Cytat dnia

„Jak wszyscy wielcy podróżnicy, widziałem więcej niż pamiętam i pamiętam więcej niż widziałem.”
Benjamin Disraeli (1804-1881)

Książka o nas
Sponsor

Hosting sponsoruje LaoHost.pl.

Przyjaciele

Taka jest Warszawa. Serwis o życiu w Warszawie.

Poezja, wiersze.

GYPSY EUROTRIP częsc 1 - CZECHY - BRNO

1 marca 2011 r., autor: werqa

Najlepszą rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam w swoim życiu, niby planowaną, nawet dość długo,
a z drugiej strony taką impulsywną i spontaniczną.
To nie była jakaś podróż dookoła świata, nie było wielbłądów, dzikich lądów,
prerii, kaktusów i dolarów.



To było, jakby takie zerwanie z monotonnością, świtem o 14, i zachodem po przejrzeniu całej zawartości fejsbuka, czy czegokolwiek tam jeszcze...

Nie było to łatwo, myślałam, może jeden dzień przerwy, bo w końcu dopiero wróciłam z tygodniowego
touru deskorolkowego, wkurzona trochę rozwalonym kompem, trochę stęskniona za łóżkiem, kołderką i podusią, hah, co to jest teraz dla mnie...
Wicia, osoba która przetrwała ze mną całą tułaczkę, choć pewnie nie zawsze było jej ze mną łatwo przyjechała do mnie wieczorem,
Jeszcze obgadałyśmy jakoś skrótowo trasę, obliczyliśmy ile tu dni, ile tam, co chcemy zwiedzić, spakowałam parę manatek,
wsumie sumarum, o ile tak się mówi napakowałam 1000 i nawet więcej niepotrzebnych rzeczy, których z czasem przebiegu włóczęgi
sprytnie się pozbywałam. W sumie mój najważniejszy ekwipunek składał się z oczywiście z szamponików, odżywek, puderków i tuszu do rzęsz,
potem, parę ulubionych t-shirtów, para długich spodni, albo dwie, krótkie spodenki, koszula flanelowa i kurtka skóra, syntetyczna.
W sumie, w sumie nie myślałam, i nie wiedziałam za bardzo co ze sobą zabrać, choć nigdy nie zwykłam spędzać wakacji w w formie packed holiday,
w all exclusive hoteliku, gdzie wszystko masz pod nosem, mimo tego nie wiedziałam co zabrać. Wzięłam niby i aparat i nawet kamerę,
której ani razu nie użyłam.
I pełno pełno gratów, których nie jestem wstanie wszystkich teraz wymienić, jednym słowem - jedna wielka głupota, jak sobie teraz myślę.
Niestety mam w sobie coś tak głupiego, ale jak popularnego w naszym narodzie, że grace i boje się pozbywać nabytych rzeczy,
choć przecież większość z nich są produkowane w milionach egzemplarzy i możesz je wszędzie dostać. Jednym słowem, albo i w paru narobiłam
sobie niezłego bagażu, co za tym poszło i częstego bólu w plecach.
W Jaworznie, mieście w którym mieszkam zaopatrzyłyśmy się jeszcze w dwa metry łańcucha i kłódki, jakie zdziwienie na twarzy miał sprzedawca kiedy pytał - po co wam dzieci te łańcuchy. – Jedziemy do Portugali stopem, potrzebujemy czymś przywiązać się z bagażem kiedy będziemy spać na ulicy.
Niezależnie od tego ile miałyśmy na plecach ruszyłyśmy na drogę, jak to by ująć tuż nie opodal mojego domu, drogę wychodzącą
na Bielsko, dalej Cieszyn i tam do Cieszyna i chen chen...
Złapaliśmy TIRA na granice, później polkę jadącą do Wiednia, która dowiozła nas aż do celu.
Jakoś nie pamiętam dokładnie już teraz ale w kilka godzin byliśmy u celu naszej pierwszej stacji, Brnie. Nie było żadnego strachu czy
czegokolwiek, byłyśmy zaledwie może 300 km od domu, może trochę więcej, takie odległości a nawet parę razy dłuższe już przebywałam stopem w życiu i to od paru dobrych lat. Kime wcześniej już znalazłam na couchsurfingu, więc nie było o co się martwić, przynajmniej ja nie miałam czym,
rodziców mam w porządku, nie mówili źle na temat mojej tułaczki, byli jak to rodzice trochę przejęci, nawet matka zaczęła histeryzować, i wymusiła na mnie warunek, pisania codziennie, gdzie jestem i jakieś tam podstawowe informacje, czy nadal żyje...pod groźbą wstrzymania
dopływu pieniędzy na rachunek. W sumie, to sama chciałam żeby ktokolwiek na świecie wiedział gdzie jestem, więc pisałam sumiennie każdego jednego dnia, gdzie jestem i gdzie mam zamiar przeturlać się w następnych dniach. Tak więc, choć wiem że tak się nie zaczyna zdania, ale jak już się przekonałam i przekonywałam, pieprzyć szkołe i zasady.
Tak więc, dotarłyśmy do Brna, z kolesiem, nazwijmy go A. A jak Alfons, umówiłyśmy się na dworcu, czy w jego okolicach, miał on
być miłym spokojnym hostem, a przynajmniej choć w miarę normalnym. Zaprowadził nas do domu, jakoś droga mijała pewnie na jakieś rozmowie o niczym i byliśmy na miejscu.
Jak ciężko teraz sobie przypomnieć wszystko z dokładnymi szczegółami.
Około wieczora, zebraliśmy się, oczywiście nałożyłyśmy z Wicią tapetę, jakieś wtedy jeszcze czyste i ładne ubrania i poszliśmy.
A. z początku wydawał się samotnym 30 latkiem, o dość nieciekawej urodzie, i głupim wyrazie twarzy, ale za to był hojny.
Postawił parę drinów, pewnie za resztę z wypłaty i cieszył japę. Tak zabrał nas do jednej knajpy, w której nikogo nie było,
a dj jak to deejayowie bywają czasem, za patrzenie na siebie pewnie chciał już kasę. Coś zaczęłam do niego gadać, żeby puścił
jakiegoś rock\\\\\\\'n rolla bo zamulał z rapem... był to jedyny facet w całej knajpie więc zaczęłam z nim rozmawiać, A. stwierdził
że on jest jakimś max kozakiem w Czechach, szkoda tylko że marnuje się w pustej knajpie. A. pewnie zmienił zdanie, i zabrał
nas, jak sam stwierdził do rock\\\\\\\'n rollowej knajpy, a było coś w tym racji. Obskurne, ale jak miłe dla mnie wnętrze, tanie piwo
i nic wiecej. Trochę posiedziałyśmy, A. wciąż był hojny więc stawiał jak wódę, i piliśmy. Ktoś co chwile przysiadał się pytał skąd jesteśmy
i co robimy, ot takie standardowe pytania. Zwykle odpowiedź jak z formułki, jeździmy na stopa, chcemy zjechać cała Europe aż do Portugalii.
Różne i bywały reakcje. W końcu ktoś i normalniejszy się znalazł, a przynajmniej tak i się wydawało. Pili oni jakiś dziwny napój,
co potem okazało się liquidem extasy i bawili się dobrze, jakoś złapałam temat, gadaliśmy o podbojach nowych lądów,
festiwalach rainbow i jego leśnych zajawkach. Wicia chwyciła za butle z dziwnym płynem ale w ostatniej chwili ktoś wyrwał jej ją z rąk,
i wskazał korek, miarka jaką może co najwyżej spożyć. Jak to bywa w naszym zwyczaju, to co lepsze jest za darmo, bardzo się cieszyła.
Po chwili jednak zaczęła zasypiać, i działo to na nią jak tabletka gwałtu, dobrze jednak że, nikt z siedzących tam osób nie miał
zamiaru nic złego nam chyba zrobić, tak więc Wici odpadł jeden wieczór z głowy. Tak siedzieliśmy w gronie lekko lub bardzo natrzepanych
Czechów i gadaliśmy o niczym. Nagle A. przyszedł, i stwierdził że wracamy, tak dobrze gadało mi się z Janem, bo tak właśnie miał na imię, że
szkoda było mi iść tak po prostu spać. Stwierdziłam, że możemy przyjść nazajutrz i będzie dla A. nawet wygodniej. Wtedy wyszedł z niego
mental, stwierdził że pod naszą nieobecność ma zamiar wyrzucić nasz cały bagaż z balkonu, stanął na środku ulicy, złapał pierwszą jadącą taksówkę i porwał Wicie,
zaczął nawet odjeżdżać, wtedy podbiegłam szybko i zatrzymałam auto. Przejechał parę ulic i byliśmy w jego domu. Byłam w takim stanie, że nawet
nie miałam zamiaru być bardzo zła czy cokolwiek, zlewało po mnie wszystko. W nocy jeszcze zadzwonił Jan, aby upewnić że wszystko z nami
ok, a A. który został przez nas nazwany mentalem nie ma złych planów. Jakoś zasnęliśmy, z rana Wicia, wróciła do polski, załatwić parę głupich spraw i
zostawiła mnie samą i mentalem. Jakoś obudziliśmy się dość wcześnie, Wici już nie było. A. od rana chodził natrzepany, i wymyślił
swoją zemstę życia. W sumie kac mnie męczył, ledwo chciało mi się iść do ubikacji, a tu wielki plan, WYCIECZKA ROWEROWA DOOKOŁA BRNA! Bravo. Wsumie zawsze
w takich sytuacjach należy myśleć, a może schudnę, będę silniejsza albo cokolwiek, miło spędzę czas. Nie była to jednak randka, ale kara za wcześniejszą
noc, 6 godzin pedałowania na rowerze, pod górkę i z górki rzadziej też. A. mental, gnał na swoim moto-rowerku, i przy zmianie nachylenia,
wciskał pedał i gnał bez wysiłku pod góre, odwrotnie niż ja. Po 4 godzinach zaczełam już lekko narzekać, i dawać oznaki do zakończenia,
tej jak cudownej zresztą wycieczki. Trochę się wkurzył, zaczął lament, w stylu nie podoba Ci się moja wycieczka itd. A ja po prostu Nie miałam za bardzo
ochoty dłużej pedałować. –Umówiłam się z Janem, dziś wieczorem, przyjdę za parę godzin albo z rana wezmę swoje rzeczy. Na to oświadczenie mental kompletnie stracił panowanie nad sobą. Chyba go nieźle wkurzyłam i upokorzyłam, jak zfrustowany zgrzany mąż kazał mi się spakować i wynieść. – Skoro wolisz innego, to nie chcę Cię dłużej znać. W sumie nie wiele się tym wzruszyłam, brzmiało to aż śmiesznie jak z jakiegoś serialiku TVN. Wróciliśmy do jego beznadziejnego mieszkania, pięć minut spakowałam wszystko do plecaka, wzięłam jeszcze parę rzeczy Wici, i jak to zwykłam mówić – Have a nice life.
Odeszłam, bez żadnego żalu czy złości, nawet nie martwiąc się gdzie będę dziś spać. Po około 40 minutach doszłam do centrum, w pewne miejsce gdzie czekał na mnie Jan. Wieczór zapowiadał się wspaniale, darmowe piwo na rynku, szczerze mówiąc nie wiedziałam o co chodzi, ale można było się za darmo upić. Kolejne godziny spędzaliśmy bardzo miło, nie myśląc ani przez chwile o smutnych i złych rzeczach. Kupiliśmy wódkę i energy drinki, znaleźliśmy piękna miejscówe na dachu kościoła i spędziliśmy w ten sposób cała noc. Jan okazał się naprawdę wspaniałym mężczyzna, a zarazem intrygującym i zadzwiajacym, miejącym coś w sobie z dzikiego zwierza. Nie był, jak to Wicia wcześniej określiła – Wera złapała jakieś Emo.
Cholernie miło spędziliśmy cala noc, dość się upiliśmy, Az bałam się ze któreś z nas spadnie z dachu z 6,7 metrów w dol. Trochę nas to wszystko zmęczyło i zaczęliśmy myśleć o króciutkiej drzemce gdzieś na łonie natury. Dobrze pamiętam wzięliśmy tramwaj numer 1 który wywiózł nas na koniec trasy gdzieś w otoczeniu jeziora, węgorzy i lasów. Przeszliśmy parę kilometrów aby znaleśc się na czyjejś działce z pewnością rekreacyjnej. Jan zdziwił mnie trochę bo obawiał się spotkania z właścicielami, policji i innych głupot. W tym czasie próbowałam się włamać do pięknego domku z drewna. Niestety ani drzwi ani okien nie udało mi się otworzyć, wiec rozłożyliśmy sie na trawie, gdzieś pomiędzy grządkami chyba z marchewką a ziemniakami. Było dość zimno, i rosa tez dala się we znaki. Rozłożyliśmy mój jeden mikro śpiwór i od razu się na siebie rzuciliśmy. Nie wyszło za dobrze, może te ze zmęczenia może z otoczenia. Pamiętam tylko ze choć byliśmy bardzo zmęczeni ciężko było nam zasnąć. Cały kolejny dzień, spędziliśmy razem, poznając się coraz to bliżej. Wieczorem odebraliśmy Wicie z dworca. Jako po połowie głowa naszej dwu osobowej rodziny z Wicią zadbałam aby mieliśmy gdzie spać tej nocy. Nie mogę tu zapomnieć o sponsorze, Janie zapłacił za kafejkę i kupił mi dwie najdroższe cole w Czechach. Druga szansa dla couchsurfingu, za dwie godziny spotkanie na dworcu z norwego – Rosjaninem. Filipem. Tak naprawdę to zachowałam się nie uprzejmie, informując go tylko o mnie i Wici, nie myśląc o równie bezdomnym Janie, który w ostatniej chwili zmienił zdanie, nie wrócił do domu i powiedział że jestem inna, cokolwiek to miałoby znaczyć.
Nasz kolejny host, mam nadzieje, bo tak naprawde nie wiem nie był zdenerwowany na trzeciego extra przybysza, a nawet ukradł mi go na godziny rozmawiając o podróżach w miejsca o których większość z was nie słyszała. Mieszkanie miał studenckie, ale ładne i mieszkał sam. Niestety miał tylko jedno, ale wielkie łóżko. Wieczorem chłopaki zabrali nas do paru fajnych miejsc, przedziwnych barów, zaczęło konkretnie padać, pierwszy lokal zamknęli, gdyż znajdował się on na tarasie. Cholernie padało, ale jaki to był wspaniały deszcz, nie zważając na nic, skakaliśmy jak małe dzieci po kałużach, docierając do kolejnego, odległego o 50 metrów baru kompletnie mokrzy. Była to fajna knajpa w piwnicy z pijanymi dziado-czachami i szafą grającą serwującą za 50 koron parę rock’n rollowych hitów. Cholernie się upiliśmy, chłopaki wlewały jak oszalałe, skończyły się papierosy, zaczęłam jak to przystało na polskiego żula sępic, niestety nie było to łatwe, w efekcie czego zrzuciliśmy się na extra paczkę z papieroso-automatu. Szczerze nie pamiętam całego powrotu, i czy miał on miejsce w nocy czy z rana i tego jak sprytnie rozwiązaliśmy rozdzielenie miejsc do spania, znajdując się z Janem na podłodze w łazience. Kolejny dzień miał być dniem wyjazdu z Brna, zresztą z Czech całych i udaniem się do Wiednia. Niestety zbieraliśmy się do tego cały dzien. Strasznie trudno było nam opóscic to miasto, a w szczególności tych ludzi z którymi zdążyłyśmy się tak zżyć. Tak naprawdę to Wicia, zdecydowała że czas już odejść, choć było wtedy ciemno i prawie noc. Wręczyłam mu list z podziękowaniem za wspólne piękne chwile i opiekę. Obeszłyśmy dookoła centrum, wychodząc niby na drogę na Wiedeń, choć była to długa droga i zmuszone byłyśmy do złapania pierwszego lepszego autobusu, jadącego w pożądanym kierunku. Dojechałyśmy pod jakieś centrum handlowe, i zaczęło padać, było ciemno zimno i z pewnością za późno na dalsza drogę, do tego nie miałyśmy już pieniędzy i chciało nam się pic. Łapanka jak zwykle, ludzie na parkingu o ile nie uciekali przed deszczem nie mieli zamiaru nas wywieść na autostradę. Jeden nawet i to utkwiło nam w pamięci, poczęstował nas cherry-colą i z politowaniem patrząc na nas powiedział – But I first Or All I live with my parents, choć nawet przez myśl nam nie przeszło aby go wykorzystać na free accomodation. Podziękowaliśmy za cole i wróciliśmy przed zjazd na autostradę próbując sił na stacji benzynowej. Parę godzin w ciemnościach i deszczu, rezygnacja z kierunku Wiedeń, zmiana na Bratysława, nawet to nie przyniosło efektów. Ze wstydem wróciliśmy do Filipa. Tym razem dzieliliśmy w trojkę jego wielkie łóżko.
Ruszyłyśmy z rana, darmową przejażdżką pod centrum handlowe, stamtąd stojąc na poboczu autostrady złapaliśmy auto na drogę na Wiedeń, na jakąś stacje, jeszcze jedno auto, Turek wracał z Katowic, gdzie miał żonę. Wszystko było po naszej myśli, jechał on przez Wienne. Dostałyśmy odpowiedź na naszego sos’a z couchsurfingu, 2 GYPSIES NEED A ACCOMODATION AND FREE FOOD.