocje nią targały. Wiedziałem jedno: stopowanie z dziewczyną chyba jest najlepszym wyjściem z możliwych! Czas na złapanie pierwszego samochodu? Grubo poniżej 10 minut!
Rzadko mi się zdarza naprawdę swobodnie prowadzić rozmowę. Tym razem tak właśnie było. Czułem jakby moja dusza była pokrewną z duszą szofera. Jako, że testosteron wybija u mnie każdymi możliwymi dziurkami w postaci włosów tematy podążyły w kierunku golenia.
% Szofer przemówił: Słyszę, że twoja dziewczyna wolałaby mieć Ciebie częściej ogolonego niż raz na tydzień czy dwa. Ja używam maszynki elektrycznej. Z początku skórę miałem podrażnioną. Teraz jednak przy codziennym goleniu twarz jest gładka a skóra się przyzwyczaiła. Pomyśl nad tym. Skoro jednak jeździcie okazją to kwestie finansowe grają u was ważną rolę. Dobra maszynka to tak ze stówę, dwie może kosztować. /Kierowca spojrzał w wsteczne lusterko spoglądając na Agatkę/. Jednak, taka maszynka na prezent z okazji urodzin czy dnia chłopaka to byłby świetny pomysł.
- Rozpromieniałem pieczętując treść „właśnie… za niecały miesiąc mam urodziny!”.
Znaki poziomie mijały jeden za drugim niczym w bajce. I tak oto znaleźliśmy się przed Łodzią. Gdzieś w okolicy tej mieściny, w której handlują sweterkami… Tuszyn. Tak ona się właśnie nazywa.
Warunki do łapania w skali pogodowo-drogowo-zjazdowo-samochodowej były w okolicach siedmiu punktów na dziesięć. Wyciągnęliśmy kartkę „Gdynia”… 10 minut, nic. Kartkę „Łódź” 10 minut i nic. Zaczęło się spokojne tempo podróży.
# Ej, nikt się nie zatrzymuje. Podjedźmy PKSem. Do Łodzi raptem kilka kilometrów. O co im chodzi. Czemu się nie zatrzymują? – Usłyszałem od dziołchy.
W powietrzu zaczęło powstawać napięcie. Udawałem niewzruszonego, bo w oczach Agatki widziałem hasło „Ej, ja nie chcę spać w krzakach”. Hehe… było to wybitnie urocze. Jednocześnie nie mniej kłopotliwe dla mnie, choć starałem się utrzymywać pozory dobrej passy. Teraz wiem, że tak naprawdę, to dobrze nam szło. Staliśmy przecież na drugim przystanku nie dłużej niż godzinę…. A może nawet coś koło jej połowy. Jednak pierwszy stop ustawił poprzeczkę wysoko. Przypominam, że jechałem z dziewczyną dla której była to dziewicza podróż za jeden uśmiech.
Tak po dłuższym struganiu przeze mnie stopo-twardziela, który wewnątrz był nieco zakłopotany zatrzymał się nareszcie pojazd.
% Młodzieży, do Łodzi mogę was podwieźć. Sam skręcam w mieście na Warszawę.
- Świetnie. Stoimy tu już kilkadziesiąt minut.
% I nikt was jeszcze nie zabrał. Co za ludzie, przecież to kilka kilometrów.
Tym razem rozmowa była dość powściągliwa. Mimo to udało się; dotarliśmy… do południowych rejonów Łodzi.
Zaraz po wyjściu z samochodu zauważyliśmy linię tramwajową. Z poprzednich wojaży wiedziałem, że musimy udać się w kierunku Zgierza. Dodatkowo z autostopem.net mieliśmy wydrukowane podpowiedzi gdzie się udać na wylotówkę. Także atmosfera była spokojna.
Do momentu, gdy Agatka postanowiła zadzwonić do Mamy. Staliśmy tak na przystanku tramwajowym, pomiędzy dwiema dwupasmowymi jezdniami i w bliskim sąsiedztwie skrzyżowania. Telefon miał być wykonany w klasycznym ulicznym zgiełku… Z tym, że my oficjalnie jechaliśmy pociągiem!
Teściowa wiedziała, że pociąg w Częstochowie mamy około godziny 11. Na wyjazd wyruszyliśmy jednak około 7 rano… więc na peronie bylibyśmy mniej więcej 3 godziny przed czasem! Z początku telefony z drogi wydawały się być naszą zmorą. Na podstawie doświadczeń z lat poprzednich wiedzieliśmy, że pociągi wczasowe startują w Katowicach i jadą prosto nad morze wioząc kolonie, obozy, młodzieżowe grupki melanżowników i bogu ducha winnych (a cierpiących najbardziej) rodzin z dziećmi udających się na zasłużony wypoczynek w zakładowym ośrodku nad Bałtykiem. Cóż to za interes gnieść się jak sardynki w puszcze, na dodatek w sosie z potów nie własnych? Otóż żaden.
Podążaliśmy tym tropem i przed wyjazdem zakomunikowaliśmy „Jedziemy z samego rana do Katowic. Tam wsiądziemy spokojnie w pociąg i zajmiemy w pół cywilizowane miejsca w przedziale. Może i trzeba będzie wstać wcześniej. Jednak wygodniejsze to i zdrowsze niż kilkunasto godzinna podróż pod toaletą w przedsionku”. Tak oto nasza „bajka” nabrała wierzytelności. Agatka przedzwoniła do Mamy. Z uśmiechniętym tonem głosu spełniła swoją powinność komunikując, że jesteśmy w Katowicach i pierwszy ciężar spadł nam z serc. Teraz tylko… tułaczka tramwajami przez pierwsze wielkie betonowe bagno, które aż odpychało samą myślą o nim. Cóż mogliśmy zrobić?
Ze strzępków pewności lokalnych mieszkańców co do tras linii tramwajowych udało nam się ustalić w który numer mamy wsiąść. Chcieliśmy zakupić bilety. Jednak kiosku nie było w okolicy… lub nie chciało się nam do niego iść. Teraz to nie jest ważne. Staliśmy tak szczęśliwy i czekaliśmy aż podjedzie nasza stalowa karoca.
Podjechał. Zapakowaliśmy się do środka. Wszedłem pierwszymi drzwiami. Stuknąłem w okienko motorniczego mówiąc „dwa studenckie poproszę”. Gość pokiwał dziwnie głową. Przez szybę zrozumiałem coś w rodzaju „z tyłu jest automat”. Pomyślałem sobie „jaki kurwa znowu automat?”. Wiedziałem jedno, u niego biletów nie dostanę. Podszedłem w tył wagonu do Agatki. Plecaki wcisnęliśmy przed siedzenia co by kanary nie doczepiły się za brak biletu bagażowego. Po drodze minąłem jakieś blaszane pudło. Chyba o to chodziło miłemu panu zza szyby. Stałem tak i patrzyłem się jak wryty czytając coś w rodzaju „bilety dla białych krótkodystansowe na przejazdy lokalne bądź międzystrefowe, bilety dla czarnych na przejazdy tu i tam, takie bilety, inne bilety”. Trochę mi to mówiło, ale co miałem zrobić w tej sytuacji to już znajdowało się poza zasięgiem mojej wyobraźni. Czułem się jak idiota, ale jak miałem się czuć gdy patrząc na napis obok niego nie widziałem żadnego przycisku… owszem był ale nieco u góry, albo nieco na dole. I który tu nacisnąć? Stałem tak dłuższą chwilę, aż zlitowała się nade mną jakaś miła pasażerka ze śmiechem i litością w oczach jednocześnie. Pokazała mi jakieś kółeczka, kolorki. W zasadzie to wskazała mi palcem. Przycisnąłem tu i ówdzie. Wrzuciłem nieufnie naszą gotówkę do magicznego pudełka a to w zamian wydało mi dwa kwitki i stertę mosiądzu, którą bez sprawdzenia wziąłem w dłoń i ścisnąłem co by mi nie wypadła w czasie turbulencji podróży.
Jechaliśmy tak już chwilę. Z każdym przystankiem stawało się ciaśniej. Podziwialiśmy lokalną architekturę i bacznie obserwowaliśmy zegar z przodu wagonu. Bowiem nasze świstki po ich przebadaniu dały nam do zrumienia, że mają ważność do trzydziestu minut. Gdy godzina zero dobijała coraz szybciej, moja czujność wzmagała się. Chciałem trafić tak, aby nie stracić ani minutki a i zdążyć przed ewentualnymi odwiedzinami kanarów. Tak już mam, że lubię kupować bilety komunikacji miejskiej. Zdarzało się, że tłumaczono mi, iż to nie ma sensu. Szkoda pieniędzy i fatygi. Może i moje tchórzostwo, a może myśl że stres i ewentualne przepychanki z kontrolerami są warte więcej niż te 150 grosików zawsze skłaniają mnie do zakupu biletów. Skoro oszczędzam dziesiątki złotych jeżdżąc stopem to chyba chwila spokoju (mimo, że płatna) w tramwaju mi się należy prawda? Tłumaczę się z tego czynu jakby tak oczywistą sprawę jak opłatę za usługę można było wartościować. Jednak czuję ten obowiązek i musiałem to poczynić.
Gdy druga seria biletów zbliżała się do końca swego terminu ważności a nasze tyłki stanowczo dawały znać o niezadowoleniu z tak długiej wycieczki na plastikowym krześle rodem z PRLu zauważyliśmy coś niepokojącego. Wyjechaliśmy za strefę a i czas biletów się skończył. Tego już było za wiele. Może i chcieliśmy zapłacić za przejazd, ale robienie z ludzi idiotów? Nie mogliśmy się zgodzić na warunki stawiane przez miejski transport i uznawszy je za nieprzystosowane dla turystów postanowiliśmy niczym ogródkowi przestępcy podjechać kawałek na gapę. Wstaliśmy z miejsc i stanęliśmy przy tylnich drzwiach, gdyby trzeba było wyskoczyć… czy to przed kontrolą czy to u naszej mety.
Wiedzieliśmy, że czeka nas tramwajowa przesiadka. Dlatego byliśmy lekko zakłopotani, bo za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie ma się ona odbyć. Wlekliśmy się tak już dobre kilka minut, gdy tramwaj stanął. Motorniczy zatrzymał pojazd i jak gdyby nigdy nic po prostu sobie z niego wysiadł. My zaskoczeni zaczęliśmy dyskutować i wymyślać co on tam robi? Może tory nam ukradli? Albo trakcje złomiarze podprowadzili? Czerwonego przecież nie było. Staliśmy na prostej drodze. Po irytującym oczekiwaniu w końcu Pan zza szybki wrócił i ruszył. Skręcając w prawo! Nasza trasa prowadziła idealnie, prościutko do przodu, a gość nam zrobił takiego psikusa! Odwróciliśmy się patrząc z nostalgią na przystanek, który jak się dopiero teraz okazało był naszym przesiadkowym! Mało tego. Gdy tylko ruszyliśmy z miejsca za naszymi plecami pojawił się kolejny skład, w którym powinniśmy się znaleźć! Pomiędzy mnie a Agatkę wtargnęło zakłopotanie i lekki chaos. Ruszyliśmy do akcji! Przeprowadziliśmy szybki wywiad między siedzącymi obok nas. Zaczęło się… Pan emeryt wiedział dobrze, że na jego zmęczone nogi to powrót z kolejnego przystanku będzie długi i bolesny. Pani rencistka twierdziła, że może jednak nie. Albo na odwrót. Tak czy siak było gwarnie. W scenie wyjętej niczym z warzywnego rynku o poranku miejscowi doszli do porozumienia, a my skorzystaliśmy z ich w końcu dogadanej i wspólnej rady. Pojechaliśmy naszym transportem do końca.
Na pętli wyskoczyliśmy na przystanek. Miła starsza Pani zakomunikowała nam, że aby wrócić na naszą trasę musimy wsiąść w tramwaj stojący tuż naprzeciwko i czekający jakby na nas. Który w tym momencie właśnie odjechał. Może jednak to my nie chcieliśmy kupować kolejnych biletów? Mało istotne. W każdym bądź razie zrobiliśmy sobie krótki przystanek na ławce. Oczywiście jak na północne okolice Łodzi przystało nie obyło się bez cygańskiego folkloru i mojego wyostrzenia zmysłów w nieznanym rejonie.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy pieszo z powrotem na poczciwą E75… czy jak wolicie naszą uroczą Jedynkę.
Po drodze nasze pęcherze zmotywowały nas do odwiedzenia budynku użyteczności publicznej. Korzystając z uroków upalnej pogody… sprzed nosa uciekł nam tramwaj! Głównie dlatego, że zamiast po prostu iść poczułem się do odpowiedzialności i wszedłem do Apteki zapytać się o przystanek… który był kilka metrów przed nami! Dzięki mojej inicjatywie dostaliśmy w gratisie pół godzinne oczekiwanie na kolejny transport.
W końcu nadjechał. Gdy wjechaliśmy na trakt północ-południe od razu poczułem się lepiej. Po prostu okolica była znajoma, przypominały mi się wcześniejsze wycieczki, których szlaki wiodły kilkukrotnie dokładnie przez przystanek do którego zmierzaliśmy. Co mnie miło zaskoczyło. Gdy zacząłem opowiadać o kiosku stojącym naprzeciwko Agatka energicznie przerwała mi „Tak, tak wiem. Tam pracuje taka miła Pani co Ci tam wtedy i wtedy podpowiadała…”. Moja dziewczyna mnie jednak słuchała gdy byłem w transie gawędowym i co najważniejsze zapamiętała szczegóły. Było to miłe. Jednak bardziej ode mnie to chyba ona się ucieszyła, bo zamknąłem się szybko oszczędzając jej kolejnych powtórek z opowieści.
Chwilę później siedzieliśmy znów z oczyma wpatrzonymi w obraz za szybą docinając sobie lekko przez rozmowę, która brzmiała mniej więcej tak:
# Daniel, a może przejechaliśmy nasz przystanek?!
- Nie, na pewno nie. To znaczy chyba nie.
# To weź się zapytaj, no zapytaj się.
- Nie no, jedziemy jeszcze.
# Zapytaj się no proszę czy dobrze jedziemy, a może jedziemy nie w tą stronę co trzeba?
- Dobrze jedziemy, spokojnie.
W końcu zmiękłem i szczerze; sam się zakłopotałem.
Poradziliśmy się klasycznie tubylców gdzie my właściwie mamy wysiąść. Najdłuższy przystanek tramwajowy na świecie z pewnością jest właśnie tam! Nic wcześniej nas tak nie zdezorientowała jak jazda po torach wzdłuż krajowej jedynki pomiędzy krzakami… a krzakami. Gdzieś w okolicach Łodzi, Zgierza, Emilii czy kto wie jak się nazywają tamte czeluścia.
W końcu naszym oczom ukazał się rejon opisywany na autostopem.net. Choć podeszliśmy do parkingów i pobocza nieco mniej entuzjastycznie niż sugerował to wydruk z sieci. O! Po raz kolejny poznałem stare dobre miejsce. Zjazd na autostradę. Nasz cel jednak w innym kierunku. Z braku lepszej opcji stanęliśmy kilka metrów za rondem korzystając z… całkiem przyzwoitego pobocza.
Pamiątkowe zdjęcia strzelone za pomocą telefonu komórkowego i… Toruń? Gdynia? Toruń? Gdynia?.. Gdynia! Tabliczka poszła w ruch!
Umęczeni wyjątkowo… długim… przedzieraniem się… przez… przeogromnie… nieprzyjazne… autostopowiczom… miasto. W zasadzie to prawie aglomerację. Byliśmy wniebowzięci wiedząc, że znów możemy wietrzyć kciuki!
Opalaliśmy przedramiona w letnim słoneczku. Nie zdążyliśmy znudzić się dobrze miejscówką, gdy przed naszymi oczyma wyłonił się zgrabnym łukiem zza ronda wielki plandekowy potwór.
% To gdzie jedziecie do Gdyni?
-# Tak, do Gdyni.
% No, to wskakujcie!
Pośpiesznie zapakowaliśmy się do kabiny. Kierowcy za nami nie byli wybitnie zadowoleni z wynikłego zamieszania na wąskiej jezdni. Jednak… czy faktycznie stworzyliśmy wielki problem? Migiem znaleźliśmy się w środku. W końcu: klimatyzacja, przestrzeń, podwózka i życzliwy kierowca, którego z chęcią ucałowałbym w policzek; gdyby nie to, że obok siedziała moja Agatka.
% Normalnie nie zabieram autostopowiczów, ale spojrzałem na was jako parkę. Napis Gdynia. Kurcze, no nie wiem sam dlaczego, ale jak zauważyłem, że jedziecie w moje okolice to coś mnie tchnęło, żeby was zabrać.
- Tym bardziej dziękujemy.
# Dwie godziny nam zeszło przedostać się przez Łódź. Jak miło, że w końcu jedziemy.
Czas w tej kabinie płynął nam świetnie. Oczywiście fotel pasażera przejęła Agatka. Cieszyłem się, że i ona w końcu poczuję co to znaczy móc przemierzać szlaki ponad wszelkimi osobówkami, które z tej perspektywy wydają się być niczym pudełeczka od zapałek. Sam nie wiem czy bardziej tym wrażeniem ekscytowała się moja luba czy ja. Było wspaniale. W końcu jechałem ciężarówką z moją połówką.
Wielokrotnie odmawiałem położenia się do snu na łożu, choć kusiło mnie to niesamowicie. W sumie to chyba przysnąłem na chwilę… ale tylko chwileczkę. Dzięki mojemu uporowi oczywiście nie w pozycji leżącej. W między czasie Agatka odstąpiła mi miejsca… jak można się domyśleć tylko „do czasu”.
Podróż mijała spokojnie. Rozmowa płynęła powoli razem z numeracją słupków u boku. Byliśmy szczęśliwy i bardzo zadowoleni. Naszą ekscytację dodatkowo podsycał fakt, że… jechaliśmy do trójmiasta! Planowo mieliśmy na półwysep przebić się tramwajem wodnym z Gdyni, czy tam Gdańska. Coraz bardziej prawdopodobne stawało się to, że naszą wycieczkę skończymy jednak w pociągu. Którym to oczywiście „jechaliśmy w tym czasie przez Polskę”.
Ja byłem w gotowości chować się za kurtynę, gdybym w oddali zobaczył kontrolę. Raz o mało co nie wszcząłem alarmu. Na szczęście… droga była wolna. Zresztą, teraz dopiero to sobie uświadomiłem. Czego miałem się stresować? W końcu w takich sytuacjach zawsze można liczyć na nasze poczciwe mobilki.
Mijając Włocławek ponabijaliśmy się nieco z poćwiartowanych dróg. Na nasze szczęście wahadła sprzyjały dając ulgę od wybitnie długich przestojów. Kierowca cieszył się, że ma kto kierować ruchem i puszcza w miarę rozsądnie kolumny. Radość dzieliliśmy z nim. Podobno w nocy bywało tam irytująco, gdy z naprzeciwka nie jechało nic. A automaty trzymały czerwone i tresowały zestresowanych kierowców głodnych ciepłych piersi w domu.
W czasie krótkiego postoju szofera wypakowaliśmy się „na wszelki wypadek” z kabiny i naszą sjestę spędziliśmy w cieniu małego drzewka zagryzając pasztetowe pyszności. Trzeba było przyznać. Żołądki już od dłuższego czasu domagały się pracy. Nasze oczy natomiast karmiły się widokiem zakładów chemicznych lub czegoś w tym rodzaju. System rur ciągnących się po horyzont miał w sobie coś z romantyzmu powieści drogi. Odkrywaliśmy coś nowego nieznanego. Świadomi tego, że nie zdążymy się temu dobrze przyjrzeć. W końcu odbywaliśmy industrialną wędrówkę po bitumicznym szlaku europy.
Czas płynął. Wróciliśmy na trasę.
Odliczaliśmy kilometr za kilometrem zerkając od czasu do czasu za okno w poszukiwaniu krów i słońca, które tego dnia wybitnie nam sprzyjało i jakby nie miało zamiaru schodzić z nieboskłonu. Pogoda zatroszczyła się chyba o pisemną umowę ze Słońcem. Sporządzając zapewnie aneksy drobnym maczkiem, aby ani jeden promień nie mógł sobie skrócić czasu pracy przed dotarciem do naszych stóp.
Zbliżając się do Trójmiasta kierowca kilkukrotnie proponował coraz to nowe miejsca naszego wyjścia z transportu. Po przeciągających się lecz bardzo ugodowych pertraktacjach zostało postanowione. Wysiadamy na obwodnicy! Nasz zbawiciel nadrobił nieco drogi, aby ułatwić nam życie. W tym oto momencie zrezygnowaliśmy z tramwaju wodnego i pociągu. Właściwie to sama Agatka była chętna do dalsze podróży stopem, choć Słonko widocznie już się męczyło. Muszę przyznać jedno – stopowanie z dziewczyną… i to jeszcze o tak zgrabnych nogach, odkrytych pod szczyt, do granic króciutkich i jakże uroczych spodenek jest wybitnie sprawne i kojące jak dla samotnika, którym do tej pory byłem ja. Na domiar dobrego Agatka podróżowała okazją po raz pierwszy. Także szczęście początkującego z pewnością miało w tej wycieczce swój udział o czym za chwilę.
Podjechaliśmy na stację przy obwodnicy. Agatka odebrała telefon – ba, wygrała jakiś tam konkurs! Humory wzbiły się w niebiosa. Będzie spora nagroda! Wysiadając wywiązała się krótka rozmowa. Właściwie to pożegnalna przemowa.
% Nie chciałem wam tego mówić wcześniej żeby was nie martwić, ale nie mogłem was wieźć we dwoje. Kabina jest zarejestrowana na dwie osoby i nie daj Boże w razie wypadku nie dostalibyście odszkodowania, tym bardziej że osoba na miejscu pasażera nie jest drugim kierowcą. Mogłem to przypieczętować słonym mandatem. Mimo to udało się. Trzymajcie się ciepło. Powodzenia w drodze!
- Tym bardziej dziękujemy ogromnie.
# Dziękujemy! Szerokiej drogi.
Pożegnaliśmy się promiennie. Troska szofera o nasze samopoczucie w postaci przetrzymania dla siebie pewnych prawd (jakie akurat ja znałem) była bardzo budująca dla nas. Nie tracąc celu z oczu cofnęliśmy się do stacji. Odpuściłem bezpośrednią rozmowę z kierowcą, który stał z interesującymi nas tablicami mimo nakłonień Agatki. Jakoś… wstydziłem się? Sam nie wiem, chyba po prostu nie miałem ochoty zagadywać ludzi akurat w tym momencie.
Podeszliśmy na szyjkę obok stacji, tuż za dystrybutorami paliwa. Kierowcy z pewnością widzieli nas jeszcze podczas tankowania. Staliśmy dosłownie kilka, kilkanaście metrów przed nimi z czytelnym napisem „Hel”. Położyłem mojego garba obok nogi. Minął nas samochód, może dwa. Agatka wskazała na Chryslera pod wiatą mówiąc „ooo, takim to bym się przejechała”. Kto by nie chciał? – pomyślałem. Zacząłem myśleć ile nam zejdzie czasu do zatrzymania kolejnej uprzejmej osoby. Mojej dziołszce przypomniało się, że w sumie to chce jej się bardzo sikać i trzyma już od dłuższego czasu. Rzuciła swój plecak obok mojego kierując się jednocześnie do toalety. Worki nie zdążyły się dobrze ułożyć na ziemi, gdy Chrysler ruszył odbierając nam ostatnią przyjemność jaką było oglądanie tej pięknej karoserii. Energicznie załapała jedynka. Niczym w projekcji poklatkowej minął mnie. A jednak. Spoglądam w prawo a tuż przed mymi oczyma obniża się z elektryczną płynnością szyba.
% Jadę właśnie tam gdzie Wy, ale muszę na moment podjechać do sklepu? Jeżeli wam to nie przeszkadza to zapraszam.
Wpadłem w wielki zachwyt! Jest. Kurcze, jest Chrysler! Odwróciłem się w prawo za Agatą. Wpadłem w wielkie zakłopotanie. Nie ma jej. Po czym zerknąłem w lewo. No nie. Nie ma jej. Krzyknąłem w myślach „Agaaataaaaa!”. Czas jakby zmienił swoje tempo a mój organizm przyspieszył reakcję. Gość stoi naszym wymarzonym wozem przede mną z uchyloną szybą blokując wąski i jedyny wyjazd ze stacji o sporym ruchu, a Agata poszło do kibla! Minęła może z sekunda, może nie. Mi wydawało się to jakby minęły wieki. Coś pojawiło się koncie mojego prawego ślepia. To Ona. Nie zdążyła mnie nawet obejść.
- No, to jak możemy jechać? – zapytałem rozpromieniony kierowcę.
% Tak, zapraszam, wsiadajcie.
Zerknąłem w oczy partnerce. Bez słów obeszło się pytanie na które momentalnie usłyszałem odpowiedź.
# Dobra, do Chałup wytrzymam (bo tam znajduje się nasz cel).
Dla mnie chęć sikania oznacza… chęć sikania natychmiast! Nie rozumiem kobiet i jednocześnie je podziwiam. One chyba wożą ze sobą jakieś korki. Bo ileż można przetrzymywać? A już na pewno w momencie świadomości, że idzie się do toalety – u mnie pęcherz od razu nabiera wysokich obrotów. Wielkie pokłony dla mojej Agatki.
Mocno podekscytowani próbowaliśmy pośpiesznie wejść do środka, co oczywiście zaowocowały lekkim chaosem. Spokój kierowcy emanował tak ogromną siłą, że szybko udało nam się okiełznać emocje aby usiąść wygodnie w fotelach. Ach… skóra wokoło. Nie zdążyliśmy dobrze się nagrzać po wyjściu z poprzedniego wozu, choć niebo było bezchmurne a tu już kolejna… klimatyzacja!
Kierowca powtórzył:
% Muszę na moment się zatrzymać po drodze w sklepie odebrać dosłownie jedną rzecz, mam nadzieję, że nie mają państwo nic przeciwko. Obiecuję się pośpieszyć.
- Oczywiście, nie ma problemu. Nam się nie śpieszy (To ostatnia prosta!).
Jechaliśmy delektując się minionym dniem. Rozprężając w wygodnej atmosferze i chłodzie. Wiedzieliśmy, że na Hel prowadzi jedna droga a my wysiadamy gdzieś w Chałupach. Mam zaszyty głęboko w świadomości brak zaufania… dlatego trzymało mnie lekkie napięcie. Wiedziałem, że puści dopiero gdy dotrzemy na miejsce i cali z pełnym ekwipunkiem opuścimy ten pojazd.
Jechaliśmy dynamicznie, wręcz płynęliśmy po drodze.
Po krótkiej chwili kierowca rozpoczął.
% Macie tam wodę z tyłu?
/Chcąc odwdzięczyć się jak tylko potrafię zacząłem niezwłocznie szukać wody. Od razu znalazłem małą buteleczkę chłodnej mineralnej. Sięgnąłem po nią i odkręcając powoli unosiłem ją w stronę kierowcy mówiąc./
- Tak, mamy.
% A Pani ma?
Lekko się zdezorientowałem.
# Nie, nie mam – odpowiedziała Agatka.
Zapadła chwilowa cisza.
% To proszę tutaj – powiedział podając butelkę do tyłu. Mam nadzieję, że się Pani nie brzydzi?
Zarówno mnie jak i Agatkę nawiedziły te same myśli „co, pił z niej czy co? Obślinił?”.
Kierowca jednym ciągiem kontynuował
% Bo woda jest gazowana.
Myśleliśmy, że wybuchniemy ze… zdziwienia. Nie wiedzieliśmy czy się śmiać, płakać czy zastanawiać dalej.
Agatka odebrała wodę w lekkim szoku.
# Dziękuję. (Ach ten jej słodki głosik).
Spojrzeliśmy na siebie tak jakby rozmawiając bez słów starając się dociec lub raczej wyczuć o co właściwie chodziło.
Kierowca ciągnął dalej.
% Ja mam tutaj wodę, ważne żebyście wy też mieli w końcu dziś tak gorąco.
Oczywiście klimatyzacja działała bez jakichkolwiek zarzutów.
Oby dwoje byliśmy mile zaskoczeni i podziwialiśmy naszego szofera za jego charakter i troskę jaką nas darzył.
Kawałek dalej dojechaliśmy do sklepu, o którym wspominał. W zasadzie to była galeria handlowa.
Zostaliśmy powiadomieni, że długo nie będziemy czekali bo nasz nowy znajomy się pośpieszy. Przeczekaliśmy chwilę na parkingu w niedowierzaniu przygody jaka nas spotyka pod pełnym wrażeniem ostatniego stopa. Tak troskliwej osoby jeszcze nie spotkaliśmy na swej drodze. Trzeba to przyznać, byliśmy nim zauroczeni. Gdyby mnie tam nie było to kto wie jakie by mógł mieć niecne plany? Bo z czarowaniem nowych ludzi szło mu sprawnie.
Po kilku minutach wrócił ze sklepu oczywiście przepraszając za to, że to tak długo trwało. Weszliśmy z powrotem do samochodu i ruszyliśmy w drogę.
% Pojedziemy bocznymi drogami, żeby było szybciej. Teraz na obwodnicy są korki i duży ruch. Zjedziemy z głównej drogi. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko. W zasadzie to i tak nie bardzo możemy cokolwiek na to poradzić.
Jak można się spodziewać byliśmy źli za to, że zmienia naszą trasę. Oj, ale to bardzo, bardzo źli, aż uśmiechy nie mieściły się nam na twarzach.
Kierowca prześlizgiwał się pomiędzy samochodami. Z pospolitym poszanowaniem przepisów. Czasem linia ciągła się przerywała. Mimo to czuliśmy się bezpiecznie. Wyprzedzanie było formalnością, w zasadzie to nawet tego nie wyczuwaliśmy. Po dość dynamicznym odcinku usłyszeliśmy.
% Przepraszam, że tak szybko jadę. Jakby wam to przeszkadzało to proszę mówcie.
Oczywiście zaprzeczyliśmy jakoby prędkość była zbyt wysoka. Naprawdę czuliśmy się komfortowo. Szofer jednak przypiłował nieco swój temperament opuszczając delikatnie wskazówkę prędkości.
W międzyczasie kabinę wypełniały opowieści płynące z przedniego siedzenia w wybitnie spokojnym i poważnym tonie. Komentarze o perłach miejscowej architektury, której niestety nie zdołaliśmy dojrzeć – za co zostaliśmy bez zwłoki przeproszeni. Pod wpływem naszego przewodnika czuliśmy wręcz presję, która skłaniała nas do przemyślanego składania zdań i precyzyjnego dobierania wyrazów co z perspektywy czasu wydaje się być komiczne. Cóż, taką energią emanował i ulegliśmy jej w zupełności.
W pewnym momencie wiliśmy się pomiędzy wzgórzami. Spojrzałem przez okno i zacząłem się zastanawiać…
% Skąd tu takie góry pewnie się zastanawiacie co? – przerwał mi myśl kierowca.
% Lodowiec podczas ostatniej swojej działalności tutaj tak nabroił.
Odpowiedziałem, że w naszych rejonach właśnie ten lodowiec zatrzymał Wartę tworząc malowniczy Mirowski Przełom. Tą oto wypowiedzią połechtałem swoje stłumione ego.
Jechaliśmy w przyjaznej atmosferze. Z Agatką czuliśmy się niczym słuchacze na wykładzie, co rusz dostawaliśmy komentarz o tym, o tamtym. Gdy patrzyłem w oczy mojej wybranki widziałem szczęście i ogromne zadowolenie z przebiegu wydarzeń.
Co chwila nowa ciekawostka a między nimi przeprosiny za to, za tamto.
Jakie było zmieszanie naszego wodzireja, który pomylił się w rzeczowej informacji i podał nam nazwisko nie tej postaci historycznej, która chodziła mu po głowie. Oczywiście przeprosił i kontynuował dalej.
Wypytał nas czym się zajmujemy. Gdy słuchałem siebie i Agatki czułem się jak na rozpoczęciu zajęć integracyjnych na jakieś nowej uczelni. Brzmiało to mniej więcej tak.
„Studiuję tu i tu; taki, a taki kierunek. Pracuję tu i tu. Na co dzień zajmuje się tym i tamtym a moją pasją jest to i owo”. Myślę, że łatwo sobie wyobrazić taką sytuację. Przekomicznie oryginalna gdy na wyjeździe wakacyjnym prostowaliśmy się na własne życzenie.
Długie cienie zza drogi przecinały nasze szyby przypominając, że słońce już domaga się o przerwę. Krajobraz pięknie prezentował półwysep, gdy ten się zaczął nasz przewodnik nas niezwłocznie o tym powiadomił.
Jechaliśmy jedyną drogą prowadzącą na Hel. Chałupy w zasadzie już się zaczęły. Agatka wypatrywała naszego campingu nie znając dokładnie jego adresu.
Dojechaliśmy! Prosto pod bramę naszego pola namiotowego. Gdy nasz wehikuł się zatrzymał nie mogłem się powstrzymać, zapytałem.
- Czym Pan się zajmuje na co dzień?
# Z wykształcenia jestem socjologiem. Pracowałem w różnych miejscach. Od jakiegoś czasu pomagam różnym firmom, kupuję, wspieram, sprzedaję. Wystarczy się trochę zaprzeć i w końcu się uda – zakończył.
Wysiedliśmy rozradowani. Podziękowaliśmy serdecznie. Uściskaliśmy się, wycałowaliśmy i wzajemnie pogratulowaliśmy. Nasza pierwsza autostopowa podróż była za nami. Byliśmy u celu. Nareszcie!
W końcu pojechaliśmy we dwoje! W końcu stopem! W końcu po E75!
Na cztery samochody, autostopem, szybciej niż mój brat własnym autem tydzień wcześniej dokładnie w to samo miejsce! Podróż była płynna, dzień pełen przygód i kilku ciekawych osobowości.
Po godzinie czy dwóch. Teściowa doczekała się telefonu od swojej ukochanej córeczki. W słuchawce rozbrzmiało coś w stylu „Mamo, dojechaliśmy do Gdańska, Ola zaraz po nas podjedzie samochodem z Chałup”.
I tak oto Ja uwielbiłem jazdę okazją we dwoje. Moja Agatka zauroczyła się stopem. A teściowa jak nic nie wiedziała o tym małym kłamstewku tak do tej pory… nic nie wie. (To znaczy mam taką nadzieję).
W minione wakacje woziłem się własnymi samochodami, koleją (rzecz jasna nie w trakcie tej wycieczki), samolotem. Także teraz z pełną odpowiedzialnością mogę przyznać.
Autostop jest niepodważalnie najlepszą formą podróżowania jaką udało mi się kiedykolwiek poznać.