„Jak wszyscy wielcy podróżnicy, widziałem więcej niż pamiętam i pamiętam więcej niż widziałem.”
Benjamin Disraeli (1804-1881)
Hosting sponsoruje LaoHost.pl.
1 marca 2011 r., autor: werqa
Ruszyłyśmy z rana, darmową przejażdżką pod centrum handlowe, stamtąd stojąc na poboczu autostrady złapaliśmy auto na drogę na Wiedeń, na jakąś stacje, jeszcze jedno auto, Turek wracał z Katowic, gdzie miał żonę. Wszystko było po naszej myśli, jechał on przez Wienne.
Dostałyśmy odpowiedź na naszego sos’a z couchsurfingu, 2 GYPSIES NEED A ACCOMODATION AND FREE FOOD.
„Darmowa taksówka” pod adres, telefon do naszego kolejnego hosta, nie wiedzieliśmy kim jest i jak wygląda, stałyśmy pod jego kamienicą i czekałyśmy, nagle wyszedł dość dobrze przy kości, praktycznie łysy koleś, wyglądał jakby nas chciał zapierdolic. Nigdy na tułaczce nie myślałyśmy o ludziach źle, więc mimo jego przerażającego wyglądu weszłyśmy do jego mieszkania. Był on zapalonym couchsurferem, hostującym w tym samym razie 3 inne dziewczyny. Jego mieszkanie jak i on było miłe, okazał się on artystą, i dobrym człowiekiem. Nakarmił nas porządnie i wyprawił w świat z butelką wina. Obeszłyśmy nudny Wiedeń dookoła i wieczorem wróciłyśmy na jego chatę. Kolejny dzień, pyszne bułeczki z piekarnika, Wicia bardzo chciała zobaczyć museums de quartier, wystawę Basquiet’a . Ja musiałam zając sobie czas, znalazłam na couchsurfingu Turka, który spędził ze mną z 6 godzin pod nieobecność Wici. Poszliśmy do jakiejś budki z kebabem, chciałam krzyknąć aminakodym, co znaczy bo ich mniej więcej kurwa mac, ale mnie powstrzymał. Kupił mi dwa browary i poszliśmy do parku przed jakimś pałacem, może królewskim. Jakie to wspaniałe wypić piwo, gdziekolwiek jesteś, nie musząc chować się po bramach. Doczekałyśmy do czasu POWROTU Wici z muzeów i poszliśmy na free gulasz i dwa piwa na trzech. Knajpa fajna, i dobry był gulasz. Przy sąsiednim stoliku też miłego towarzystwa nie brakowało. Paru fajnych chłopów z latiny ameryki i czuliśmy już w powietrzu smaczek Barcelony. Wiedeń, stolica i dość duże miasto ale nic ciekawszego do robienia. Rozstałyśmy się z Farhem i ruszyłyśmy na tułaczkę wokół miasta, zbierając fajki i towarzyszy do zabawy. Doszliśmy do mostu nad Dunajem, były tam dziwne objazdy i ciężko było się połapać jak to wszystko obejść. Nagle ktoś z przeciwnej strony dał nam parę wskazówek i znalazłyśmy się po jego stronie. W biegu okoliczności poznałyśmy Gruzińskiego fotografa i zamieniłyśmy z nim parę znań, zawierających przyczynę naszego pobytu w tym mieście. Widocznie był tym wszystkim tak zdziwiony ze zabrał nas na najgorszy i najdroższy zestaw mig mac w moim życiu. Był cholernie miły, nawet wyobrazić sobie nie mogę, wszedł kupił, postawił na stoliku, wziął numer, i poleciał w stronę swoich obowiązków. Było to pierwsze takie zdarzenie na tripie więc byłyśmy dość zdumione, i zaczęłyśmy Wierzyc w ludzi. Zjadłyśmy, złapaliśmy jeszcze dwie free cole i ruszyłyśmy dalej. Zaczepiając dość w średnim wieku facetów o fajki. Było to o tyle śmieszne i dziwne, dlatego też o tym pisze, byli oni w wieku i w profesji pewnie mojego ojca, który zwykle też nosi białą koszule, krawacik i garniturek, przesiaduje po restauracjach i wszędzie wozi się furą. Jednak cały ten nasz trip był nowym wyzwaniem dla nas, naszych przyzwyczajeń i dotychczasowego życia w Polsce. Egzamin zdałyśmy zadziwiająco dobrze. Wracając do eleganckich panów, zaczęli oni z nami rozmowę, zadając sobie pytanie z jakiego powodu tak się właśnie stało, choć zdecydowanie prosiłam tylko papierosa. Byli oni dla mnie tak naprawdę niczym, pychą i głupotą. Wykorzystałyśmy sytuacje i zrobiłyśmy z sobie najgorszą patole i bezdomnych, ot tak żeby było im głupio, po czym dodałam, że mój tata jest normalny i ma mniej więcej takie życie jak oni, a taką złą córkę… Wszystko jak zwykle zakończyło się dobrze i poczęstowali nas papierosem, więc grzecznie odeszłyśmy. Później mieliśmy dużo czasu aby przyglądać się bezdomnym śpiącym, umierającym na ulicach i innym przykrym sprawą w tym pięknym mieście. Z jakiegoś powodu dostaliśmy się zresztą dla nas darmowym metrem na obrzeza miasta z myślą o znalezieniu miejsca na spędzenie miło ostatnich chwil w stolicy Austrii. Miłego miejsca nie było, za to znalazłyśmy się w miejscu kompletnie nie pasującym do katedry Szczepanka i innych zabytków. Kompletnej cpuńsko – melinie z zajebanymi na śmierć ludźmi i rastamanami oraz ohydnym kiblem, przypominającym mi film my dzieci z dworca zoo. Najładniejsze miejsce znajdowało się na podwórku, dlatego więc tam usiadłyśmy, było też to wspaniałe miejsce do kolekcji moich papierosów i nawiązywaniu nowych znajomości. Zresztą nie minęły dwie chwile już nas zapraszali do stolika, i nie byłyśmy w stanie odmówić, bo nic ciekawszego się nie działo. Było tam paru Austriaków, reszta ludzie z czarnej Afryki. Rozmowa nie była na żadnym poziomie, nic nie wnosząca do życia. Oprócz malej reklamy polski a tak naprawdę polski, pięknych a zarazem zwykle głupich dziewczyn napalonych na murzynów. Jeden z nich tak się zaczął ślinić że pewnie od razu kupił lot do Krakowa. Rozmowa przeszła na deskę i na beznadziejność imprezową tego miasta. Nie trwało to długo, ale dostałyśmy propozycje free food od najbardziej normalnego z siedzących tam facetów. Mieszkał może on z 20 minut od tej knajpy więc, przewędrowałyśmy ten kawałek, dzieląc się jego rowerem i idąc na pieszo. Przez myśl na dłużej mi nie przeszło ze chłopak, a w sumie mężczyzna i ojciec mógłby mieć jakieś niebezpieczne intencje. W końcu dotarliśmy ku celu. Podczas drogi dowiedzieliśmy się trochę o jego życiu, olewał on max system, nie pracował, chyba pozaciągał jakieś kredyty których nie ma zamiaru spłacać, wisi nad nim komornik, ma syna, ćpał ostro za młodu i jak wcześniej pisałam miał na wszystko wyjebane. Ale jak co, w domu sprzęt do nagrywania muzyki za dobre 10 tysięcy euro. Jak się okazało zjedliśmy obiecane spaghetti, posiedzieliśmy trochę i ruszyliśmy na ostatnie metro tej nocy. Tik tak i nie zgrały nam się pociągi, więc kilka kilometrów szłyśmy na pieszo aby znaleźć się u Honza. To był nasz ostatni dzień w tym miejscu. Podobno zaczęło ostro padać po naszym wyjeździe więc nic nie strąciłyśmy. A wracając do Honza, mimo olbrzymiego wyglądu, co za tym średniej aparycji był to przemiły człowiek, artysta. I zrobił nam ekskluzywną tabliczkę z napisem GRAZ a w dodatku wodoodporną.
Żeby wydostac się z miasta pojechałyśmy metrem, jak zwykle bez biletu, zero kotroli, gdzieś na ostatniej stacji wsiadłyśmy w tramwaj, cos przeczuwałam nawet ze kontrola może być, ale nie zdążyłam sprawdzić co by nam zrobili, dwóm dziewczynkom z oldschoolowymi plecakami. Szybko uciekłyśmy z tramwaju, ale tak naprawdę to chyba dali nam zwiać. W końcu trochę adrenaliny, 15 minut przerwy na przystanku i kolejne podejście, tym razem się udało, wysiadłyśmy gdzies a obrzezach, załam tą drogę, wracałam kiedys tędy do polski, jednak naszym celem były Włochy. Na zajezdni tramwajowej krótka przerwa na prowiant i fajkę, jak zwykle szczędziłam swojego tytoniu, więc podeszłam do siedzącego przy piknikowym stoliku starego, narko-hipisa. Gadał on po angielsku, był nieźle pokuty, ale poczęstował mnie austryjackim męskim i energy drinkiem. Po tym zaszczyku energii ale też i smutych myślach ruszyłyśmy dalej. Jak można tak marnowac sobie życie…
Doszłysmy do drogi na Graz, i byłyśmy dośc sporo chyba z 700 km od naszego celu, Wenecji. Pierwszy, szybki stop. Dziwne auto, z rumuńską rejestracją i dwuch rumuńskich cepów. Nie chciałam wsiadac ale przecież mamy gaz, i dużo siły. Chłopaki ledwo co mówiły po angielsku, chyba nawet nic. Częstowali papierosami i coś gadali, wzieli od nas mape, nagle zatrzymali się na autostradzie, i pokazali że jadą jedak w innym kierunku, jechali z Rumuni, chyba nawet nie wiedząc do kąd, bez mapy a co dopiero gps-u, albo chcieli nas zajebac i zmienili zdanie, NO nic, wysiadłyśmy, chcieli od nas mape to im dałyśmy, wkońcu miałyśmy dwie. Trudno i jest nie legalnie łapac stopa na autostradzie, raz już mnie zgarneli. Wicia poleciała w krzaki, a ja dzielnie łapałam, nagle po paru miutach zatrzymał się cara van, wszystko się odmieniło, marzyło nam się takie auto. Camperka prowadził chyba z 50 letni facet, austryjak, nie pamiętam gdzie jechał, a może nie mówił, był cholernie miły, zatrzymał się na parkingu i wyprawił nam śniadanie, nasz camperowy tata. Zostawiłysmy mu kartkę że jest wspaniały. Akurat na parkingu stał polski Tir, i jechał do Wenecji! Trochę było namawiania, ale się zgodził, spędziłyśmy chyba z 7 godzin, nie wiem nawet ile, i dodatkowo zwiedziłyśmy nowy kraj Słowenie.